"Burzowe żniwa" III Rzeszy

"Kto sieje wiatr - zbiera burzę". Trudno o bardziej trafne i zwięzłe podsumowanie kwestii tragedii, jakie dotknęły mieszkańców Niemiec u schyłku II wojny światowej. Na naszych oczach dokonuje się wielka wolta historycznej narracji o czasach hitleryzmu. Oto okazuje się, że winnymi straszliwych zbrodni ludobójstwa na masową skalę, łamania praw boskich i ludzkich, byli jacyś bez-etniczni "naziści", a wśród najbardziej poszkodowanych ofiar znalazł się… naród niemiecki.

Narrację tę zaczęto w podejmować w kręgach głów państw Unii Europejskiej. Prezydent V Republiki Francuskiej, Francois Hollande, przemawiając podczas obchodów 70-lecia lądowania Aliantów w Normandii, wygłosił słowa, w myśl których: "Niemcy byli ofiarami nazizmu, wplątanymi w wojnę". Taka deklaracja może co najmniej zastanawiać, jeśli pamięta się, że w czasie powszechnej kolaboracji z III Rzeszą (1940-1944) to właśnie Francuzi gorliwie wyłapywali Żydów i transportowali ich na stracenie do hitlerowskich obozów zagłady, zbyt często określanych w wysokonakładowych czasopismach zachodnich jako "polskie"...

Reklama

Nowa, niemiecka martyrologia narodowa to już nie tylko tradycyjne kultywowanie pamięci o antyhitlerowskiej opozycji. To także wykorzystywanie wielkich tragedii, jakie dotknęły Niemców u schyłku wojny do swego rodzaju moralnego kontrataku, zawstydzenia narodów, które po 1939 roku znalazły się wśród sprzymierzeńców Wielkiej Koalicji Antyhitlerowskiej i przez dziesięciolecia spoglądały na pokonane Niemcy z moralną wyższością, wypływającą z odrazy do ludobójczej ideologii totalitarnej narodowego socjalizmu.

Trudno odmówić prawa do żałoby i goryczy potomkom ofiar wojny, lecz przecież to nie Polska, Francja czy Wielka Brytania napadły w roku 1939 na Niemcy. Stało się odwrotnie. Krzywdy i cierpienia, których doznali Niemcy w wyniku wojennej klęski były więc naturalną konsekwencją masowego poparcia społecznego dla ideologii hitlerowskiej, owej toksycznej mieszanki tradycyjnego pruskiego szowinizmu, plebejskiego populizmu i bezrefleksyjnego rasizmu. Słowa wodza NSDAP, wygłoszone u progu wojny:

"Bądźcie bez litości! Bądźcie brutalni! Osiemdziesiąt milionów ludzi musi otrzymać to, co im się należy, a należy im się zapewnienie egzystencji. Prawo jest po stronie najsilniejszego" uderzyły rykoszetem w społeczeństwo, które wybrało niekłamaną większością głosów tego właśnie przywódcę i jego program, bez osłonek zapowiadający podbój i eksterminację innych narodów.

Wieluń, Frampol i Drezno

Wielu historyków przyjmuje, że działania zbrojne II wojny światowej rozpoczęły się od niemieckiego nalotu na polskie miasto Wieluń. 1 września 1939 roku, o godzinie 4:40 niemieckie samoloty z Luftflotte 4 (4. Armii Powietrznej) zaatakowały pozbawiony istotnych obiektów o znaczeniu militarnym Wieluń. Podczas kilkakrotnych ataków bombowce nurkujące Ju-87 zburzyły blisko 3/4 ówczesnej zabudowy miejskiej, nie omijając szpitala ani kościoła i synagogi. Ofiarą terrorystycznego nalotu, w świetle międzynarodowych konwencji wyczerpującego znamiona zbrodni wojennej (Art. 25, 26 i 27 IV Konwencji Haskiej), padło kilkaset osób cywilnych - bezbronnych mieszkańców miasta.

Podobny charakter miał atak powietrzny na Frampol, dokonany 13 września 1939 roku. Cel nalotu nie był przypadkowy, gdyż regularna zabudowa miejska pozwalała na dokładne oszacowanie niszczycielskiego efektu bombardowania. Zbrodniczy "eksperyment" spowodował zniszczenie lub uszkodzenie ponad 80 procent budynków, a uciekający spod bomb mieszkańcy, stali się celem ostrzału z broni maszynowej, co było również makabrycznym "ćwiczeniem" celności ognia niemieckich lotników... Złamano wówczas pewne psychologiczne bariery, ustanowiono nowe, zbrodnicze standardy wojny totalnej.

Takie kroki zwykle zwracają się przeciwko ich inicjatorom. Posiew śmierci nad Polską już wkrótce przyniósł Niemcom śmiertelne żniwo.

Brytyjska ofensywa bombowa, rozpoczęta w 1942 roku i kontynuowana przy pomocy lotnictwa amerykańskiego w latach następnych, spowodowała ogromne straty materialne i wielkie ofiary w ludziach. Wielokrotnie powtarzane nocne naloty dotyczyły nie tylko obszarów przemysłowych. Cykliczne ataki na Kolonię (bombardowaną 262 razy) czy Berlin (363 naloty) oznaczały przede wszystkim zniszczenie budynków mieszkalnych i śmierć tysięcy ich lokatorów. W ostatnich miesiącach wojny z większych miast niemieckich jedynie Drezno pozostawało stosunkowo nieznacznie uszkodzone.

Los stolicy Saksonii dopełnił się w połowie lutego 1945 roku.

Zapełnione uchodźcami ze strefy przyfrontowej i zagranicznymi robotnikami przymusowymi miasto, pozostające ważnym węzłem komunikacyjnym, pozbawione było czynnej obrony przeciwlotniczej. Bombardowania alianckie z 13 i 14 lutego, prowadzone przy użyciu bomb zapalających, wywołały niszczycielską burzę ogniową. Gigantyczny, nieopanowany pożar pochłonął niemal 40 kilometrów kwadratowych obszaru miejskiego, a śmierć poniosło nie mniej, niż 25 tysięcy osób, w większości kobiet i dzieci (w literaturze przedmiotu spotykane są szacunki, wskazujące nawet na dziesięciokrotnie większą liczbę ofiar nalotu). W bombardowaniu Drezna wzięli udział także lotnicy polscy, załogi Lancasterów z dywizjonu 300.

Czy jako Polacy powinniśmy czuć się współwinnymi zbrodni wojennej?

Bez nalotu na Wieluń nie byłoby polskich bombowców nad Dreznem. Dlatego gorzki uśmiech budzą hasła niemieckich demonstrantów, którzy podczas obchodów rocznicowych nalotów na Drezno noszą transparenty z wezwaniem: "Nie mehr Bombenterror!" (Nigdy więcej terroru bombowego) - czy młodzi Niemcy znają prawdę o Wieluniu i Frampolu, o tym, kto wprowadził do wojennej praktyki terror bombowy? Czy koncentrują się raczej na własnej martyrologii, żywiąc urazy wobec zwycięzców w wojnie przez ich kraj wywołanej i prowadzonej w bezlitosny, totalny sposób?

"Athenia", "City of Benares" i...

Zatrważający los cywilnych uciekinierów z Prus Wschodnich, którzy zimą 1945 roku znaleźli śmierć w lodowatych wodach Bałtyku, może (i powinien) budzić współczucie wśród ludzi o niewypaczonej etyce. Chyląc głowę przed cierpieniami i śmiercią tysięcy osób, w tym setek dzieci, nie możemy jednak zapominać, że podobny los przypadł w udziale wcale nie mniejszej liczbie ofiar nieograniczonej wojny podwodnej, prowadzonej przez III Rzeszę na różnych, nieraz bardzo odległych akwenach. Hasło Hitlera: "Bądźcie bez litości" dotyczyło bowiem także marynarzy Kriegsmarine. Dotyczyło to szczególnie broni podwodnej, której młode kadry oficerskie ukształtowane były w duchu narodowego socjalizmu.

Ideały hitleryzmu bliskie były także dowódcy okrętu podwodnego U-30. Kapitan Julius Lemp postanowił zaatakować napotkany 3 września 1939 roku nieuzbrojony statek pasażerski, płynący pod banderą brytyjską. Wbrew umowom międzynarodowym (Konwencja Haska, Traktat Londyński) oraz wewnętrznym przepisom Kriegsmarine (Prisenordnung) U-30 odpalił bez ostrzeżenia torpedę, która śmiertelnie ugodziła transatlantyk SS "Athenia". Na pokładzie statku, który rozpoczął swój rejs do Kanady jeszcze przed wypowiedzeniem wojny III Rzeszy przez Wielką Brytanię, znajdowało się 1103 pasażerów, w tym kilkuset żydowskich uchodźców z Niemiec, 469 Kanadyjczyków, 311 Amerykanów i 72 Brytyjczyków. Załoga liczyła 315 osób. W wyniku ataku (a także w wypadkach podczas akcji ratunkowej) śmierć poniosło 98 pasażerów i 19 marynarzy załogi. Niemiecki okręt podwodny oddalił się z miejsca ataku i nie udzielił pomocy rozbitkom, do czego był formalnie zobowiązany prawem wojennym.

Bezprawne zatopienie "Athenii" wywołało szalenie niekorzystny dla Niemiec efekt propagandowy. Oburzenie opinii publicznej w neutralnych Stanach Zjednoczonych było ogromne. Pogrzeb zmarłej w wyniku odniesionych obrażeń 10-letniej dziewczynki stał się masową demonstracją antyniemieckich nastrojów.

Reakcja władz III Rzeszy była typowa dla reżimów totalitarnych. Kapitana Lempa wezwano do dowództwa floty, gdzie udzielił wyjaśnień, podkreślając, że uznał statek za nieprzyjacielski okręt - krążownik pomocniczy. Wyjaśnienia przyjęto, a kapitan Lemp został wkrótce nagrodzony Krzyżem Żelaznym i kontynuował służbę, dowodząc nadal okrętem podwodnym. Decyzją Hitlera prawda o "incydencie 'Athenii' " miała pozostać w tajemnicy, rozpoczęto natomiast kampanię prasową, sugerującą brytyjską prowokację, mającą na celu wciągnięcie USA do działań zbrojnych.

Podobną taktykę przyjęto rok później, gdy inny okręt podwodny (U-48) zatopił bez wymaganego prawem ostrzeżenia brytyjski statek pasażerki "City of Benares", wiozący na pokładzie dzieci, ewakuowane z bombardowanych miast brytyjskich. Śmierć poniosło wówczas około 80 z nich. Zatopienie "City of Benares" uznane zostało przez Brytyjczyków za zbrodnię wojenną, a jego dowódca, Korvettenkapitän Heinrich Bleichrodt, jeden z niewielu niemieckich asów wojny podwodnej, który doczekał końca wojny, stanął przed sądem. Sprawca zatopienia "Athenii" poległ w roku 1941, lecz jego czyn trafił do akt słynnego procesu w Norymberdze. Dochodzenie wykazało, że dziennik pokładowy U-30 został celowo spreparowany: usunięto zapisy dotyczące ataku na brytyjski statek w dniu 3 września 1939 roku.

... "Wilhelm Gustloff", "Steuben", "Goya"

Pirackie ataki niemieckich okrętów podwodnych na żeglugę aliancką stały się wkrótce powszechnie praktykowanym sposobem prowadzenia wojny morskiej. Zbrodnicze "standardy" ustanowione przez Kriegsmarine przyczyniły się do brutalizacji działań zbrojnych, wpisując się doskonale w doktrynę wojny totalnej, głoszonej przez Hitlera.

Bezlitosne metody walki przyjął także drugi z ówcześnie panujących totalitarnych reżimów, stalinowski komunizm. Czerwona Flota Bałtycka, która po wywołanym niemieckim Blitzkriegiem okresie paraliżu powróciła w roku 1944 do czynnego udziału w wojnie, miała w swoim składzie także okręty podwodne. Jednym z nich był S-13, należący do typu Staliniec (wyporność 853/1050 ton, maksymalne zanurzenie: 100 m, maksymalna szybkość: 19,5 węzła, załoga 50 osób, uzbrojenie: 6 wyrzutni torpedowych (12 torped) oraz działa kalibru 100 mm i 45 mm). Projekt tej klasy okrętów miał niemieckie korzenie - w okresie obowiązywania Traktatu Wersalskiego Niemcy nie mogły posiadać floty podwodnej, zatem posiadane bogate doświadczenie konstrukcyjne wykorzystywano za granicą, oferując projekty nowoczesnych okrętów podwodnych innym państwom. Wśród nabywców dokumentacji znalazł się także Związek Sowiecki. Początkowo klasa S nosiła zresztą oznaczenie N (niemieckij). Stalińce produkowane były w stoczniach nie tylko morskich, ale także śródlądowych. S-13 zbudowany został w mieście Gorki (właśc. Niżnyj Nowgorod) nad Wołgą. Okręt przeznaczono do służby na Bałtyku, a jego macierzystą bazą został Kronsztad. "Pechowy" numer bałtyckiego Stalińca przyniósł jednostce sporą dozę wojennego szczęścia.

W roku 1942 S-13 zatopił dwa niewielkie statki fińskie i jeden niemiecki, a ponadto uniknął zatopienia przez okręty eskorty. Największe sukcesy miały przyjść dopiero w ostatnim roku wojny. Pod komendą nowego kapitana, Aleksandra Iwanowicza Marinesko (właśc. Marinescu), okręt patrolował u południowych wybrzeży Bałtyku, polując na nieprzyjacielską żeglugę kabotażową, a szczególnie na jednostki prowadzące akcję ewakuacyjną z Kurlandii i Prus Wschodnich.

W styczniu 1945 roku na kruchy niemiecki front wschodni spadła potężna ofensywa sowiecka. W jej wyniku w ręce Armii czerwonej wpadły znaczne obszary, a linia frontu odrzucona została o kilkaset kilometrów - znad Wisły nad Odrę. Morskim pokłosiem tych wydarzeń stała się "Operacja Hannibal". Kryptonim ten oznaczał ewakuację drogą wodną oddziałów wojskowych, władz partyjnych, ale także wielkiej liczby cywilnych uchodźców, pragnących uniknąć morderstw, gwałtów i rabunków, towarzyszących zajmowaniu ziem III Rzeszy przez Sowietów. W czasie 15 tygodni ponad 1000 niemieckich jednostek pływających przewiozło z odciętych i zagrożonych zajęciem obszarów około 3 miliony osób. Straty od bomb, torped i pocisków sowieckiego lotnictwa i Floty Bałtyckiej wyniosły około 33 tysiące osób (ok. 1,3 proc. ewakuowanych) oraz 245 statków i okrętów (ok. 25 proc. jednostek). W kategoriach strategicznych było to zatem jedna z największych i najbardziej pomyślnych morskich operacji ewakuacyjnych w dziejach ludzkości.

Ponury cień na ten ostatni sukces Kriegsmarine kładzie jednak seria największych morskich tragedii XX wieku: zatopienie jednostek "Wilhelm Gustloff" (30 stycznia 1945 r.), "General von Steuben" (10 lutego 1945 r.) oraz "Goya" (17 kwietnia 1945 r.).

"Wilhelm Gustloff" zwodowany został jako statek wycieczkowy dla hitlerowskiej organizacji Kraft durch Freude ("Siła przez radość"), organizującej urlopowy wypoczynek dla pracowników zrzeszonych w hitlerowskim związku zawodowym - Niemieckim Froncie Pracy. Nazwa statku miała upamiętniać "męczennika idei nazizmu" - działacza NSDAP, zabitego w Szwajcarii przez żydowskiego emigranta. Patron nie przyniósł jednostce szczęścia. Po stosunkowo krótkim okresie służby cywilnej, "Gustloff" został zmobilizowany i we wrześniu 1939 roku stał się statkiem szpitalnym. Jesienią 1940 roku został przebudowany na "pływające koszary" - bazę szkoły załóg okrętów podwodnych, zacumowaną w doku portu gdyńskiego. Zamontowano wówczas na pokładzie jednostki uzbrojenie (działka przeciwlotnicze, wyrzutnie bomb głębinowych). Po czterech latach bezczynności okręt koszarowy "Gustloff" włączony został do "morskiego pospolitego ruszenia" Kriegsmarine. Z racji swojej znacznej wyporności i posiadania licznych kabin "Gustloff" wyśmienicie nadawał się do zadań ewakuacyjnych. Jednak jego pierwszy od lat rejs miał stać się rejsem ostatnim...

Wypływając z Gdyni "Wilhelm Gustloff" zabrał - według oficjalnej listy pokładowej - 173 marynarzy załogi, 918 instruktorów i kursantów II. Dywizjonu Szkolnego U-Bootwaffe, 373 członkinie kobiecej służby pomocniczej, 162 rannych żołnierzy sił lądowych oraz 4424 osoby ewakuowane, w tym policjantów, funkcjonariuszy NSDAP i urzędników z rodzinami oraz liczne osoby cywilne, wśród nich setki (może nawet tysiące) dzieci. Zapewne na pokład okrętu weszło więcej, niż odnotowane 6050 osób, niektórzy autorzy szacują, że było ich ponad 10 tysięcy. W atmosferze apokalipsy III Rzeszy chęć ocalenia brała górę nad niemieckim zdyscyplinowaniem...

"Wilhelm Gustloff" odbił od gdyńskiego nabrzeża wczesnym popołudniem 30 stycznia 1945 roku. Towarzyszący mu statek pasażerski "Hansa" doznał awarii i musiał zawrócić, zabierając ze sobą jednostkę eskortową. W dalszej drodze "Gustloffowi" towarzyszył jedyny okręt osłony, niewielki torpedowiec "Löwe". Kolektywne dowództwo (czterech "współkapitanów"!) spierało się co do optymalnej trasy dalszej żeglugi. Wybór płytkich wód przybrzeżnych, wolnych od sowieckich łodzi podwodnych, oznaczał ryzyko wejścia na minę. Ostatecznie wybrano trasę głębokowodną, wytrałowaną "do czysta" przez poławiacze min Kriegsmarine. Wybór okazał się fatalny.

Trasa "Gustloffa" przebiegała bowiem w zasięgu wzroku wynurzonego w nocnych ciemnościach sowieckiego okrętu podwodnego S-13. Chwilowe włączenie świateł pozycyjnych "Gustloffa", nakazane dla uniknięcia kolizji z przepływającą w tym rejonie eskadrą niemieckich trałowców, przesądziło o losie okrętu i tysięcy jego pasażerów.

Kapitan Marinesko dostrzegł potencjalny cel i po dwugodzinnym pościgu nakazał atak torpedowy. Około godziny 21:00 odpalona została dziobowa salwa z wszystkich czterech wyrzutni. Trzy pociski trafiły kadłub "Gustloffa". Takie trafienie zatopiłoby nawet okręt linowy (np. HMS "Barham", 1941), duży, lecz delikatny "pasażer" był bez szans na ocalenie. Zatoną po trzech kwadransach, a trwało to tak długo jedynie dzięki temu, że natychmiast po trafieniu nakazano zamknąć grodzie wodoszczelne w kadłubie - skazując tym samym na śmierć osoby odcięte w zablokowanych pomieszczeniach.

Akcja ratunkowa - wobec przepełnienia jednostki i przymarznięcia szalup do żurawików (tylko jedną łódź opuszczono bez problemu) - nie mogła zapewnić ocalenia pasażerom. Trzeba dodać, że znaczny mróz, silny wiatr i temperatura wody, wynosząca ok. 4 stopnie Celsjusza nie dawały szans przetrwania tym, którzy znaleźli się poza szalupami. Kilka minut przebywania w takich warunkach oznaczało śmierć przez wychłodzenie organizmu. Jedynie poświęceniu załóg eskortowca "Löwe" oraz przybyłej na miejsce tragedii eskadry trałowców ocalenie zawdzięczało 1252 osoby (w tym wszyscy czterej "współkapitanowie" "Gustloffa").

Niezależnie od faktycznej liczby ofiar , będącej tematem dyskusji i sporów, zagłada "Gustloffa" to bez wątpienia wielka tragedia. Tragedia, lecz nie zbrodnia wojenna. Trudno bowiem zaprzeczyć, że w swoim ostatnim rejsie dawny statek wycieczkowy był uzbrojonym okrętem, płynącym w zaciemnieniu i pod eskortą, a zatem zaskakujący atak torpedowy sowieckiego okrętu mieścił się w ramach prawa wojennego. Podkreślić także należy, że cywilni uciekinierzy z Gdyni stali się niejako "żywymi tarczami" dla kursantów szkoły broni podwodnej Kriegsmarine. Stawianie zatem ich - rzeczywistego i niezaprzeczalnego - dramatu w roli argumentu na rzecz tezy o Niemcach jako ofiarach wojny wydaje się nieco dyskusyjne. Przed straszną śmiercią tysięcy kobiet i dzieci na "Gustloffie", "Steubenie" i "Goi" miały miejsce pirackie ataki na "Athenię", "City of Benares" i wiele innych statków, także przewożących cywilów, w tym dzieci.

Czy zatem uznamy, że są ofiary "lepsze" i "gorsze"? "Bardziej" i "mniej" zasługujące na pamięć? Współczując potomkom niemieckich ofiar sowieckiej floty czy alianckich bombowców nie zapominajmy, że tę najstraszniejszą z wojen rozpętał reżim wybrany demokratyczną większością głosów i cieszący się autentycznym, masowym poparciem swojego społeczeństwa - dopóki to inne kraje i narody padały ofiarami agresji, okupacji, grabieży, wysiedleń i ludobójstwa. Otrzeźwienie nadeszło dopiero, gdy but sowieckiego żołnierza stanął na bruku pruskiego Królewca, a naloty aliantów obróciły w gruzy większość niemieckich miast. Powojenna "denazifikacja" okazała się dość powierzchowna i zdecydowanie łagodna. Silne Niemcy potrzebne były obydwu stronom zimnej wojny, nie było więc atmosfery sprzyjającej starannej selekcji i przykładnego ukarania zwolenników hitleryzmu.

Każdy naród, każdy kraj ma prawo do własnej wizji historii. Nie pozwólmy zatem, by naszą historię pisano pod dyktando tych, którym do pełni szczęścia brakuje jedynie zrzucenia moralnego brzemienia sprawstwa II wojny światowej i odpowiedzialności za popełnione w jej czasie zbrodnie. A roniąc łzę nad ofiarami nalotów na Drezno czy zatopienia "Gustloffa" pamiętajmy także o naszych - znacznie liczniejszych - rodakach, zamordowanych przez "ich matki, ich ojców" w obozach zagłady, jak na szyderstwo nazywanych obecnie "polskimi" w imię obłędnej ideologii Herrenvolku...


Literatura:

1. H. Schoen, "Tragedia Gustloffa", Zakrzewo 2006

2. M. Jamkowski, "Duchy z głębin Bałtyku. Steuben, Gustloff, Goya", Warszawa 2010

3. J. Pertek, "Korsarze wyruszają na morza i oceany", Poznań 1973

4. N. Davies, "Europa walczy 1939-1945. Nie takie proste zwycięstwo", Kraków 2008

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje