"Urwane palce lub dłonie, pokiereszowana twarz". Niemiecka prasa o fajerwerkach z Polski

Przed sylwestrem niemiecka prasa dobitnie ostrzega przed niebezpiecznymi fajerwerkami z Polski. Celnicy przechwytują coraz więcej tego "prywatnego importu". "Ludzie są niepoprawni".

Największy niemiecki tabloid "Bild" pisze o tym, jak niebezpieczne są fajerwerki kupowane w Polsce. - Za granicą fajerwerki są tańsze, a zasady sprzedaży liberalniejsze -  cytuje gazeta Alwina Bogana, rzecznika Głównego Urzędu Celnego w Krefeld. "Więcej huku za mniejsze pieniądze".

Reklama

Jak podają władze celne, większość nielegalnych artykułów pirotechnicznych w RFN pochodzi z Polski albo Rosji.

"Urzędników Głównego Urzędu Celnego we Frankfurcie nad Odrą fajerwerki absorbują obecnie w większym stopniu niż narkotyki i papierosy. Jak potwierdza rzecznik urzędu Andreas Behnisch z roku na rok jest coraz gorzej. Od początku grudnia br. celnicy skonfiskowali już pół tony nielegalnych rakiet, rac i wyrzutni. Dwie akcje były szczególnie udane: urzędnicy odkryli za każdym razem ponad 10 tys. fajerwerków" - pisze "Bild".

"Szczególnie niebezpieczne: kuliste bomby z Polski"

Rzecznik frankfurckiego urzędu celnego wyjaśnia, że najniebezpieczniejsze są kuliste bomby, o gruszkowatym kształcie, od 7 do 30 cm wysokie. Są to właściwie profesjonalne artykuły pirotechniczne kategorii IV, które odpala się ze specjalnych moździerzy. "Siła ładunku wybuchowego wystarcza, żeby bomba wyleciała w powietrze na wysokość 120 metrów. Kiedy odpala się ją z ziemi, bomba niekontrolowanym ruchem szuka sobie drogi. Fala uderzeniowa, szczególnie na terenie zabudowanym, może spowodować poważne szkody - ostrzega celnik".

Inny rodzaj niebezpiecznych fajerwerków to petardy detonujące z szybkością przekraczającą barierę dźwięku, wypełnione innymi jeszcze substancjami chemicznymi. Ich siła uderzeniowa jest jeszcze większa, huk głośniejszy, a zagrożenie poważniejsze.

Tanie i niebezpieczne

Pełna drastycznych szczegółów jest relacja zamieszczona na łamach stołecznego dziennika "Berliner Morgenpost".

"Wyrzutnia o nazwie 'Revolution', obiecująca 50 wystrzałów, jeden po drugim, kosztuje w przeliczeniu 6 euro. Petardy 'DumBum' z bardzo silną eksplozją i efektami świetlnymi, z trupią czaszką na opakowaniu - kosztują od jednego do trzech euro" - pisze stołeczna gazeta.

"W przygranicznych Słubicach fajerwerki sprzedaje się na specjalnych stoiskach i w sklepikach, reklamując je na kolorowych plakatach, czy nawet bezpośrednio z samochodów - po okazyjnych cenach. To przyciąga rzesze niepoprawnych klientów z Niemiec. "Tak strasznie, jak w tym roku jeszcze nigdy nie było - podkreśla rzecznik frankfurckiego Urzędu Celnego".

Służby graniczne potwierdzają, że oprócz lekkomyślnych dorosłych w sylwestrowe fajerwerki w Polsce zaopatrują się młodociani. "Wiek nabywców rakiet i rac nie interesuje żadnego z polskich handlarzy. Dzień w dzień celnicy i pogranicznicy podczas wyrywkowych kontroli łapią podróżnych wiozących całe ładunki artykułów pirotechnicznych, i to pomimo że od lat służby graniczne uświadamiają, iż wwóz fajerwerków z Europy Wschodniej jest zakazany".

Fajerwerki w Polsce sprzedaje się cały rok; w Niemczech ich sprzedaż ograniczona jest do trzech dni przed Sylwestrem.

Materiał dowodowy do postępowania karnego

Berlińska gazeta wyjaśnia, że skonfiskowane na granicy artykuły pirotechniczne przechowuje się w dwóch specjalnie zabezpieczonych kontenerach - do czasu, gdy nie unieszkodliwią ich pirotechnicy. 'Współpracujemy ze specjalistyczną firmą, która normalnie zajmuje się rozbrajaniem amunicji wojskowej' - wyjaśnia rzecznik frankfurckich celników. Koszty unieszkodliwiania nielegalnych fajerwerków ponoszą ich nabywcy. Najpierw jednak ten okazyjnie nabyty towar służy jako materiał dowodowy w postępowaniu karnym, wdrażanym przeciwko nabywcy pod zarzutem łamania ustawy o ładunkach wybuchowych. Grożą za to kary grzywny wysokości kilkuset euro lub pozbawienia wolności do lat 3.

- Czego wielu nie jest świadomych: od grzywnej w wysokości 90 stawek dziennych delikwenta uważa się za karanego"-  pisze "Berliner Morgenpost".

Fajerwerki z Europy Wschodniej nie mają zazwyczaj wymaganych certyfikatów Federalnego Urzędu Badań Materiałowych (BAM). Znak CE i numer rejestracyjny stanowią informację o tym, że dany artykuł został skontrolowany pod względem bezpieczeństwa. - Ale to nie wystarcza. Także polskie fabrykaty BAM już kontrolował -  podkreśla Andreas Behnisch, wskazując na szereg wyrzutni z odpowiednim oznakowaniem. Najważniejsze są przy tym poziomy ich niebezpieczeństwa. "Do kategorii II, z ładunkiem wybuchowym o wadze netto 500 do 600 g, fajerwerk może odpalać każda osoba dorosła. Od kategorii III, zgodnie z niemieckimi przepisami, trzeba mieć odpowiednie zezwolenie. Wszystkie wyższe kategorie mogą być obsługiwane tylko przez odpowiednio wyszkolonych pirotechników. Wyrzutnie, jakie zatrzymano na granicy, miały kategorię III i zawierały prawie kilogram materiału wybuchowego -  wyjaśnia gazeta.

Nie dla wszystkich

- To już luksus, kiedy takie oznaczenia w ogóle figurują na opakowaniu. Ale czasami nie ma tam żadnych informacji, ani o niebezpieczeństwie, ani o tym, jaki trzeba zachować odstęp bezpieczeństwa. Ludzie dosłownie kupują kota w worku - twierdzi celnik. Ze względu na tę właśnie wysoką zawartość materiałów wybuchowych fajerwerki z Europy Wschodniej czy Azji nie są dopuszczone do obrotu w Niemczech, podkreśla.

- Te fajerwerki są niebezpieczne, niedbale wykonane a zawarte w nich przemysłowe materiały wybuchowe mogą spowodować ciężkie obrażenia. Mogą samoistnie detonować już podczas pocierania, wstrząsu lub zawilgocenia.

"Oderwane palce lub dłonie, poraniona twarz, utrata słuchu - oto następstwa stosowania tych fajerwerków.

"Niedawno celnicy zatrzymali młodego kierowcę. Na pytanie, czy przewozi fajerwerki z Polski, chłopak ściągnął rękawiczkę i pokazał dłoń bez dwóch palców. "Spóźniliście się" - powiedział celnikom".

oprac. Małgorzata Matzke, Redakcja Polska Deutsche Welle

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje