Pomidorowy obóz pracy

Wyjazd do pracy za granicą miał być dla nich szansą na łatwy i dobry zarobek. Tuż po przyjeździe do małej miejscowości na północy Włoch zmienili zdanie. Łatwa praca okazała się piekłem. Mieszkańcy okolic Bolesławca opowiedzieli o swoich wyjazdach za granice. Miejsce, do którego mimo wszystko ciągle wracają, nazywają obozem pracy.

Czarne od grzybów ściany i sufit, bez gazu w kuchni i ciepłej wody - w takich warunkach żyją nasi rodacy w małym miasteczku w północnej części Włoch.

Reklama

Kilkunastoosobowa grupa z Bolesławca pracuje tam nielegalnie, tzn. na czarno. Nie podają swoich nazwisk, ani dokładnej nazwy miejscowości, w której pracują jak zwierzęta. Angela i Luca - to pracodawcy, którzy zgotowali bolesławianom piekło na ziemi.

Szansa na lepsze życie

- We Włoszech pracuję ponad 4 lata. Miejsce, gdzie pracujemy nazywamy obozem pracy chociaż wiemy, że w prawdziwych obozach jest o wiele gorzej niż tam, gdzie my jesteśmy - zaczyna swoją historię 40-letnia Halina. - Do obozu trafiłam przez albo dzięki mojej koleżance Annie. Mąż i ja byliśmy bezrobotni. Mamy troje dzieci. Potrzebowaliśmy pieniędzy. Gdy Anka zadzwoniła, że jest robota nie zastanawiałam się ani chwili. To było jak wybawienie. Szansa na lepsze życie. W ciągu kilku dni spakowałam się i wyjechałam.

Mimo iż najbliższe kilka miesięcy Halina miała spędzić ciężko pracując fizycznie, to do torby podróżnej wypełnionej konserwami, zupkami chińskimi i innym prowiantem, dorzuciła rozmówki polsko-włoskie, kosmetyki i eleganckie ubrania. Anka przed wyjazdem dała koleżance kilka porad dotyczących m.in. ubioru. W małej włoskiej miejscowości naszym rodaczkom nie wolno ubierać się zbyt wyzywająco. Polki w oczach Włochów to złodziejki i prostytutki. Ci, którzy nie znają włoskiego mogą mówić o wielkim szczęściu. Nie rozumieją wyzwisk i przekleństw rzucanych pod adresem najczęściej młodych dziewczyn, które odsłaniają ramiona i nogi, noszą stringi i makijażem podkreślają urodę. To, co w naszym kraju jest na codziennym poziomie, tam Polkom jest zakazane.

- Wiedziałam, że będzie ciężko, ale nie myślałam, że człowiek tak okropnie może traktować innego człowieka - wyznaje Halina. - Pobudka codziennie o 5 rano. Szybkie śniadanie i wyjazd do pola. Latem zbieramy cukinie i pomidory. Pole jest ogromne. Nie wiem ile dokładnie ma hektarów, ale pracy jest na kilka godzin. Przy zbiorze cukinii nie wolno nam się wyprostować nawet na moment. Angela wszystko widzi. Sprawdza czy dobrze zbieramy. Musimy pracować szybko i dokładnie. Gdy ktoś zostaje w tyle zaczynają się krzyki i wyzwiska.

Byle było tanio

Angela to 60-letnia Włoszka. Polki opisują ją jako kobietę o czarnych włosach i oczach. Jak mówią "ma diabelski wyraz twarzy i szatańskie spojrzenie". Włoszka lubi robić różne żarty pracownikom, np. ściąga im spodnie lub naciąga widoczne fragmenty bielizny. Luca to jej 35-leni syn. Jak twierdzi Halina "z nim można się dogadać, ale wszystko zależy od jego humoru".

- Nasi pracodawcy mają też plantację pomidorów. Pod folią temperatura momentami sięga pięćdziesięciu stopni - opowiada Irena, która do Włoch jeździ od 3 lat. - W polu pracujemy dopóki nie skończymy, wtedy dopiero mamy dwugodzinną przerwę, a później z powrotem do pola. Naszym pracodawcom odpowiada praca przy użyciu taniej siły roboczej, więc warzywa zbieramy ręcznie. Nie jest to łatwe. Musimy wyrywać krzewy i strzepywać pomidory do wielkich kasetonów. Należy przy tym uważać, by nie deptać pomidorów, bo wtedy właściciele bardzo się denerwują. Czasem na kilkanaście osób dostawaliśmy jedną butelkę wody. Swojego napoju do pola nie wolno brać, bo picie to według Włochów strata czasu. Nie mamy prawa być zmęczeni i spragnieni. Zdarza się, że ludzie mdleją w polu. Angela pracowała jako pielęgniarka i wie co robić w takich przypadkach, tzn. zabiera taką osobę do cienia i tyle. Na wszystkie nasze choroby ma jedną tabletkę - aspirynę. Nie ważne czy boli głowa, brzuch, noga. Zawsze daje nam to samo. Raz zrobiła głupi żart i zamiast aspiryny dała jednej z dziewczyn tabletkę na przeczyszczenie. Młoda płakała, a Angela się śmiała.

Dostają 5 euro za godzinę

Latem temperatura we Włoszech często przekracza 40 stopni. Pot zalewa oczy, nawet popijanie zimnej wody na krótko przynosi ulgę, zwłaszcza, jeśli pracuje się w polu. Polki opowiadają o sadzeniu warzyw. Ręczne robienie głębokich dziur ciężkim narzędziem w suchej ziemi, chodzenie z sadzonkami z jednego końca pola na drugi - to prawdziwe wyzwanie. Wydaje się, że wrzucanie pomidorów w otwory jest dziecinnie proste, ale kiedy dochodzą do tego krzyki i poganianie to można szybko zmienić zdanie. Sadzonki rzadko są prawidłowo umieszczone w ziemi, zwykle zbyt głęboko lub płytko. W takich sytuacjach praca jest wykonywana po raz kolejny. Na rękach pojawiają się odciski, a w oczach łzy. Włosi jednak kierują się wyłącznie zasadą: "ma być zrobione".

- Na powrót do domu szansa jest dopiero po 3 miesiącach pracy. Co tydzień dostajemy kilka euro na wyżywienie. O całości wypłaty mowa jest dopiero w dniu wyjazdu. Płacą nam 5 euro za godzinę - mówi Irena. - Kilka miesięcy temu była taka sytuacja, że kilkunastoosobowa grupa wracała do Polski. Wszystko było załatwione. Rano przyjechał zamówiony wcześniej bus. Ludzie czekali jedynie na pieniądze. W busie byli Polacy z innych stron Włoch. Okazało się, że pieniądze dostaną dopiero za 5 godzin. Kierowca i ludzie musieli czekać. Po 5 godzinach usłyszeliśmy, że pieniądze będą wieczorem. Młody chłopak załamał się. Pracował z żoną pół roku, zarobili bardzo dużo i bał się, że nie dostaną pieniędzy. Wszedł na ułożone kasetony i chciał skoczyć. Powstrzymała go na szczęście żona. Ludzie czekali 12 godzin, żeby ostatecznie dowiedzieć się, że nie dostaną pieniędzy. Polacy kłócili się, płakali, krzyczeli, wybijano szyby w oknach. Włosi wystraszyli się i zapłacili za przewóz bagaży do Polski, a na następny dzień Luca osobiście wypłacił pieniądze i odwiózł samochodem wszystkich do domu.

W końcu i tak zapłacą

Jak wspomina Irena Włosi po wizycie Polaków odkażali specjalną pianą podwórko, na którym 12 godzin czekali na pieniądze. Bali się zarazków? Tego pytania nikt im nie zadał. Po tym wydarzeniu w obozie pracy zapanował strach.

- Zostały tylko 4 osoby. Baliśmy się. Co zrobiłybyśmy, gdyby nas to spotkało? Byłyśmy tam na czarno. Nikt by nam nie pomógł - z łzami w oczach mówi Halina. - Jeszcze przed tym wydarzeniem odcięto nam gaz i ciepłą wodę. Przez 2 miesiące jedliśmy zimne jedzenie i suchy prowiant. Kąpaliśmy się w lodowatej wodzie. Myślę, że później musieli się wystraszyć, bo pojawił się gaz i woda.

Praca na tamtejszych plantacjach nikomu nie przyniosła góry pieniędzy. Miejsce to kryje wiele dramatów. Do dziś wielu naszych rodaków nie może się pozbyć wspomnień z horroru, jaki tam przeżyli. Nie oznacza to jednak, że uznali ten kierunek za całkowicie skreślony. Halina, Irena i wiele innych osób ciągle tam wracają. Dlaczego?

- Nadajemy się tylko do roboty w polu. W Polsce nie znajdziemy pracy, a tam i tak zarobimy dużo więcej pieniędzy. Zawsze jest strach, że może coś się stać, ale co innego mamy robić? - pytają Polki.- We Włoszech dzieją się różne dziwne rzeczy, ale zawsze wcześniej czy później wypłacane są pieniądze.

We Włoszech żyją jak zwierzęta, a po przyjeździe do Polski zapominają o wszystkim. Do obozu wracają, gdy skończą się pieniądze. Być biedną, ale szanowaną? Czy bogatą, ale poniżaną? Przed takim dylematem stają Polki, które nie widzą szans na życie w naszym kraju.

MP

Czytaj również:

I w Polsce są obozy pracy

Kolejny obóz pracy w Polsce?

Ukraińcy mieszkali w skandalicznych warunkach

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje