Wrocław: Zakupy za "co łaska"!

Mały dziedziniec na jednym z Wrocławskich podwórek. Na rozstawionych wieszakach wiszą ubrania, na półkach leżą książki, płyty i kasety, w kartonach szaliki i paski. Młoda dziewczyna ogląda kolorowa torebkę. Wyraźnie przypadła jej do gustu. Rozgląda się trochę zmieszana, pakuje torebkę do reklamówki i odchodzi. Nikt jej nie zatrzymuje. Na tym polega "dziad giełda". Może dziewczyna wróci za miesiąc i przyniesie kilka przeczytanych dawno książek. Przydadzą się komuś innemu.

Machniom czyli wymiana

Reklama

Idea jest prosta. Każdy, kto ma w domu niepotrzebne przedmioty (ubrania, książki, płyty, lampę czy konia na biegunach) albo właśnie takich rzeczy potrzebuje, może je na "dziad giełdzie" zostawić, zabrać albo wymienić.

Na pomysł wpadła trójka wrocławskich studentów, zainspirowanych "friszopami" (free - darmowy, shop - sklep) w Warszawie, Berlinie i Londynie. - Każdy z nas ma w domu przedmioty, które przestały mu być potrzebne - mówi Karolina, "Soczi", jedna z inicjatorek przedsięwzięcia. - Zamiast wyrzucać, albo chomikować w piwnicy, można je przynieść do nas. Zawsze znajdzie się ktoś, komu mogą się przydać. Strefę "dziad giełdy", która powstała przy wrocławskim Centrum Reanimacji Kultury, podzielono na trzy części.

- Na "Fritargu" możemy zostawiać i zabierać co tylko chcemy, zupełnie za darmo - tłumaczy Soczi. - Wszędzie wokół rozpościera się strefa "Machniom", czyli obszar wymiany. Tylko od nas zależy z kim i na co wymienimy swoje skarby. Część trzecia to "Handmade". Tutaj każdy, kto zajmuje się rękodziełem, może pokazać i sprzedać swoje produkty. Jest tez wegetariański poczęstunek, a wieczorem rozpocznie się projekcja filmu.

Nie chcemy żywych

Na "dziad giełdzie" obowiązują także pewne zasady. Po pierwsze, zabranych rzeczy nie można później sprzedawać. - Nie chcemy sytuacji, w której zdobyte u nas przedmioty trafią później na "Niskie Łąki" albo "Świebodzki" - mówi Soczi. - Oczywiście nie możemy tego kontrolować, ale liczymy na uczciwość "klientów".

Organizatorzy zastrzegają także, że nie przyjmują zwierząt i wolą unikać roślin. Byłby z nimi kłopot, gdyby nie znaleźli się nabywcy. Nie chcą też przedmiotów zniszczonych i nie nadających się do użycia. Giełda to nie śmietnik. Poza tym, wszystko jest dozwolone. Oczywiście w granicach prawa. - Mamy nadzieję, że idea spodoba się wrocławianom. Chcielibyśmy organizować taki targ przynajmniej raz w miesiącu - twierdzą organizatorki.

Sprzedaż kosztuje

- Pomysł jest znakomity - mówią zgodnie Anka i Kasia, przeglądając wieszaki z ubraniami. - Można tu znaleźć mnóstwo oryginalnych i niepowtarzalnych ciuchów i dodatków. - Mam całą piwnicę niepotrzebnych książek, torebek i "nietrafionych" prezentów - dodaje Karolina. - Gdybym zdecydowała się to wszystko sprzedać, straciłabym znacznie więcej czasu i energii, niż bym na tym zarobiła. Wolę oddać to innym, a przy okazji wybrać coś interesującego dla siebie.

Wśród sterty książek, płyt i zabawek buszował 13-letni Piotrek. Wybrał drewnianą skrzynkę (będzie na monety), spodnie (będą dla siostry), dwie płyty i pasek. Zapakował to wszystko do torby i ruszył w stronę wyjścia. Po chwili wrócił i poważnym tonem zadał pytanie organizatorkom: A do której to jest dzisiaj otwarte? Pobiegnę do domu i przyniosę kilka zabawek. Może komuś się przydadzą, bo ja już jestem za duży.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy