Subiektywny przegląd tygodnia

Premier chyba oszalał. Wyszedł w środę do dziennikarzy i stwierdził: "ważne, żeby prawo i sprawiedliwość zatriumfowało". Takiej deklaracji nikt się po Donaldzie Tusku nie spodziewał. No ale po ostatnim ociepleniu w stosunkach z prezydentem teraz można oczekiwać wszystkiego...

Podobno z okazji poniedziałkowego szczytu Unii Donald tak się z Lechem skumał, że - jak donosił "Dziennik" - w samolocie prezydent nawet odstąpił umęczonemu premierowi swoją leżankę.

Reklama

Zobacz więcej na komiks.interia.pl" align="" enlarge="0"/>I Sikorskiego pan prezydent pochwalił, choć szef MSZ przypadkowo spotkał w Brukseli słynnego Rona Asmusa (kimkolwiek by on nie był) i razem się z naszej głowy państwa podśmiechiwali. Wstyd, panowie!

A prezydent po brukselskim szczycie trochę się rozmarzył... "Gdyby Unia składała się z samych Polsk..." - stwierdził - to byśmy tym wstrętnym ruskom pokazali - chciał zapewne dokończyć, ale trochę obawiał się drażnić niedźwiedzia ze Wschodu.

Mimo zaprzyjaźnienia się na chwilę z prezydentem, nie był to dla premiera przyjemny tydzień. Szef rządu po lekturze "Faktu" mógł się nawet poczuć jak piłkarze Legii Warszawa podczas meczu z Wisłą w Krakowie (albo na odwrót). "Donald! Co? Ty k...o!" - mieli skandować na wyjeździe integracyjnym młodzi PiSiacy. A wybrykiem partyjnej młodzieżówki powinien czuć się urażony także zapomniany już trochę "Jan Maria popita", któremu też się dostało.

Zobacz więcej na komiks.interia.pl" align="" enlarge="0"/>Ale temu ostatniemu nie w głowie teraz czytanie "Faktu", bo znalazł zatrudnienie w nieco poważniejszej gazecie. Rokita w "Dzienniku" chce "podjąć próbę regularnego używania ludzkiej władzy sądzenia do politycznej rzeczywistości polskiej, ale nie tylko polskiej". Ładnie to niedoszły premier z Krakowa ujął. Co mu z tych prób wyjdzie, przekonamy się pewnie wkrótce.

Artur Boruc w derbach Glasgow podobno puścił szmatę i jeszcze pokazał "faka" kibicom Rangersów. Trochę się ostatnio pogubił nasz "Borubar". I napić się lubi...

Ale co tam. Ważne jest to, co się stało w Afryce. W środkowej Kenii spadł śnieg. Prawie nikt go tam nigdy na żywo nie widział. Ale się dziecięta cieszyły. Wreszcie można iść na sanki. A i kulką w głowę można zarobić.

Najgorzej to miał chyba jednak w tym tygodniu pewien mnich buddyjski. Japoński w dodatku. Wszedł chłopina do świątyni i wymyślił, że usunie stamtąd gniazdo szerszeni. Przy pomocy płonącej pochodni. Jak się owady o tym dowiedziały. Jak ruszyły na nieszczęśnika... Pochodnię upuścił, świątynię całą spalił, sam się poparzył. I gdzie się teraz te biedne szerszenie podzieją?

Zobacz więcej na komiks.interia.pl" align="" enlarge="0"/>Aha, jeszcze jedno. Się dowiedział w czwartek RMF, że prezydent na listopad wielki bal przygotowuje. Wszyscy mają być. I Bush, i Miedwiediew, i Saakaszwili. Benhałer, Irasiad i może nawet Roger Pareira. Tylko kto za to zapłaci - pytają w komentarzach nasi czytelnicy. Pewno jak zwykle - pan zapłaci, pani zapłaci...

WS

Dowiedz się więcej na temat: Donald Tusk | prezydent | przegląd | Prawo i Sprawiedliwość

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje