Afera z podsłuchami NSA w Niemczech. Dlaczego by nie zacząć wydalać agentów?

WikiLeaks zdaje się być niewyczerpanym źródłem informacji o tym, kogo Amerykanie szpiegują. W Niemczech na podsłuchu USA miały nie tylko obecną szefową rządu, ale także kanclerza Kohla i Schroedera.

"Sueddeutsche Zeitung" uważa, że "Władze amerykańskie powinny zrozumieć, że nie wolno im się tak panoszyć w Niemczech. Ale nigdy tego nie pojmą, jeżeli wciąż będzie się je zapewniać, jak święte jest niemiecko-amerykańskie przymierze i jak niezbędna jest współpraca tajnych służb. Owszem Niemcy i Stany Zjednoczone potrzebują siebie nawzajem. Muszą stać ramię w ramię w walce z terrorystami Państwa Islamskiego i innymi zagrożeniami. Ale Amerykanie sami ani na sekundę nie dopuściliby do tego, żeby BND (niemiecka tajna służby - przyp. red) instalowała pluskwy w Białym Domu".

Reklama

"Frankfurter Rundschau" pisze, że "Jak widać z protokołów opublikowanych przez WikiLeaks, prawie wszystko, co kanclerz Angela Merkel omawiała przez telefon i tak było wiadome Amerykanom. Albo przynajmniej mogliby znać treść tych rozmów. Dlatego można na te wszystkie demaskacje reagować wzruszeniem ramiom, jak teraz robi to wielu polityków w niemieckim rządzie. Wszyscy są cool, opanowani i profesjonalni. To wrażenie jeszcze się potęguje, kiedy wszystkim, którzy wściekają się na szpiegostwo, zarzuca się naiwność. Na zasadzie: jak w ogóle można się czemuś takiemu dziwić. Może i tak jest, ale powstały poważne polityczne szkody, których nawet przy największej dozie spokoju nie wolno bagatelizować. Jest to uchybienie demokracji i utrata zaufania do instytucji w Ameryce i Niemczech. I to nie dopiero teraz, lecz już od lat kruszą się wszystkie, być może nawet naiwne, wyobrażenia o USA jako bastionie wolności osobistej".

"Nuernberger Nachrichten" zaznacza: "Oczywiście, że niemieckie tajne służby nie mają możliwości takich, jak amerykańskie - ale eksperci wyrażają poważne wątpliwości, czy z takiej masy informacji w ogóle można wyłowić jeszcze jakiekolwiek istotne fakty. Argument bezpieczeństwa nie jest przy tym najważniejszym powodem, by nie doszło do wyjaśnienia całej sprawy czy chociaż publicznego protestu. Sama kanclerz milczy, jak ma to w zwyczaju, kiedy sprawy się komplikują. To Amerykanie muszą odczytać jako zaproszenie do szpiegowania bez przeszkód".


"Mindener Tagblatt" podkreśla, że "Kto chce położyć kres takiemu szpiegostwu, ten nie powinien liczyć na głośne, publiczne oskarżenia, na odpowiedzialność moralną czy na procedury prawne (które dla 'niezaprzyjaźnionych' tajnych służb i tak są bez znaczenia), tylko powinien sam zadbać o należytą ochronę - od strony organizacyjnej i technologicznej. Należałoby zadbać o efektywne zarządzanie i nadzór własnych służb i umożliwienie im skutecznego działania, także działań kontrwywiadowczych. A przede wszystkim nie wolno stracić z oczu, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem - i faktu, że w tej wymianie informacji dawanie i branie mają ze sobą wiele wspólnego".

"Ludwigsburger Kreiszeitung" zaznacza, że "Chodzi o konsekwencje polityczne. Oczywiście, że NSA współpracuje z niemiecką służby BND na polu zwalczania terroryzmu i ta kooperacja musi rozwijać się dalej. Niemcy mają dzięki niej większe poczucie bezpieczeństwa, ale nie powinno się szpiegować przyjaciół. Tu przydałoby się kilka symbolicznych znaków zrozumiałych w językuach wszystkich szpiegujących narodów. Na przykład wydalenie tego czy innego amerykańskiego agenta. Albo upublicznienie listy selektorów z 450 tys. dalszych nazwisk i numerów telefonów. Nic by się przecież wielkiego nie stało. A że Amerykanie by się nieco zdenerwowali? Niech zobaczą, jak to jest."

opr. Małgorzata Matzke

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje