​Wybory w Norwegii. Kto z kim, jak i dlaczego

W dniu wyborów supermarkety nie będą sprzedawać alkoholu, a wpisanie krzyżyka obok nazwiska kandydata to domaganie się jego usunięcia. Tymczasem lider opozycji w telewizyjnej debacie wściekle atakuje premier: "Pani priorytety nie są właściwe". Witamy w Norwegii. Wybory do parlamentu już 11 września.

11 września Norwegowie wybiorą 169 przedstawicieli do Stortingu - norweskiego parlamentu. Każdy okręg ma z góry przypisaną liczbę przedstawicieli w Stortingu, jednak już po podliczeniu głosów przyznaje się 19 miejsc "wyrównujących" - są to dodatkowe mandaty, dzięki którym skład parlamentu wierniej oddaje wynik wyborów (innymi słowy chodzi o to, by procentowy rozkład mandatów był zbliżony do procentowego rozkładu głosów). 

Reklama

Wyborcy wskazują partię, na którą oddają głos, ale mogą również zmienić kolejność kandydatów na liście, wpisując obok nazwiska odpowiedni numer (znaczy to mniej więcej: "chcę, żeby mój okręg reprezentował przede wszystkim kandydat X, później kadydat Y, a dopiero w trzeciej kolejności kandydat Z, o ile się oczywiście dostanie"). Postawienie krzyżyka obok nazwiska kandydata to - inaczej niż choćby w Polsce - odrzucenie tej osoby ("nie życzę sobie, aby ten kandydat reprezentował partię, na którą głosuję i mój okręg").

Co prawda w dniu wyborów nie można kupić alkoholu, ale pozostają otwarte knajpy, a w całym kraju organizowane są "valgvake" - wieczory wyborcze, których gospodarzami są m.in. partie czy uniwersytety. Wyniki prezentowane są za pomocą rzutników, a uczestnicy siedzą przy stolikach, piją kawę lub piwo i zajadają się goframi.

Prawie kulturalna kampania

Tegoroczna kampania wyborcza w Norwegii to przede wszystkim starcie dwóch największych ugrupowań: opozycyjnej Partii Pracy (Ap), której liderem jest 56-letni były minister spraw zagranicznych Jonas Gahr Støre i (współ)rządzącej Partii Konserwatywnej (H) dowodzonej przez premier Ernę Solberg.

Niedawno odbyła się debata telewizyjna obojga liderów. Starcie to w niczym nie przypominało tak dobrze nam znanej konwencji wymiany obelg. Støre poparł politykę obniżania podatków dla przedsiębiorców, ale skrytykował cięcia w podatkach majątkowych. Solberg przyznała, że Støre stawia trafne diagnozy, ale zarzuciła mu, że nie proponuje precyzyjnych rozwiązań. "Pani priorytety są błędne" - zarzucał lider opozycji. "Wasza poprzednia koalicja była chaotyczna, i podobnie będzie tym razem" - odgryzała się premier. Przyznają państwo, że odbiega to nieco od wzajemnych oskarżeń o zdradę i najcięższe przestępstwa.

Ale żeby nie było, że norweska kampania to tylko tęcza, jednorożce i "bułkę przez bibułkę" - gorąco zrobiło się choćby podczas radiowej debaty liderów nacjonalistycznej Partii Postępu (FrP) i Chrześcijańskiej Demokracji (KrF).

Sylvi Listhaug, minister migracji z FrP zarzuciła Knutowi Arildowi Hareide z KrF, że wdzięczy się do "ekstremalnych elementów społeczeństwa". Powiedziała nawet, że "prostytuuje się przed imamami".

"Pani Listhaug jest bardziej zainteresowana retoryką niż politycznymi rozwiązaniami" - odparł zdumiony Hareide.

"Partia Postępu to jedyna partia, która zajmuje jednoznaczne stanowisko wobec ludzi akceptujących kamienowanie" - podkreślała Listhaug.

W dyskusję włączyła się Partia Pracy. "Wspólnie pracujemy nad walką z ekstremizmem, ale najwyraźniej nie ma granic dla języka, którym posługują się członkowie rządu" - oceniła Marianne Martinsen.

Wyjaśnijmy, że Partia Postępu i Chrześcijańska Demokracja, wraz z Partią Konserwatywną i Partią Liberalną (V), tworzą obecnie rządzącą konserwatywną koalicję. Jednak po wspomnianej scysji radiowej wyraźnie popsuły się stosunki chadeków z pozostałymi. Chrześcijańska Demokracja nie uczestniczyła w niedawnej konferencji partii koalicyjnych, co natychmiast wywołało lawinę spekulacji na temat możliwych scenariuszy powyborczych. Przyjrzyjmy się im.

Czerwono-zieloni albo konserwatyści

Norweski parlament jest stosunkowo różnorodny. Obecnie zasiada w nim osiem ugrupowań. Żadne z nich nie ma raczej szans na samodzielną większość. Przez osiem lat rządziła koalicja czerwono-zielona, a przez ostatnie cztery koalicja konserwatywna. I o to właśnie toczy się gra: czy będziemy mieli powrót konstelacji lewicowej, czy też przy władzy utrzyma się obecny układ.

W sondażach prowadzi Partia Pracy (32 proc.) przed Partią Konserwatywną (26 proc.). Ale to wyniki pozostałych ugrupowań zadecydują, komu przypadnie teka premiera: Ernie Solberg czy Jonasowi Gahrowi Støre.

Do koalicji czerwono-zielonej Partia Pracy chciałaby wciągnąć Socjalistyczną Lewicę (SV, obecnie 5 proc. w sondażach) i Centrystów (Sp, 10 proc.). Przy czym człon "zielona" nie oznacza wcale środowisk ekologicznych (Støre nie chce Zielonych w koalicji), tylko nurty zorientowane na wieś i rolnictwo. 

Z kolei koalicję konserwatywną ponownie stworzyłaby Partia Konserwatywna, Partia Postępu (obecnie 14 proc. w sondażach) i Partia Liberalna (3 proc.), ale nie wiadomo co z chadekami - nie podoba im się antyimigrancka retoryka, a Støre już wyciągnął do nich rękę.

Różnice programowe nie są radykalne. Rząd Solberg jest i będzie z pewnością mniej otwarty na imigrantów. Jeśli chodzi o gospodarkę, to koalicja konserwatywna prezentuje bardziej probiznesowe podejście, a ewentualna koalicja czerwono-zielona bardziej propracownicze. Zarazem panuje konsensus co do utrzymania tzw. państwa dobrobytu, państwa opiekuńczego i co do liberalnego kierunku w kwestiach światopoglądowych (konserwatyści głosowali w 2008 roku za małżeństwami homoseksualistów oraz za możliwością adopcji przez pary jednopłciowe). Zasadniczo różnią się te środowiska jeśli chodzi o stosunek do UE: Partia Konserwatywna jest zdecydowanie prounijna, z kolei członkowie koalicji czerwono-zielonej mocno dystansują się od UE; jednocześnie Støre zapowiada zacieśnienie stosunków z Francją.

W tej chwili trudno ocenić, która z koalicji ma większe szanse uformować się po wyborach, więc tym ciekawsze będzie to wydarzenie.

Dowiedz się więcej na temat: Norwegia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje