Nieznani po śmierci

Opieka społeczna nie zleca zakładom pogrzebowym ubierania do pochówku ciał osób nieznanych. Zwłoki chowa się do trumny w czarnym worku.

- Dotyczy to wyłącznie zwłok odbieranych z zakładu medycyny sądowej. Ciało, które przeleżało w lesie lub rzece kilka miesięcy znajdują się w stanie "półpłynnym" i ubranie nieboszczyka jest niemożliwe - tłumaczy Ludmiła Sieja z Ośrodka Opieki Społecznej we Wrocławiu.

Reklama

Zakaz ubierania to polecenie od pracowników zakładu medycyny sądowej. Ale nie chodzi tu o niskie koszta pochówku, ale o bezpieczeństwo pracowników firmy pogrzebowej.

- Mimo to chowamy NN-ów workach przykrywając ich kołdrą, kocem lub ubraniami kupionymi w sklepach z tanią odzieżą. Po prostu nie wypada chować zmarłego w samym worku - tłumaczy właściciel firmy pochówkowej.

Obecnie we Wrocławiu zmarłych o nieustalonej tożsamości chowa się na niewielkim cmentarzu na Pawłowicach. Wcześniej pogrzeby na koszt państwa urządzano na Kiełczowie i Jerzmanowie. Na tabliczkach umieszcza się napis NN (łac. nomen nescio) - imienia nie znam. Powinna być określona również płeć, ale zdarza się, że zwłoki znajdują się w stanie daleko posuniętego rozkładu i nie można tego ustalić.

Pomoc społeczna organizuje również pogrzeby pacjentów zmarłych w szpitalu, których nie chce odebrać rodzina.

- Miałem taki przypadek. Ciało przez kilka tygodni leżało w chłodni szpitala przy ulicy Kamińskiego. W tym stanie nieboszczyk zbrązowiał. Pogrzeb odbył się na koszt państwa - mówi Zbigniew Kaczmarek, przedsiębiorca pogrzebowy z Sobótki.

Pod koniec października wrocławska opieka społeczna pochowała 80 osób bezdomnych, ubogich i NN-ów. Koszt pogrzebu, który organizuje gmina wynosi - 1900 zł.

"Kiszonka" rozkłada DNA

Co dzieje się ze zmarłym, który w momencie śmierci nie miał przy sobie żadnych dokumentów? Na zlecenie prokuratury ciało trafia do Zakładu Medycyny Sądowej Akademii Medycznej we Wrocławiu. Tu zwożone są do badań wszystkie szczątki i kości z całego województwa.

Medycy przeprowadzają oględziny i sekcję zwłok. Z ciała pobiera się wycinki, które mogą posłużyć do badań DNA. Jednak, zdaniem prof. Tadeusza Dobosza z Zakładu Technik Molekularnych, nie zawsze jest to możliwe.

- Dla zwłok nie czas jest ważny, ale warunki w jakich przebywały. Mieliśmy przypadek znalezienia ciała żołnierza, które przeleżało dwa lata w zbiorniku z kapustą na terenie jednostki wojskowej. Niestety, kwas z kiszonki zniszczył DNA - opowiada prof. Dobosz.

Z drugiej strony, znane są przypadki, kiedy materiał genetyczny udało się odzyskać z ciała, które przeleżało w torfie nawet 5 tysięcy lat. Oprócz tego zwłoki nie były zdeformowane, a z rysów twarzy można było swobodnie odczytać płeć.

Czy na pewno umarł?

Materiał genetyczny od osób zmarłych o nieustalonej tożsamości wysyłany jest do Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego w Warszawie i tamtejszej katedry Medycyny Sądowej. W praktyce nie oznacza to jednak, że rodzina może potwierdzić tożsamość zmarłego. Nieoficjalnie mówi się, że fundacja Itaka - Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych, szykuje projekt banku, w których mają znaleźć się dane genetyczne zaginionych i zmarłych.

- Od rodzin osób zaginionych nie zawsze pobiera się materiał do badań DNA. Powoduje to brak materiału porównawczego i kłopoty z identyfikacją zwłok NN. Podejrzewamy, że osoby pochowane jako NN są wciąż poszukiwani przez rodzinę i Itakę.

W przyszłości chcielibyśmy usprawnić system pobierania materiałów genetycznych od rodzin osób zaginionych, które dzięki programowi komputerowemu byłyby porównywane z materiałami genetycznymi osób pochowanych jako NN. Dzięki temu zapewnimy identyfikację i godny pochówek - informuje Aleksandra Kiełczewska z Itaki, odpowiedzialna za kontakty z mediami.

Jacek Bomersbach

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje