​Reforma podatkowa w USA. Koncerny zacierają ręce

Prezydent USA Donald Trump chce radykalnie obniżyć podatek korporacyjny - z 35 do 15 proc. Zapewnia, że w ten sposób powstaną nowe miejsca pracy, ale doświadczenie uczy, że pieniądze prędzej trafią do kieszeni właścicieli, prezesów, inwestorów, menedżerów.

"Zbudujemy system podatkowy, który umożliwi wszystkim Amerykanom realizację amerykańskiego snu" - zapowiada Donald Trump.

Reklama

Prezydent chce obniżyć podatki wszystkim, ale najbardziej najbogatszym i wielkim koncernom. Rozwiązania te suflują mu doradcy powiązani z bankiem Goldman Sachs m.in. Steven Mnuchin czy Gary Cohn. 

Jak wylicza Tax Policy Center, na podstawie propozycji przedstawionych przez administrację Donalda Trumpa w kwietniu, najbogatsi na reformie zaoszczędzą średnio 937 tys. dolarów, natomiast najbiedniejsi - 40 dolarów.

Prezydent może liczyć na wsparcie dla idei obniżania podatków w republikańskim Kongresie, choć pozostaje jeszcze kwestia dogadania szczegółów, o ile je obniżyć (republikanie chcą na przykład, by podatek korporacyjny po reformie wynosił 20 proc.).

Powszechne jest zarówno w administracji jak i wśród republikańskiej większości przekonanie, że obniżając podatki korporacjom, działają na rzecz całego społeczeństwa.

Donald Trump: "Będziemy ciąć podatki tak mocno, że firmy zaczną znów zatrudniać".

John Kasich: "Jeśli obcinasz podatki korporacjom, gospodarka zyskuje".

Steven Mnuchin: "Chodzi nam przede wszystkim o miejsca pracy".

Ta mantra powtarzana jest od czasów Ronalda Reagana, na którego zresztą powołują się republikanie. Problem w tym, że dogmat ten nie ma oparcia w rzeczywistości i stanowi tylko pretekst do jeszcze szybszego bogacenia się przez umowny "jeden procent", czyli najbogatszą część społeczeństwa.

Do obniżenia podatków zachęca administrację dyrektor wykonawczy koncernu telekomunikacyjnego AT&T Randall Stephenson. "Arytmetyka jest prosta. W wyniku cięć będziemy więcej inwestować" - zapowiada.

Tak się składa, że AT&T, dzięki ulgom podatkowym, w latach 2008-2015 (analizowany jest okres od wybuchu kryzysu finansowego do ostatnich danych, które były dostępne badaczom) płaciła efektywną stawkę na poziomie osiem proc. W tym czasie firma zwolniła prawie 80 tys. osób. I to mimo rekordowych zysków.

Gdzie więc podziały się pieniądze? Że zarząd wypłacał sobie wielomilionowe bonusy - to się rozumie samo przez się. Ale aż 34 miliardy dolarów poszły na skupywanie własnych akcji po to, by sztucznie zawyżyć ich wartość.

Sarah Anderson, główna ekonomistka amerykańskiego Institute for Policy Studies, postanowiła zweryfikować dogmat "niższe podatki = większe zatrudnienie" i okazał się on po prostu fałszywy.

Jaką metodologię zastosowała Anderson? Ekonomistka porównała 92 koncerny, które dzięki ulgom płacą podatki niższe niż 20 proc., z resztą sektora prywatnego.

Okazuje się, że w latach 2008-2015 te 92 korporacje zanotowały spadek zatrudnienia o jeden proc., podczas gdy w całym sektorze zatrudnienie wzrosło o sześć proc.

I znów trzeba zapytać - gdzie w takim razie podziały się pieniądze z ulg? Podpowiedź znajdziemy w danych na temat wynagrodzeń top menedżmentu. W koncernach płacących najniższe podatki średnie wynagrodzenie członków zarządu i dyrektorów wynosiło 15 mln dolarów rocznie, natomiast we wszystkich firmach z listy S&P 500, a więc notujących największe obroty - 13 mln dolarów. Zarobki pracowników niższego szczebla były natomiast takie same.

Masowe cięcia podatków, na których skorzystają najbogatsi, tylko pogłębią rozwarstwienie społeczne, które w USA zbliża się do pułapów nienotowanych od 100 lat. Jak wynika z badań m.in. Banku Światowego, nierówności hamują rozwój gospodarczy. 

Amerykański sen pozostanie więc tym, czym jest z definicji. Tylko snem.

Czytaj więcej na ten temat:

Prezydent wszystkich prezesów świętuje

Oszukał mnie Ronald Reagan

Korporacje z piekła rodem

Steven Mnuchin. Światowej klasy finansista

Dowiedz się więcej na temat: Donald Trump

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje