Trzecia debata Clinton-Trump. Programy nad obelgami

Trzecia debata prezydencka /AFP

Trzecia i ostatnia prezydencka debata stała na najwyższym poziomie z dotychczasowych, była najbardziej merytoryczna - choć oczywiście nie obyło się bez wycieczek personalnych - i najwyraźniej unaoczniła różnice między kandydatami. Pojedynek na argumenty przyćmiła deklaracja Donalda Trumpa, a właściwie jej brak, po pytaniu o to, czy uzna wynik wyborów 8 listopada.

Reklama

Kandydat Partii Republikańskiej Donald Trump nie chciał powiedzieć, czy zaakceptuje wynik wyborów z 8 listopada, niezależnie od tego, czy wygra, czy przegra.

"Potrzymam was w niepewności" - mówił Trump.

Reklama

Jego słowa odbiły się szerokim echem, bowiem do tej pory proces związany z przekazywaniem władzy odbywał się w bardzo podniosłej, godnej, pokojowej atmosferze.

Przegrani w minionych wyborach - Mitt Romney, John McCain, John Kerry - po ogłoszeniu wyników zachowywali się z klasą i deklarowali pełną gotowość współpracy z nowym przywódcą dla dobra Ameryki.

Uniki Trumpa w połączeniu z tym, co mówi na wiecach, rodzą obawy o to, jak będzie wyglądała noc z 8 na 9 listopada i kolejne tygodnie.

70-letni miliarder podczas spotkań z wyborcami wskazuje, że przeciwko niemu sprzysięgły się media głównego nurtu (jest w tym racja, co przyznają nawet jego przeciwnicy), ponadto uważa, że w wyborach weźmie udział milion osób nieuprawnionych do głosowania i przekonuje, że Hillary Clinton "w normalnych warunkach" nie byłaby jego przeciwniczką ze względu na zarzuty kryminalne, które, zdaniem Trumpa, powinna usłyszeć.

Czym innym jednak wskazywanie na niesprawiedliwość systemu a czym innym sugestia nieuznania wyniku wyborów.

Swoim unikiem kandydat republikanów mógł dać paliwo tym, którzy Trumpem straszą wyborców niezdecydowanych.

Zwycięzcą debaty... Chris Wallace

Trzecie starcie kandydatów prowadził Chris Wallace ze stacji Fox News. Choć telewizja ta uchodzi za tubę propagandową republikanów, Wallace okazał się najbardziej rzetelnym, obiektywnym i dociekliwym spośród dotychczasowych prezenterów; poprzednicy Wallace'a swoje debaty prowadzili w sposób stronniczy.

W pytaniach Wallace'a pobrzmiewały konserwatywne nuty (sposób formułowania pytań o dostęp do broni, aborcję, dług publiczny, świadczenia socjalne, podatki), jednak dziennikarz nie dawał forów żadnemu z kandydatów i przyciskał ich, gdy wyczuwał hipokryzję lub manipulację.

Jeśli ktoś sądził, że Wallace będzie życzliwy dla Trumpa, ten musiał zmienić zdanie, gdy usłyszał pytania o kobiety, które oskarżają go o molestowanie seksualne czy gdy "grillował" kandydata w sprawie prorosyjskich i nie do końca prawdziwych stwierdzeń Trumpa dotyczących Syrii z poprzedniej debaty.

Nie odpuszczał również Clinton. Dociskał ją za to, co mówiła bankierom za zamkniętymi drzwiami (jak się państwo domyślają - zupełnie co innego niż wyborcom) czy dopytywał o niejasne interesy Clinton Foundation.

Chris Wallace ruszył więc na ratunek amerykańskiemu dziennikarstwu, którego wizerunek w trwającej kampanii mocno ucierpiał - na własne życzenie. 

Dobre momenty

Donald Trump zaskakująco dobrze wypadł, mówiąc o polityce zagranicznej, zwłaszcza o Iraku, Iranie i Syrii.

Choć w trakcie prawyborów uważany był za ignoranta w tej dziedzinie, teraz przedstawił spójną diagnozę - nawet jeśli z nią się nie zgadzamy czy uznamy ją za zbyt duże uproszczenie.

Według Trumpa Stany nie powinny brać udziału w próbie obalania prezydenta Syrii Baszara al-Asada. Jego zdaniem, wywołało to kryzys migracyjny i humanitarny, a obalenie Asada tylko sprawę pogorszy. Kandydat wskazywał, że wśród rebeliantów znajdują się radykalni islamiści. Ponadto dowodził, że Stany są przez Rosję w Syrii ogrywane (opowiadał, jak Rosja z Asadem zdobywali kolejne przyczółki podczas zawieszenia ognia). Sporo miejsca w swojej wypowiedzi poświęcił irackiemu Mosulowi - kpił, że miasto raz zdobyte, trzeba teraz zdobywać ponownie i krytykował publiczne zapowiedzi polowania na przywódców ISIS w Mosulu (dzięki czemu mogli uciec - przekonywał Trump).

Hillary Clinton na tle Trumpa starała się wypaść mocno antyrosyjsko. Wprost oskarżyła Władimira Putina o cyberatak na Stany Zjednoczone i próbę wpłynięcia na wynik wyborów, a konkurenta nazwała "marionetką Putina".

Najlepiej jednak kandydatka demokratów wypadała, gdy mówiła o gospodarce USA. Przypomniała, w jakim stanie zostawiła ją administracja George'a W. Busha, wyliczała, co udało się zrobić i co należy zrobić. Narracja o wzmacnianiu klasy średniej była poparta zapowiedziami "towarzyszącymi" - zwolnienie z opłaty za college dla gorzej zarabiających, większa regulacja i opodatkowanie największych przedsiębiorstw. Wykazywała, że propozycje Donalda Trumpa przyczynią się do gwałtownego wzrostu zadłużenia.

Gorsze momenty

Jeśli chodzi o gospodarkę, zapowiedzi i oceny Donalda Trumpa sprawiały wrażenie oderwanych od rzeczywistości. Miliarder porównywał wzrost gospodarczy USA ze wzrostem Chin czy Indii, choć oczywistym jest, że nie należy porównywać ze sobą krajów najbardziej rozwiniętych, o wyższym standardzie życia, z krajami rozwijającymi się. 

Trump zapowiadając, że za jego prezydentury roczny wzrost PKB będzie wynosił 6 proc., deklaruje coś, co jest nierealne w obecnej sytuacji gospodarczej na świecie i przy jego neoliberalnych propozycjach, które przyczynią się do pogłębienia rozwarstwienia społecznego (a według aktualnych analiz Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego rozwarstwienie hamuje wzrost gospodarczy).

Niezbyt przekonująco wypadł, gdy zadeklarował: "Nikt nie szanuje kobiet bardziej niż ja", na co publiczność zareagowała śmiechem. Trump przekonywał, że dziewięć kobiet oskarżających go o obłapianie i całowanie bez ich zgody to "kłamczuchy" zwerbowane przez sztab Hillary Clinton. Być może widzowie byliby skłonni uwierzyć Trumpowi, gdyby nie to, że sam przechwalał się w 2005 roku, że dotyka i całuje kobiety "z zaskoczenia".

Z kolei Clinton ewidentnie uciekała w popłochu przed pytaniami o swoją fundację. Wallace wskazywał, że darczyńcy Clinton Foundation mogli liczyć na przysługi w kierowanym przez Clinton Departamencie Stanu. Ponadto fundacja przyjmowała dotacje od rządów państw a jednocześnie departament Clinton podpisywał z tymi państwami różnorakie umowy. Jednak zapytana o konflikt interesów kandydatka zaczęła opowiadać o wspaniałych, dobroczynnych osiągnięciach fundacji. Nie było żadnych wątpliwości, że pytanie jest dla niej niewygodne.

Podobnie było w przypadku wątku "haitańskiego". Przypomnijmy, że po trzęsieniu ziemi w 2010 roku to Clintonowie - Hillary i Bill - nadzorowali amerykańską pomoc dla tego kraju. Robili to w podwójnej roli - jako przedstawiciele amerykańskiego rządu i jako szefowie Clinton Foundation. Haitańczycy, którzy w 2015 r. protestowali pod domem Clintonów, zarzucają, że wpływowe małżeństwo zdefraudowało pieniądze na pomoc temu państwu, przeznaczając je na inwestycje swoich znajomych, często w miejscach niedotkniętych trzęsieniem ziemi. Ponadto wyszło na jaw, że mocno zainteresowany wydobywaniem złota na Haiti jest młodszy brat Hillary - Tony Rodham. Jak na te zarzuty odpowiedziała kandydatka demokratów? Zaczęła ronić krokodyle łzy nad losem tego biednego kraju i zapewniała, że jej fundacja pomagała i nadal będzie pomagać Haiti. Była sekretarz stanu nie stawiła czoła zarzutom.

Mniej walki w kisielu

Choć pojawiły się spięcia (Clinton: - Putin wolałby swoją marionetkę na stanowisku prezydenta USA. Trump: - Sama jesteś marionetką), trzecia debata była najbardziej merytoryczna, co należy w dużej mierze przypisać Wallace'owi, który pilnował kandydatów i starał się wyciągać z nich deklaracje programowe.

Dzięki temu wiemy, że - jeśli wierzyć zapewnieniom z debaty -  prezydent Trump mocno zaangażuje się obronę prawa do posiadania broni, będzie chciał doprowadzić do ograniczenia aborcji (tego typu sprawy "załatwia się" poprzez nominowanie odpowiednich osób do Sądu Najwyższego), znacząco obniży podatki, uchyli Obamacare i postawi na wolną konkurencję w służbie zdrowia, deportuje nielegalnych imigrantów, wybuduje mur na granicy z Meksykiem, zrewiduje politykę zagraniczną w stosunku do Rosji i państw NATO (wszystkie wypowiedzi sugerują, że będzie znacznie bardziej prorosyjski i sceptyczny wobec NATO) i będzie chciał renegocjować umowy handlowe, zwłaszcza NAFTA.

Hillary Clinton - znów przy zastrzeżeniu, że mówimy o deklaracjach - uczyni dostęp do broni bardziej restrykcyjnym, będzie dążyła do uchylenia wyroku Sądu Najwyższego ws. nieograniczonych datków na cele polityczne, zaangażuje się w utrzymanie praw gejów i lesbijek oraz praw aborcyjnych, zniesie opłaty za college dla ubogich rodzin, umożliwi zalegalizowanie pobytu nielegalnym imigrantom, zwiększy regulację finansjery, podniesie podatki najbogatszym, "postawi się" Władimirowi Putinowi na arenie międzynarodowej.

Oczywiście powątpiewa się, czy mur rzeczywiście stanie, jeśli wygra Trump, albo czy finansjera zostanie utemperowana, gdy zwycięży Clinton, jednak wyraźnie widać, że kandydaci proponują dwa zupełnie odmienne kierunki dla Stanów Zjednoczonych. Przy tak wyraźnych ułomnościach obojga kandydatów często pomija się fakt, że Clinton i Trump mają tak skrajnie odmienną wizję przyszłości Ameryki. Trump postuluje ścieżkę konserwatywną i neoliberalną, Clinton z kolei przesunęła się z pozycji centrowych na progresywne i może być najbardziej lewicowym prezydentem od lat.

Czytaj więcej na temat wyborów w USA

Dowiedz się więcej na temat: USA

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje