Debalcewo bez prądu i wody. Uwięzieni w piwnicach

Miasto Debalcewo na wschodniej Ukrainie jest od tygodni pod ciągłym ostrzałem. Organizacje pomocowe ostrzegają w obliczu trudnej ewakuacji przed katastrofą humanitarną.

- Przez dwa tygodnie żyłyśmy z moją czteroletnią wnuczką w piwnicy. Wszędzie było mokro i brudno. Było tam też wiele innych dzieci, również niemowlęta - opowiada mieszkanka Debalcewa Jewhenia.

Reklama

W piwnicy nie było prądu, posiłki gotowano na otwartym ogniu. - Wodę przynosiłam z pobliskiego strumyka w lesie. To było bardzo niebezpieczne, bo las był pod ostrzałem artylerii. - mówi Jewhenia, która wraz z wnuczką opuściła miasto 2 lutego.

Kiedyś Debalcewo liczyło 25 000 mieszkańców. Teraz wygląda na opustoszałe. W minionych miesiącach życie przeniosło się dosłownie pod ziemię. Telefony komórkowe nie działają. Wszędzie gruzy i zgliszcza.

Uwięzieni w piwnicach

- Sytuacja mieszkańców tego miasta jest katastrofalna - mówi DW ukraiński wolontariusz, który prosił o zachowanie anonimowości. Wraz z innymi pomocnikami zaopatruje mieszkańców Debalcewa w żywność i leki. - Ci ludzie nie mieszkają już w swoich domach, lecz koczują w piwnicach. Są tam też ranni, bo szpitale i apteki zamknięte - opowiada.

Potwierdza to również Ołeksandr Horbatko, szef pozarządowej organizacji "Donbas SOS". W rzeczywistości sytuacja w mieście jest bardziej dramatyczna, niż przyznają władze ukraińskie. - Ponieważ wszystkie połączenia telefoniczne zostały zerwane, ludzie są całkowicie odcięci od świata - Horwatko opowiada DW. - Tylko nieliczni korzystają z pomocy humanitarnej, bo żywność i wodę dostarcza się tylko do śródmieścia.

Strategiczny węzeł komunikacyjny

Debalcewo leży na północnym wschodzie Ukrainy, około 70 km od Doniecka. W przeciwieństwie do Doniecka, tego miasta nie kontrolują prorosyjscy separatyści, lecz ukraińskie siły rządowe. Separatyści od miesięcy próbują zdobyć miasto. Jest ono ważnym węzłem komunikacyjnym łączącym bastiony separatystów Donieck i Ługańsk.

Od końca stycznia separatyści podają, że okrążyli prawie 8000 żołnierzy w okolicach Debalcewa. Obecna linia frontu to umożliwia. Region wokół Debalcewa jest co najmniej z trzech stron okrążony przez separatystów. Ukraińska armia temu zaprzecza. Kijów przyznaje jednak, że toczą się tam jak dotąd najcięższe i najkrwawsze walki.

Dlatego rząd ukraiński zarządził ewakuację ludności cywilnej z tego miasta. - Dotychczas udało się przewieźć w bezpieczne miejsce ok. 2500 ludzi, w tym prawie 700 dzieci - oświadczył 4 lutego w Kijowie premier Ukrainy Arsenij Jaceniuk.

OBWE żąda korytarza dla uchodźców

Tymczasem z rozmów z wolontariuszami wynika, że ewakuacja się przeciąga, bo nie ma już bezpiecznej drogi. Raz po raz ostrzeliwuje się autobusy i samochody. Nikt nie przyznaje się do winy. W tej sytuacji OBWE zwróciła się do stron konfliktu z prośbą o wstrzymanie na trzy dni działań wojennych. Jest to konieczne, żeby móc ewakuować mieszkańców Debalcewa.

Marieluise Beck, rzeczniczka klubu parlamentarnego Zielonych ds. polityki wschodnioeuropejskiej, ostrzegła przed "humanitarną katastrofą niewyobrażalnych rozmiarów". Trzeba wykorzystać każdą sposobność do rozmów, "żeby uniknąć śmierci tysięcy ludzi" - dodała.

Jewhenia i jej wnuczka znalazły schronienie u jej przyjaciółki w mieście Artemiwsku. Ta wojna, powiedziała, jest dla niej "jak najstraszliwsza zmora".

Inna Kuprijanowa / Iwona D. Metzner, Redakcja Polska Deutsche Welle


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje