Polska. Kraj nierówności umiarkowanych

Warszawa, Gocław. Przeciętne gosp. domowe w Polsce zgromadziło majątek netto wart 257 tys. złotych /ARKADIUSZ ZIOLEK /East News

Z nierównościami społecznymi w Polsce jest jak ze szklanką do połowy pełną i do połowy pustą. Optymista powie, że nierówności majątkowe są na relatywnie niskim poziomie, nierówności dochodowe zmniejszają się, a program 500 plus dodatkowo przysłużył się zasypywaniu rozwarstwienia. Inaczej na to spojrzy pesymista. On zauważy, że miliony rodaków mają ujemny bądź zerowy stan posiadania, majątki tych bogatszych dopiero po okresie transformacji zaczęły się kumulować, a dochody rozwarstwione są bardziej niż unijna średnia.

Reklama

Jaka jest prawda? Spróbujemy na to odpowiedzieć. W gospodarce rynkowej nierówności być muszą. Pytanie - w jakim stopniu powinny występować, by nie groziły gospodarczą i społeczną katastrofą.

- Nierówności mają pewną niezaprzeczalną pozytywną stronę - one po prostu mobilizują. Przesadne zmniejszanie różnic jest niekorzystne, bo odbiera motywację do inwestowania, rzetelnej pracy, kształcenia się. Problemem są nadmierne nierówności - wyjaśnia w rozmowie z Interią prof. Marek Garbicz ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Reklama

Kłopoty pojawiają się więc wtedy, gdy nierówności zaczynają wymykać się spod kontroli. Gdy nagle budzimy się w kraju, w którym - celowo wyolbrzymiam - garstka najbogatszych ma wszystko, a cała reszta nie ma niczego.

Dlaczego zbyt duże nierówności są złe?

Światowy kryzys finansowy z 2008 roku sprawił, że o nierównościach zaczęło się dyskutować. Przestały one być wymysłem "oszalałych socjalistów", a stały się jednym z kluczowych tematów debaty ekonomicznej. Tym bardziej, że od lat 80. nierówności majątkowe i dochodowe w świecie zachodnim konsekwentnie rosną.

Kryzys spowodował, że nierówności zaczęto wreszcie porządnie badać.

Raport Międzynarodowego Funduszu Walutowego z 2014 roku jako pierwszy precyzyjnie wykazał, że duże nierówności hamują wzrost gospodarczy, a więc tracimy na nich wszyscy. Ale nawet przy szybkim, zadowalającym wzroście nie można odpuszczać kwestii rozwarstwienia.

- Przy wysokim poziomie nierówności trzeszczy spójność społeczna, rozpada się wspólnota, ponieważ coraz większe grupy czują się wykluczone - wskazuje prof. Garbicz.

Kraje, które dopuszczają wysoki poziom nierówności, mają problemy z przestępczością, napięciami społecznymi, polityczną destabilizacją. Obywatele znajdujący się po niewłaściwej stronie przepaści zarobkowo-majątkowej żyją znacznie krócej, nie mają dostępu ani do edukacji, ani do kapitału. A im większe rozwarstwienie, tym więcej obywateli nie z własnej winy znajduje się po tej smutniejszej stronie przepaści.

Czarno na białym

Te wszystkie negatywne skutki odnajdziemy w statystykach. Czarno na białym. W najbogatszym państwie na świecie - Stanach Zjednoczonych - umiera procentowo więcej noworodków niż w jakimkolwiek innym rozwiniętym kraju - 6,5 zgonów na tysiąc urodzeń. Powód? Nierówności, które sprawiają, że klasy niższe nie mają dostępu do opieki zdrowotnej, ponieważ ich na to nie stać. I nie mówimy o bezrobotnych (bezrobocie w USA jest na niskim poziomie), tylko o całej rzeszy pracujących. Cóż więc z tego, że Stany są najbogatsze, skoro owoce tego bogactwa, ufundowanego w dużej mierze na niewolnictwie (a więc paradoksalnie - na nierównościach), trafiają do nielicznych, a kołem zamachowym wzrostu jest sektor finansowy - będący epicentrum nadużyć i nader przerośnięty, by można było mówić o zdrowej gospodarce.

Inaczej rzecz ma się w państwach i ich gospodarkach, które zwracają uwagę na skutki utrzymywania dużych nierówności i przeciwdziałają temu. Efekty są bardzo widoczne.

W rankingach szczęśliwości, długości życia, jakości edukacji i służby zdrowia czołowe miejsca zajmują państwa nordyckie - najbardziej egalitarne na świecie: Szwecja, Dania, Finlandia, Norwegia.

To kwestia obranego systemu - jedne rządy stawiają na "niewidzialną rękę rynku" (większe nierówności), inne nie stronią od mechanizmów redystrybucji (mniejsze nierówności). I wbrew obiegowej opinii nie trzeba być państwem bogatym, by mieć co rozdawać. Finlandia najpierw stała się egalitarna, a później zamożna.

Zbyt duże, czyli jak duże?

Automatycznie nasuwa się pytanie, na które, niestety, nie ma precyzyjnej odpowiedzi: skoro nadmierne nierówności są złe, to na jakim poziomie powinny się zatrzymać?

Wbrew pozorom, jest to pytanie nie tylko ekonomiczne, ale i etyczne.

Według Platona żaden człowiek nie powinien być czterokrotnie bogatszy od najbiedniejszego członka społeczności. Była to dla Platona kwestia moralności. Oj, zasmuciłby się, gdyby wiedział, że w żadnym z państw jego ideał nierówności nie został zrealizowany. Dziś mamy do czynienia z sytuacją, gdy blogerka modowa za jedno zdjęcie z puszką Coca-Coli zarabia więcej niż sprzątaczka w kilka lat. Z kolei prezes, który doprowadził firmę na skraj upadku, odchodzi z wielomilionową odprawą. Ośmiu najbogatszych ludzi świata (z czego sześciu to Amerykanie) posiada tyle co połowa ludzkości. Platon nie lubi tego. A my podświadomie wyczuwamy, że coś tu jest systemowo nie tak.

Nie jesteśmy jednak całkowicie skazani na poruszanie się po omacku. Polska nie jest wyspą. Niech punktem odniesienia będą inne państwa. Z krajów rozwiniętych, jak wspomnieliśmy, najbardziej egalitarne są państwa nordyckie, a najbardziej rozwarstwione - Stany Zjednoczone, a po nich Wielka Brytania. Mając do wyboru dwa różne modele, warto porównywać się z Północą jako możliwym kierunkiem rozwoju, za czym przemawiają też cytowane rankingi zadowolenia społecznego. Choć, oczywiście, nie ma państw i społeczeństw idealnych, pozbawionych biedy czy przestępczości.

Liberałowie zamykają oczy

Filozofia, której podwaliny tworzył Milton Friedman, a którą realizowali charyzmatyczni przywódcy - Margaret Thatcher czy Ronald Reagan - głosi, że nierówności to naturalna konsekwencja kapitalizmu i nie należy z nimi walczyć, niezależnie od ich rozmiarów, ponieważ motywują do przedsiębiorczości, rozwoju i wydajniejszej pracy. Niech wolny rynek decyduje o wynagrodzeniach, majątku i awansie społecznym, a nie opresyjne państwo ze swoimi ciemiężącymi regulacjami - postulują liberałowie.

Jednak po kryzysie z 2008 roku luki w tej narracji stały się zbyt widoczne, by można było je tak łatwo zbywać, zwłaszcza w obliczu kolejnych badań ilustrujących zgubny wpływ rosnących nierówności na gospodarkę i społeczeństwo.

Gdy w 2016 roku przeprowadzałem wywiad z Leszkiem Balcerowiczem, każdą wzmiankę o nierównościach traktował nieprzychylnie. "Każdy ma zarabiać tyle samo?" - pytał retorycznie, a ideę podatku progresywnego oceniał jako próbę karania za przedsiębiorczość.

Kiedy zacytowałem wspomniany raport MFW, Balcerowicz odparł: "Ta praca poddana została ostrej metodologicznej krytyce". Zaraz jednak dodał: "Nie chciałbym się szczegółowiej wypowiadać na ten temat".

Przytaczam tę scenkę, by zilustrować, że wobec kolejnych badań i analiz coraz trudniej jest liberałom przekonywać do ignorowania rozwarstwienia społecznego.

Trzy kategorie nierówności

Skupmy się na trzech rodzajach rozwarstwienia w Polsce:

- nierównościach dochodowych, czyli o ile więcej zarabia twój szef,

- nierównościach majątkowych, czyli ilu Polaków ma wille z basenem, a ilu ledwo spłaca hipotekę na swoje mieszkanie,

- nierówności szans - np. na ile miejsce urodzenia ogranicza nasze możliwości awansu społecznego.

Nierówności dochodowe

- W Polsce mamy większe rozwarstwienie dochodowe niż średnia dla Unii Europejskiej. Ale gorsze wskaźniki notują np. kraje bałtyckie i niektóre kraje romańskie - mówi nam prof. Garbicz.

Nierówności dochodowe w Polsce zilustrujmy na podstawie udziału najbogatszych i najbiedniejszych w podziale "tortu", jakim jest dochód całkowity w Polsce.

Według danych zebranych w World Income Inequality Database, 10 proc. najlepiej zarabiających Polaków zgarnia 23,9 proc. dochodu całkowitego.

Dużo? Mało? Porównajmy. Na jednym biegunie mamy oczywiście USA, gdzie udział owych 10 proc. wynosi 30,2 proc. W Wielkiej Brytanii - która pod względem systemu gospodarczego i nierówności jest zawieszona pomiędzy Europą a Stanami - 25,2 proc., ale w Niemczech już mniej - 22,8 proc., a w Szwecji jeszcze mniej - 20,1 proc.

A teraz spójrzmy na udział 20 proc. najgorzej zarabiających. W Polsce trafia do nich 7,9 proc. dochodu narodowego. Sięgnijmy po te same punkty odniesienia. W USA najgorzej zarabiający mają... najgorzej. Ich udział w podziale tortu wynosi 5,1 proc. W Wielkiej Brytanii jest on już wyraźnie wyższy - 7,6 proc., w Niemczech taki sam jak w Polsce - 7,9 proc., a w Szwecji oczywiście zdecydowanie wyższy - 9,1 proc.

Jak widać, rozwarstwienie zarobków w Polsce wygląda podobnie jak w Niemczech (ale oczywiście nie ich wysokość), daleko nam od nierówności amerykańskich i odrobinę bliżej do szwedzkiego egalitaryzmu. Ale też wciąż rozwarstwienie dochodowe kształtuje się u nas powyżej średniej unijnej. Mniejsze nierówności mają choćby takie państwa jak Holandia, Francja, Węgry, Austria, Czechy czy Słowacja, a także, ma się rozumieć, Dania i Finlandia.

Jest też dobra wiadomość - według naszych rozmówców nierówności dochodowe w Polsce nieco maleją, a to za sprawą konsekwentnego spadku bezrobocia od czasu wejścia do Unii Europejskiej.

Nie ma się więc czym przejmować? Nie tak prędko. Polska wciąż jest krajem bogacącym się dzięki taniej sile roboczej i dopuszczającym klasę niższą i średnią do podziału tortu w znacznie mniejszym stopniu niż choćby nasi południowi sąsiedzi czy bratankowie z Węgier. Nie ma co osiadać na laurach - nie dlatego, że tak głosi wyświechtane powiedzenie, tylko dlatego, że o żadnych laurach nie może być mowy.

Nierówności majątkowe

Z rozwarstwieniem majątkowym jest w Polsce dokładnie na odwrót niż z dochodowym: jest ono dużo niższe niż na Zachodzie, ale też rośnie i będzie rosnąć.

- U nas nierówności majątkowe sytuują się na dość niskim poziomie w porównaniu do innych krajów europejskich. To wynika z faktu, że mieliśmy socjalizm, w którym majątki były odbierane. Dopiero teraz dosyć szybko się zaczęły się akumulować i ta nierówność majątkowa będzie rosła. Póki co, największe majątki w Polsce są dziesiątki, setki razy mniejsze niż w wysoko rozwiniętych krajach zachodnich. Dlatego nierówności majątkowe są u nas relatywnie niewielkie, ale one się powiększają - komentuje dla Interii ekonomista dr hab. Michał Brzeziński z Uniwersytetu Warszawskiego.

Do tej pory jedynym kompleksowym badaniem dotyczącym nierówności majątkowych w Polsce był raport "Zasobność gospodarstw domowych w Polsce" z 2014 roku, wydany przez Narodowy Bank Polski.

Co z tego raportu wynika? Znów odwołajmy się do podziału tortu: 10 proc. najbardziej zasobnych gospodarstw domowych w Polsce posiada 37 proc. całkowitego majątku netto naszego kraju, podczas gdy w rękach najbiedniejszych 20 proc. społeczeństwa znajduje się tylko 1 proc. majątku.

Majątek netto to wartość posiadanych przez nas samochodów, mieszkań, oszczędności itd. pomniejszona o nasze długi - przede wszystkim kredyty. Dlatego też majątek netto aż 12 proc. Polaków jest zerowy, bądź ujemny.

Jeden procent najmniej zasobnych gospodarstw domowych jest "poniżej kreski" przynajmniej o 4,5 tys. zł. Z kolei majątek 1 proc. najbogatszych gospodarstw wynosi więcej niż 2,8 mln zł.

A jak to wygląda na Zachodzie, skoro tam rozwarstwienie majątkowe jest jeszcze większe? Przypomnijmy, w Polsce górne 10 proc. posiada ok. 37 proc. całkowitego majątku. Na Zachodzie jest to z reguły powyżej 50 proc., w Szwecji - blisko 60 proc., w Wielkiej Brytanii 70 proc., w Stanach - 76 proc.

Brak mechanizmów hamujących

Wszystko jednak wskazuje, że te różnice będziemy nadrabiać. Majątki wytworzone w latach 90. jeszcze nie napęczniały, jeszcze nie przynoszą takiej renty jak na Zachodzie, jeszcze nie przeszły z pokolenia na pokolenie. Ale to będzie się działo.

Tym bardziej, że w Polsce brakuje mechanizmów, które mogłyby zahamować rosnące rozwarstwienie.

Wprawdzie znaczącą zmianę przyniósł program 500 plus, który, jak wskazuje Bank Światowy czy Główny Urząd Statystyczny, wydatnie przyczynił się do poprawy sytuacji biedniejszych rodzin wielodzietnych, ale samo 500 plus nie zapobiegnie odrywaniu się najbogatszych od reszty społeczeństwa.

- No ogół nie zdajemy sobie sprawy, że polski system podatkowy jest degresywny, tzn. im ktoś jest bardziej bogaty, tym mniejsze, proporcjonalnie, podatki płaci. System podatkowy nie niweluje nierówności - uważa prof. Garbicz.

Nie należy tutaj kierować się nominalnymi stawkami podatkowymi. Jeden z najbogatszych Polaków wyznał nie tak dawno w przypływie szczerości, że jako prezes nie płaci 32-proc. podatku dochodowego, tylko "spółka zleca mu zarządzanie firmą", co pozwala odprowadzać znacznie niższe podatki.

Prezesi nie tylko pracują na śmieciówkach, ale i mają wybitnych prawników, które specjalnie dla nich zajmują się "optymalizacją podatkową". A biorąc jeszcze pod uwagę, że, jak wykazywał francuski ekonomista Thomas Piketty, dochody z kapitału rosną szybciej niż dochody z pracy (raz zgromadzony majątek sam na siebie zarabia), to nie ma innego scenariusza dla Polski, jak znacznie szybsze bogacenie się najbogatszych.

Z powyższych powodów nierówności majątkowych w Polsce nie należy rozpatrywać na podstawie obecnego ich stanu, ale raczej pod kątem pułapu, do którego zmierzamy - czy będzie to pułap bliższy szwedzkiemu czy może brytyjskiemu.

Czy w Polsce każdy może odnieść sukces? Czego nie ujawnia ministerstwo? Czy Donald Tusk przeszedł przemianę? -> czytaj na następnej stronie!

Dowiedz się więcej na temat: nierówności społeczne

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje