Wiatraki podzieliły mieszkańców

Stosunkowo niedawno elektrownie wiatrowe wydawały się u nas czymś tak odległym, że nikt nie zadawał sobie nawet pytań typu: Po co one są, czy komuś służą? Dziś jest inaczej: dużo się o nich mówi, co nie znaczy, że wszyscy wszystko o nich wiedzą.

W Niedźwiedniku wiatraki podzieliły wieś niemal na pół. Zastanawia tylko kryterium owego podziału: Czy chodzi tu o poziom świadomości problemu, czy raczej o to, kto na tym zyska, a kto nie straci, ale też nie zarobi?

Reklama

Terenem, na którym stanąć miałyby elektrownie wiatrowe, jest Niedźwiednik - niewielka wieś w gminie Ziębice. Wstępnie mówi się tu o 28 takich urządzeniach - 8 od strony północnej i 20 od strony południowej. Lokalna społeczność jest tym mocno poruszona; jedni podchodzą do nich pozytywnie, drudzy są zdecydowanie przeciwni, dopatrując się przy tym podstępu ze strony sołtysa, wręcz przemycenia tej inwestycji do wsi.

"Nikt się z nami nie liczy"

- Na poprzednim zebraniu we wsi uchwalono te wiatraki... Sołtys chciał, aby po cichu to przeszło... - stwierdził na samym początku zebrania wiejskiego jeden z uczestników. A spotkanie było nad wyraz liczne - przyszło około 150 osób.

- To było zatajone, nikt się z nami nie liczy. Sołtys nie dba o interesy wsi... Burmistrz liczy tylko zysk. Niedźwiednik jest zapomniany przez "gminę"... - wytykał prowadzący zebranie Adam Giziński.

- Miejscowości nadmorskie; tam były spotkania, sympozja. Wiedzą, o co chodzi. My nie wiemy nic - dodał ktoś inny.

Przeciwnicy wiatraków nie przebierali w słowach. - Panie burmistrzu, Pan by się odważył żyć w Niedźwiedniku, jak będą wiatraki? - pytał zdenerwowany mężczyzna gospodarza gminy. A kiedy usłyszał twierdzącą odpowiedź, dodał: - To niech Pan sobie je w Ziębicach postawi, do cholery.

- Trzy kilometry od zabudowań to tak, ale nie w takiej odległości jak u nas - 500 metrów! - mówił poirytowany młody człowiek, który - jak sam stwierdził - pracuje w Niemczech, w pobliżu elektrowni wiatrowej.

Ktoś inny próbował przytaczać informacje o negatywnych dla środowiska skutkach elektrowni wiatrowych. Generalnie trudno było wyłapać rzeczowe argumenty świadczące na niekorzyść potencjalnej inwestycji. Mniej głosów dało się słyszeć po stronie zwolenników ekologicznego źródła energii. Do jego dobrodziejstw starała się przekonać młoda kobieta, Małgorzata Bryjak, ekologicznie zorientowana, a przynajmniej starała się, żeby tak być odebraną, przytaczając rozmaite dane: - Z badań wynika, iż wiatraki powodują mniejsze natężenie hałasu niż z my w swoich domach...

Inni siedzieli cicho i tylko ktoś dodał szeptem: - Prowadzący spotkanie to trochę sieje zamęt we wsi... Czy ja wiem, dlaczego?

Burmistrz Antoni Herbowski nie ukrywa, iż dla niego, jako gospodarza ziębickiej gminy, ważny jest aspekt finansowy tej inwestycji. Na zebraniu otwarcie stwierdził, iż chciałby, żeby stanęło jak najwięcej turbin, bo byłby to żywy dopływ gotówki do gminy. Przyznaje jednak, iż informacja nie była pełna: - Myślałem, że wiedza na temat elektrowni jest bardziej ugruntowana.

"Za, a nawet przeciw"

Budowa elektrowni wiatrowej nie jest jednak jednorazowym altem, tylko procesem, w którym bada się wiele czynników. Wystarczy, że np. stwierdzone zostanie, iż w pobliżu planowanych wiatraków znajdują się szlaki wędrowne ptaków, inwestycja nie ma szansy na realizację. - Do wiatraków jest długa droga - zaznaczał podczas zeszłotygodniowego zebrania inż. Andrzej Kociński. Wymienił, iż najpierw trzeba wytypować hipotetycznie działki, zrobić studium wykonalności, dopiero wówczas przystępuje się do zmian w planie miejscowym. Bardzo ważny jest raport oddziaływania na środowisko. W przypadku Niedźwiednika może się okazać, iż przeszkodą w postawieniu wiatraków są nietoperze.

Gdy nie wiadomo, o co chodzi...

Czy w Niedźwiedniku powstaną elektrownie wiatrowe, czy nie powstaną, trudno powiedzieć. Władze gminy są "za", a mieszkańcy mocno podzieleni - dosłownie na pół. Powstaje jednak pytanie, czy języczkiem u wagi jest tylko niedostateczna wiedza na temat proekologicznej inwestycji? Podczas zebrania część oponentów nie kryła wzburzenia ceną za hektar gruntu. - Proponowano nam 25 tys. zł za hektar. Czy my jesteśmy głupi? Ja się na taką cenę nie zgadzam - mówił jeden z mężczyzn. Inni protestując nie mówili nic o cenie, dając jakby do zrozumienia, że im nikt niczego nie proponował. Puentą przedstawionego problemu na tym etapie niech będzie pytanie postawione przez starszego mężczyznę, jednego z uczestników wiejskiego zebrania: - Dlaczego jeden może mieć pięć wiatraków, a drugi ani jednego?

(mm)

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje