Ukraina - nasza zawiedziona miłość

Piątek, 4 maja 2012 (14:15)

Prezydent Komorowski powiedział przedwczoraj, że apele o polityczny bojkot Euro 2012 u naszego wschodniego sąsiada "są kompletnie nieadekwatne do sytuacji na Ukrainie". Prezydent dodał, że w "różnych krajach o starych demokracjach zdarzały się przypadki skazywania albo oskarżania prezydentów, premierów, ale nigdzie nie prowadziło to do bojkotu tego rodzaju igrzysk".

Z kolei wczoraj rano Olgierd Dziekoński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta, mówił w radiu TOK FM dużo na temat niemieszania polityki do sportu. "To jest - cytuję z pamięci słowa p. Dziekońskiego - wielkie święto sportu, pozwólmy mu rządzić się swoimi regułami, innymi niż te, którymi rządzi się polityka".

Muszę przyznać, że kiedyś już słyszałem ten ton. Chcecie wiedzieć, kiedy? To było 32 lata temu, kiedy luminarze polskiej publicystyki (tej oficjalnej, dozwolonej przez cenzurę) prześcigali się w podkreślaniu cynizmu Zachodu, a ów cynizm miał polegać na bojkocie igrzysk olimpijskich w Moskwie na znak protestu przeciwko sowieckiej agresji na Afganistan.

Reklama

Oczywiście, sytuacja nie jest do końca analogiczna: Ukraina nie dokonała zbrojnej inwazji na suwerenne państwo, a i planowany bojkot ma inny wymiar i nie polega na zakazaniu sportowcom danego kraju uczestniczenia w imprezie.

Ale ogólny problem jest taki sam: państwo-organizator wielkiej imprezy sportowej nie przestrzega zasad cywilizowanego świata, wobec tego niektórzy reprezentanci tego świata wykonują symboliczny gest dezaprobaty. I wobec tego pada taki sam argument: nie mieszajmy polityki do sportu. Niesmaczne.

Nie twierdzę, że Polska powinna się do tego bojkotu przyłączyć. Raczej nie powinna, ze względu na swoje specyficzne położenie: sąsiada Ukrainy (sąsiad zawsze powinien dłużej od innych tolerować łamanie demokratycznych standardów i dłużej dawać szanse na ich przywrócenie) i - przede wszystkim - współorganizatora imprezy.

Ale co innego nie przyłączać się do bojkotu, a co innego pleść banialuki o sytuacji na Ukrainie. Prawda jest taka, że sytuacja tam od dawna oddala się od pewnego minimum respektowania praw opozycji, niezbędnego do tego, żeby to państwo mogło być traktowane poważnie jako uczestnik świata zachodniego, a tym bardziej jako kandydat do Unii Europejskiej. Casus pani Tymoszenko, jakkolwiek, bolesny, jest tylko przysłowiową kroplą przelewającą czarę goryczy.

Ciekawe, w jakiej to starej demokracji gnębi się opozycję w ten sposób, jak to się dzieje na Ukrainie. Jeśli prezydent Komorowski miał na myśli sytuację taką, jak w Izraelu, gdzie urzędujący prezydent (Mosze Kacaw) został postawiony w stan oskarżenia, a potem skazany za przestępstwo pospolite, albo sytuację taką jak we Francji, gdzie przeciwko byłemu prezydentowi (Jakowi Chirakowi) wszczęto postępowanie karne o malwersacje finansowe - to grubo się myli.

Są to bowiem sytuacje świadczące tyleż o ludzkiej słabości tych polityków, ileż o sile demokratycznego państwa, gdzie wymiar sprawiedliwości nie ma względu na osobę i pełniony przez nią urząd (a i to nie w pełni, bo Chiraka wolno było ścigać dopiero wtedy, kiedy przestał być prezydentem). Gdzie Rzym, a gdzie Krym?

Rozumiem, że Polska ma z Ukrainą inny kłopot niż ma z nią Francja albo Niemcy. Ale trzeba otwarcie powiedzieć, że kłopot jest. Inaczej będziemy dalej beznadziejnie brnąć w fikcję wyświechtanej i nic już nie znaczącej formułki o "europejskich aspiracjach Ukrainy".

Owszem, polski interes geostrategiczny wymaga, byśmy mieli od wschodu jakąś osłonę przed Rosją, ale jeśli ta osłona do reszty upodobni się do reżimu Łukaszenki, to jaki to wszystko ma jeszcze sens?

Roman Graczyk