​Włochy po wyborach. Co wiadomo, czego nie wiadomo

Beppe Grillo i Luigi Di Maio z Ruchu Pięciu Gwiazd /AFP

Po Polsce, Wielkiej Brytanii i USA przyszedł czas na antyestablishmentowy wstrząs we Włoszech. O ile kryzys gospodarczy został (chwilowo?) zażegnany, o tyle kryzys zaufania do dotychczasowych elit trwa w najlepsze.

Reklama

Rządząca do tej pory Włochami centrolewicowa Partia Demokratyczna otrzymała w niedzielnych (4 marca) wyborach 19 proc. głosów. To klęska, zważywszy że w ciągu czterech lat ugrupowanie Matteo Renziego zjechało z pułapu 45 proc. w sondażach.

Słaby wynik zanotowała klasyfikowana jako tradycyjna Forza Italia Silvia Berlusconiego - 14 proc. głosów sprawiło, że Forza Italia okazała się gorsza w centroprawicowym bloku od radykalniejszej Ligi Północnej, która zdobyła blisko 18 proc. głosów.

Reklama

Opowieści o tym, że 81-letni Silvio Berlusconi wskaże premiera, okazały się na wyrost, bowiem jeśli premier wyłoniony zostanie z centroprawicowego bloku, to wskaże go lider Ligi - Matteo Salvini.

Choć centroprawica (Forza Italia + Liga Północna + Bracia Italii + prawicowy plankton) otrzymała łącznie 36 proc. głosów, to najsilniejszą pojedynczą partią okazał się nazywany populistycznym Ruch Pięciu Gwiazd, założony przez satyryka Beppe Grillo. Partia zdobyła 32 proc. głosów.

Politycy Ruchu Pięciu Gwiazd szczycą się tym, że choć niewiele wiedzą i brakuje im doświadczenia, to są uczciwi i nieskorumpowani, a to - ich zdaniem - klucz do dobrego rządzenia.

31-letni kandydat Ruchu na premiera, Luigi Di Maio, nie skończył studiów i jest ignorantem (twierdził m.in., że Pinochet rządził w Wenezueli), ale to tylko przydaje mu autentyczności.

Komentatorzy jednym tchem łączą Ruch z Ligą Północną i wskazują, że 50 proc. Włochów zagłosowało na te antyestablishmentowe partie. To oczywiście prawda, ale należy zauważyć, że Ruch Pięciu Gwiazd to nieco inny przypadek niż dotychczasowe prokremlowskie, antyimigranckie i antyunijne partie, takie jak choćby francuski Front Narodowy. W programie Ruchu więcej jest elementów lewicowych m.in. dochód gwarantowany, wyraźnie zaakcentowane postulaty ekologiczne czy poparcie dla małżeństw homoseksualnych. Dlatego stawianie tezy, że "znów zwyciężył prawicowy populizm" tym razem nie jest do końca uprawnione, choć z całą pewnością elementy antyimigracyjne czy alterglobalistyczne mogą świadczyć o pewnej prawidłowości.

Możliwe koalicje, czyli czego boi się Bruksela

Ruch Pięciu Gwiazd, jako partia antysystemowa, długo wykluczał udział w jakichkolwiek koalicjach, jednak teraz już nie są tak stanowczy. Więcej, z ostatnich wypowiedzi wynika, że są wręcz otwarci na układanki z różnymi partami, od lewa do prawa. A to otwiera pole do interesujących rozważań.

Włoski dziennikarz Ferdinando Giugliano wskazuje na trzy możliwe scenariusze:

1. Ruch Pięciu Gwiazd rządzący wespół z centrolewicą. Ze wstępnych kalkulacji wynika, że razem będą mieć ponad 330 mandatów w Izbie Deputowanych, co wystarczy do stworzenia rządowej większości.

2. Ruch Pięciu Gwiazd z Ligą Północną. Takiej, nie ukrywajmy, wybuchowej koalicji najbardziej obawiają się w Brukseli i nie tylko. Matteo Salviniemu bardziej jednak opłaca się być liderem centroprawicy niż tym mniejszym koalicjantem Ruchu.

3. Wielka koalicja bloku centroprawicowego i centrolewicowego, a więc izolacja Ruchu Pięciu Gwiazd. Trudno jednak wyobrazić sobie współpracę Ligi Północnej z Partią Demokratyczną na jakiejkolwiek płaszczyźnie.

Na tę chwilę teoretycznie możliwy byłby również układ Ruch Pięciu Gwiazd i Forza Italia, jednak włoscy komentatorzy zdają się nie traktować takiego scenariusza jako prawdopodobnego (Ruch zwalczał dotychczasowy establishment, a magnat i były premier Berlusconi jest przecież jego uosobieniem).

Co dalej, czyli mrzonki o lirze

W którą stronę pójdą Włochy przy takim układzie sił?

Kibice wyjścia Włoch z UE czy też opuszczenia przez Włochy strefy euro (i powrotu do lira) będą raczej rozczarowani. Owszem, z takimi pomysłami flirtował zarówno Ruchu Pięciu Gwiazd czy Liga Północna, jednak im bliżej wyborów, tym bardziej łagodzono eurosceptyczne tony, co sugeruje, że na tym odcinku trzęsienia ziemi nie będzie.

Należy się natomiast spodziewać ocieplenia stosunków z Rosją, a więc i lobbowania za takim zbliżeniem na forum Wspólnoty. Komentatorzy często sięgają po frazę "Putin otworzył szampana". Jest ona tak często powtarzana, że prezydent Rosji musiałby cały czas chodzić na rauszu, faktem jednak jest, że zarówno centroprawica, jak i Ruch Pięciu Gwiazd chcą nowego otwarcia z Kremlem.

Na pewno będziemy też mieli do czynienia z jakąś formą zaostrzenia polityki migracyjnej. Nawet miotający się wcześniej w tej kwestii Ruch dołączył do chóru prawicowych partii licytujących się, kto więcej migrantów deportuje i kto więcej łodzi zawróci. Wyborcy wyraźnie opowiedzieli się za powstrzymaniem migracji, ten postulat to wspólny mianownik łączący niedzielnych triumfatorów.

W tych przewidywaniach jest jeszcze jeden pewnik: Włochy nieuchronnie czeka kolejny polityczny kryzys, i to już po sformowaniu koalicji. W ciągu 73 powojennych lat kraj ten miał 65 rządów, z czego tylko jeden dotrwał do końca kadencji. Ale nie tylko o historyczny determinizm tu chodzi, lecz o obietnice, których partie nie będą w stanie dotrzymać. Trudno sobie wyobrazić, by przy długu publicznym przekraczającym 130 proc. PKB koalicyjny rząd wprowadził dochód gwarantowany (Ruch Pięciu Gwiazd), podatek liniowy na poziomie 15 proc. (Liga Północna) i obniżenie wieku emerytalnego (Liga Północna).

Gra na przeczekanie

Cokolwiek się we Włoszech nie zdarzy, widać wyraźnie, że zwycięstwo Emmanuela Macrona we Francji nie było żadną tamą dla antysystemowej fali przetaczającej się przez Zachód. Macron zresztą, przypomnijmy, sprzedawał siebie jako coś nowego, świeżego, jako zaprzeczenie tradycyjnego podziału na lewicę i prawicę (innymi słowy kandydat elit, żeby zwyciężyć, musiał grać antysystemowca).

Wyjście z recesji i wzrost gospodarczy w UE nie sprawiły, że grzechy establishmentu zostały wybaczone. Kryzys zaufania jest potężniejszy niż przypuszczano, a liderzy tradycyjnych partii, które gwałtownie tracą poparcie (we Włoszech Partia Demokratyczna i Forza Italia, w Niemczech CDU i SPD, gaulliści i socjaliści we Francji), próbują to wszystko po prostu przeczekać w nadziei, że wyborcy "zmądrzeją", "opamiętają się" i sami wrócą w ich objęcia.

Dowiedz się więcej na temat: Włochy | wybory

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje