Kompleks Polski

Piątek, 31 stycznia (10:10)

Od dawna powtarzam, że Polska nie tylko jest kobietą, ale kobietą z typowym syndromem maltretowanej żony. To syndrom dość dobrze opisany przez psychologów. On ją leje, a ona wszystkich zapewnia, że te sińce to stąd, że po prostu się potknęła na schodach, że między nią a mężem wszystko jest na wzór-konspekt, że mąż cudowny i najlepszy, i - co najważniejsze - ona w to, że mąż jest najlepszy, naprawdę wierzy...

To znaczy: jest najlepszy, na jakiego ona może liczyć. Kluczem do patologicznego zachowania jest bowiem nie zastraszenie bitej żony, jak się wydaje laikom, ale jej chorobliwie zaniżona samoocena, przekonanie, że jest bezwartościowa i na nic lepszego nie zasługuje. Dlatego nie tylko pozwala sobą pomiatać, ale jeszcze sama sobie wmawia, że to mniejsze zło, bo przecież mogłaby w ogóle zostać sama, a wtedy jakby sobie ona, takie zero, poradziła?

Reklama

Polska jest właśnie taką kobietą, kompletnie pozbawioną poczucia swej wartości i godności. Gdyby Polacy uważali, że zasługują na normalne, cywilizowane państwo w typie zachodnim, po obecnie rządzących elitach w krótkim czasie pozostałby tylko smród.

Jeśli komuś nie odpowiada porównanie feministyczne, to powtórzyć mogę kawał, który opowiadał pewien opozycjonista z Białorusi. Otóż przedstawicieli różnych narodów naukowcy zapraszali, by usiedli na krześle, na którym podłożyli gwóźdź. Amerykanin, Niemiec, inni mieszkańcy Zachodu usiadłszy na nim zrywali się głośno i robili awanturę. Ci ze środkowej Europy awantury nie robili, ale mniej lub bardziej dyskretnie gwóźdź sobie spod siedzenia usuwali. A Białorusin tylko zacisnął zęby, zamknął oczy i powtarzał w duszy: "Żeby tylko jeszcze w mordę nie dali!".

Nie czepiam się w jakiś sposób szczególny Białorusi; kawał aktualny jest w odniesieniu do każdej społeczności postkolonialnej. A my też się do takich zaliczamy.

Wczorajsza "Rzeczpospolita" podliczyła zapowiedzi nowych podatków i danin publicznych, których wprowadzenie zapowiedział Donald Tusk. Wychodzi, że statystyczny Polak zapłaci w tym roku na utrzymanie państwa dodatkowo 600 złotych.

Mniejsza o to, ile śliny zużył Donald Tusk na zapewnienia, że nigdy nie podniesie podatków, na obietnice, że je obniży, i na mądrzenie się, jakie to ważne, żeby podatki były niskie. W kraju cywilizowanym każda podwyżka daniny publicznej to sprawa, z której się władza musi wytłumaczyć. A u nas - komu? Po co?

Diabli tam zresztą z podatkami. Proszę mi pokazać normalny kraj, w którym możliwe byłby takie kpiny z obywateli, jakich dopuszcza się minister Arłukowicz. Ba, w którym w ogóle ktoś taki mógłby być ministrem. Przecież to człowiek pozbawiony jakiegokolwiek honoru, odrobiny godności, polityczny cwel, stopniem kompromitacji mogący rywalizować tylko z panią Kluzik-Rostkowską.

Jako partyjny ekspert od zdrowia SLD bezlitośnie mieszał z błotem te same "reformy" PO, których teraz broni. Jako lewicowy członek sejmowej komisji podczas afery hazardowej zajadle wykazywał, że PO to mafia i kłębowisko drobnych aferzystów. Po czym z dnia na dzień przeszedł do tejże mafii kupiony fikcyjnym, specjalnie dla skorumpowania go wymyślonym ad hoc ministerstwem "do spraw wykluczonych" (tak, jak dla kupienia Pitery wymyślił Tusk równie fikcyjne ministerstwo walki z korupcją). A teraz swoją twarzą, jakby nie zauważając na to, że dawno ją już stracił, firmuje te same "reformy" pani Kopacz, na których nie zostawiał suchej nitki.

Owe "reformy" działają zaś zgodnie z założeniami - wydłużenie kolejek do specjalistów, utrudnienie dostępu do badań i do refundacji leków i umożliwienie "robienia biznesu" na służbie zdrowia to były ich rzeczywiste cele, a nie skutki uboczne. Minister, który usiłuje wmówić, że winni wszystkiemu są pazerni lekarze, którzy pracują na zbyt wielu etatach, i straszący ich specjalnymi kontrolami, czy  premier, kreujący go na obrońcę pacjentów przed pazernymi lobbystami z koncernów farmaceutycznych, stają się żałosnymi pajacami.

Żadne społeczeństwo mające odrobinę godności i poczucia własnej wartości na takich pajaców by się nie godziło. Nie ma kraju, który by był zadowolony ze swojej służby zdrowia; nie ma rozwiązań idealnych, ale jest pewne minimum przyzwoitości, które władza musi spełniać, i pewne granice w okazywaniu bezczelnej arogancji obywatelom - sorry, taki mamy klimat, a kolejki są, bo staruszkom się nudzi i łażą do przychodni w celach towarzyskich.

A u nas? Wszystko przechodzi. Ludziska nie wierzą, że by mogło być jak w normalnym kraju. I dlatego cały rządowy agit-prop nawet nie próbuje nas przekonywać, że władza jest dobra, że kraj idzie w dobrą stronę, że będzie lepiej. Oni nas tylko starają się utwierdzić w przekonaniu, że na nic lepszego nie zasługujemy. Że jesteśmy głupi, brudni, ciemni, nietolerancyjni i antysemiccy, że to "popier... kraj", beznadziejni ludzie, nic się tu nie może udać, nic nie może być dobrze, i w ogóle, oni, władza i autorytety, wręcz łaskę nam robią, że nas doją. A pańszczyźniane, zmaltretowane polactwo te "narrację" kupuje i powtarza.

"Panie doktorze, moja żona złapała kompleks niższości. Co robić, żeby jej to nie przeszło?" Znacie? No pewnie że znacie. I co?