​Obama na wakacjach u miliardera. Kilka pytań

Media społecznościowe i niespołecznościowe zostały zalane zdjęciami (i dowcipnymi przeróbkami tych zdjęć) przedstawiającymi Baracka Obamę na wakacjach w przekrzywionej czapeczce z daszkiem. To na luzackiej czapeczce skupiła się uwaga opinii publicznej, a na drugim wątku doniesień o wakacjach byłego prezydenta koncentrowano się jakby mniej: Obama z żoną gościł na prywatnej wyspie miliardera Richarda Bransona.

Barack Obama oddał władzę, wsiadł w samolot, a następnie razem z Michelle zameldował się na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych, w raju (również podatkowym) u Richarda Bransona.

Reklama

Wcześniej, w karaibskich włościach miliardera gościły takie sławy polityki jak Jimmy Carter, Nelson Mandela, Tony Blair czy księżna Diana.

Teoretycznie nie ma się do czego przyczepić - Obama nie jest już prezydentem, a więc w żadnym wypadku nie możemy mówić o przyjęciu korzyści majątkowej w postaci superwakacji, poza tym każdy może sobie dobierać przyjaciół wedle uznania, a Richard Branson to podobno świetny gość.

A jednak coś zgrzyta.

Kiedy właściwie Obama zaprzyjaźnił się z Bransonem? Czy nie wtedy, gdy był prezydentem i jego decyzje miały bezpośrednie przełożenie na amerykańskie interesy Brytyjczyka? Jak często się widywali, skoro latają do siebie na wakacje? Rozmawiali sobie o sporcie, czy może o "wspieraniu przedsiębiorców"? Czy Obama nie ma już zwyczajnych kolegów, których chciałby odwiedzić, wiecie, takich bez prywatnych wysp i bez prywatnych odrzutowców? 

Zdjęcia relaksującego się Obamy pojawiły się na stronach firmy Bransona - dlaczego były prezydent reklamuje Virgin Group?

Dawny Obama, dzisiejszy Obama

Jesień 2007 roku. Charyzmatyczny senator z Chicago z tygodnia na tydzień zdobywa coraz większą popularność. Staje się nadzieją zwłaszcza dla Afroamerykanów z dzielnic biedoty, z trudem wiążących koniec z koniec. Może nie wszyscy pamiętają, ale Obamę do władzy wynosi fala antyestablishmentowa, hasło "Zmiana", obietnica wymiecenia starego porządku na Kapitolu. To kandydat "ludu", a nie elit. Dzięki temu pokonuje w prawyborach etablishmentową Hillary Clinton.

Czy gdyby wtedy powiedziano wyborcom Obamy, że za 10 lat będzie popijał drinki na prywatnej wyspie miliardera, daliby wiarę?

Ale to już Obama przynależący do waszyngtońskiej elity, żyjącej w pełnej symbiozie z miliarderami i wielkim biznesem. Symbioza to zresztą zbyt ogólnie powiedziane. Popatrzcie na Obamę i Bransona spacerujących po karaibskiej łące czy dokazujących sobie na łodzi, toż to najlepsi przyjaciele. Przyjaźń bezinteresowna? Może i tak, ale gdy przychodzi co do czego, wielki biznes wciąż może liczyć na przychylność Waszyngtonu, a w zamian obficie dotuje kampanie polityków. 

Śmierć w miejscu wysoce niefortunnym

Osoby pełniące najwyższe urzędy w USA najwyraźniej lubią sobie za darmo wypoczywać u miliarderów.

Można powiedzieć, że sędzia Sądu Najwyższego Antonin Scalia "wpadł" głównie przez to, że zmarł. Scalia zmarł bowiem w miejscu wysoce niefortunnym - na teksańskiej daczy miliardera Johna B. Poindextera. Jak przyznał Poindexter, Scalia nie płacił ani za nocleg, ani za posiłki i napoje, a w posiadłości przebywał na jego zaproszenie.

Rok wcześniej Sąd Najwyższy, ze Scalią w składzie, podjął decyzję korzystną dla jednej z firm miliardera (chodziło o dyskryminację pracowników ze względu na wiek).

Obrotowe drzwi (Goldman Sachs kuźnią kadr państwowych)

Mechanizm przenikania się świata biznesu i świata polityki nazywa się często zjawiskiem "obrotowych drzwi". Chodzi tu nie tyle o sposób spędzania wakacji - zostawiamy na chwilę Obamę i Scalię - co płynne przeskakiwanie z posad publicznych na korporacyjne i odwrotnie. Idealną ilustracją jest tutaj Jose Manuel Barroso, który jako szef Komisji Europejskiej zadziwiająco często spotykał się z przedstawicielami banku Goldman Sachs, a po ustąpieniu z urzędu został przez Goldmana zatrudniony.

Ruch w odwrotnym kierunku obserwujemy natomiast w nowej administracji USA. Amerykańska prasa donosi o kolejnych osobach z Goldmana w otoczeniu Donalda Trumpa. Takich osobach jak choćby Anthony Scaramucci, jeden z głównych sponsorów kampanii Trumpa, którego zatrudniono właśnie w Białym Domu w roli doradcy. Starszym konsultantem ds. inicjatyw ekonomicznym została natomiast Dina Habib Powell, również była pracownica Goldmana, która od lat agituje na rzecz interesów wielkich banków.

Wcześniej do administracji Donalda Trumpa trafiły cztery inne osoby powiązane z Goldman Sachs: sekretarz skarbu Steven Mnuchin, główny rządowy strateg Steve Bannon, szef krajowej rady gospodarczej przy prezydencie Gary Cohn i nowy prezes Komisji Papierów Wartościowych Jay Clayton.

Układ zamknięty

Obama relaksujący się u Bransona, Trump otaczający się ludźmi Goldmana, obaj (Obama w 2008 r., Trump w 2016 r.) zdobywający władzę jako antysytemowcy... Niby różni ich wszystko, niby w niczym się nie zgadzają, ale to wciąż ta sama kasta. Czasem urzędująca przy Wall Street, czasem przy Pennsylvania Avenue, a czasem na Karaibach.

Obserwuj autora na Facebooku

Dowiedz się więcej na temat: Barack Obama

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje