USA: Męki dwupartyjności

Republikanie z radością odbierają ubezpieczenie zdrowotne najbiedniejszym, a demokraci zapraszają lobbystów do współpracy. 44 proc. Amerykanów nie popiera ani Partii Republikańskiej, ani Partii Demokratycznej.

Demokraci właśnie wybrali swojego nowego lidera. Skompromitowaną ustawieniem prawyborów pod Hillary Clinton Debbie Wasserman-Schultz ostatecznie zastąpił Tom Perez, utożsamiany z partyjnym establishmentem. Tym samym, który wyspecjalizował się w przegrywaniu kolejnych wyborów.

Reklama

Perez, były sekretarz pracy w administracji Baracka Obamy, pokonał Keitha Ellisona, popieranego przez lewe skrzydło demokratów - m.in. Berniego Sandersa i Elizabeth Warren - oraz związki zawodowe.

Przegrali ci, którzy domagali się zmian w partii, wygrali natomiast ci, którzy tak bardzo faworyzowali Hillary Clinton.

"Komitet krajowy jest kompletnie oderwany od obywateli i ich potrzeb. Liderzy demokratów znaleźli się na rozdrożu i wybrali kontynuację polityki Clintonów, polegającej na priorytetowym traktowaniu interesów bogatych donatorów" - powiedziała Erich Pica, która agitowała na rzecz Ellisona.

Na potwierdzenie tej tezy nie trzeba było długo czekać. Jeszcze tego samego dnia w głosowaniu komitetu upadły rezolucje zakazujące przyjmowania korporacyjnych dotacji oraz zabraniające zatrudniania przez komitet krajowy zarejestrowanych lobbystów.

Rozczarowani i wściekli wyborcy demokratów już wcześniej głośno wyrażali swoje niezadowolenie pod brooklyńskim apartamentem Chucka Schumera, lidera demokratycznej mniejszości w Senacie, skandując: "Chuck, what the fuck?" (w wolnym tłumaczeniu - "Chuck, co do cholery?"). W tym przypadku chodziło o ostrzejsze postawienie się republikanom i Donaldowi Trumpowi, ale dobrze ilustruje to rozjazd między wyborcami a partią.

A jeśli już przy republikanach jesteśmy. Kongresmen Mike Burgess z Teksasu, komentując wycofanie się z Obamacare, głośno powiedział to, co myślą jego partyjni koledzy - według niego, nie należy do zadań rządu federalnego gwarantowanie opieki zdrowotnej obywatelom.

Ubezpieczenie? "Nie wszyscy będą mieli"

Republikanom zarzuca się, że pospiesznie wycofują Obamacare, nie proponując niczego w zamian, przez co ubezpieczenie mogą stracić miliony Amerykanów. Co na to kongresmen Burgess?

"Jeśli liczba ubezpieczonych spadnie, to będzie to dobry sygnał. Będzie to oznaczało, że przywróciliśmy wolność wyboru" - oznajmił polityk.

W bawełnę nie owija kongresmen Dennis Ross z Florydy:

"Nie wszyscy będą mieli ubezpieczenie zdrowotne. Niektórzy po prostu nie troszczą się o swoje zdrowie" - stwierdził.

Dla republikanów priorytetem jest wolny rynek w dziedzinie usług medycznych i sprzeciwiają się jakiemukolwiek przymusowi, a zwłaszcza obciążaniu kosztami przedsiębiorców.

Dodajmy, że Stany Zjednoczone są jedynym rozwiniętym państwem na świecie, które nie gwarantuje swoim obywatelom opieki zdrowotnej, a koszty leków i usług należą do najwyższych. 

Obamacare wprowadziło rządowe dofinansowanie ubezpieczenia zdrowotnego - w zależności od dochodu - ale i jego obligatoryjność pod groźbą kary. System okazał się w dużej mierze nieprzemyślany i utrzymał dominację sektora prywatnego, faktem jednak jest, że zwiększyła się liczba ubezpieczonych. Według badania Pew Research Center 53 proc. rodaków pozytywnie ocenia Obamacare, a 43 proc. negatywnie.

Nieodebrana wiadomość

Po wyborach nowego przewodniczącego komitetu krajowego Partii Demokratycznej reżyser i lider protestów przeciwko Donaldowi Trumpowi Michael Moore napisał:

"Nasza wiadomość najwyraźniej nie została odebrana. Młodym wyborcom kazano sp...ć. Dwie partie nie są w stanie reprezentować pełnego spektrum poglądów politycznych 225-milionowego narodu. Jednak nasze prawa uniemożliwiają trzeciej partii odniesienie sukcesu. Co robić?" - pyta Michael Moore.

Z jednej strony badania pokazują rekordowe zniechęcenie Amerykanów systemem dwupartyjnym, a z drugiej obie polityczne korporacje - republikanie i demokraci - dysponują machiną zdolną zebrać miliardy dolarów na utrzymanie tego systemu. Machiną usankcjonowaną zresztą przez Sąd Najwyższy USA.

W 2010 roku SN - stosunkiem głosów 5 do 4 - zawyrokował, że w imię wolności słowa nie można zakazać koncernom, osobom prywatnym czy związkom zawodowym nieograniczonego wydawania pieniędzy na cele polityczne. Co prawda istnieje limit wpłat bezpośrednio na partyjne konta, ale wymyślono tzw. Super PACs, organizacje teoretycznie niezależne, by te przepisy obchodzić.

Poza tym aparat partyjny - każdy kongresmen, senator, działacz - jest perfekcyjnie wyszkolony w pozyskiwaniu pieniędzy. Na telefonach do sponsorów spędzają po kilka godzin dziennie.

Jeśli dodamy do tego, że z jedną lub drugą partią powiązane są również konglomeraty medialne, a całość betonuje większościowa ordynacja, trudno uciec przed konkluzją, że demokraci i republikanie mogą dalej kompromitować się bez obaw.

Dowiedz się więcej na temat: Partia Demokratyczna | Partia Republikańska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje