Cmentarzysko pod więzienną chlewnią

Wiedzieliśmy, że śmierć nigdy nie opuściła tego miejsca, ale skala bestialstwa, które odkryliśmy, przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. Teren dawnego białostockiego więzienia to największe odkryte pole grobowe żołnierzy polskiego podziemia. Ciągle zadajemy sobie pytanie, kim byli ci, którzy zginęli, i kto ich mordował. I ilu ich naprawdę było.

Kiedyś był tu przylegający do więzienia w Białymstoku ogród i sad, w sumie blisko 2,5 ha uprawnej ziemi, z której plony zbierała administracja penitencjarna. W latach 40. niewielki pas przy północno-wschodnim ogrodzeniu pozostawał jednak nieobsadzony. W latach 50. wybudowano tam silosy na płody rolne, a potem chlewnie na więzienną trzodę. To przy ich budowie więźniowie natrafiali na kości, a nawet nierozłożone jeszcze do końca zwłoki ludzkie, ale zastraszeni trzymali ten fakt w tajemnicy. Potem na tym terenie postawiono psiarnię, garaże i inne budynki gospodarcze, a samo więzienie zmieniło się w areszt śledczy. I już prawie nikt nie pamiętał o makabrycznej historii tej ziemi.

Mroczna tajemnica

Reklama

Kiedy po 1989 r. w całym kraju rozpoczęto poszukiwanie miejsc tajnych pochówków ofiar zbrodni komunistycznych, niektórzy badacze zwracali nieśmiało uwagę na teren dawnego ogrodu więziennego w Białymstoku, ale nikt nie mógł znaleźć dowodów potwierdzających jego mroczną tajemnicę. Kluczowe dla sprawy dokumenty odnaleźliśmy w archiwach służb specjalnych przekazanych do białostockiego oddziału IPN w 2003 r.

W lipcu 2013 r. na teren gospodarczy Aresztu Śledczego w Białymstoku wkroczyli historycy, archeolodzy i antropolodzy. Badania zorganizował i sfinansował Oddział IPN w Białymstoku, korzystając z życzliwości i pomocy władz aresztu. Georadar badał ziemię metr po metrze, ale nie chciała ona zdradzić swych tajemnic. Na wielokrotnie przekopanym terenie elektroniczne urządzenie okazało się bezużyteczne. Pomogli liczni wolontariusze zaopatrzeni w łopaty. Nieoceniona okazała się niewielka koparka telekomunikacyjna. W zakładanych szeroko wykopach sondażowych znajdowano dosłownie wszystko, bo przez lata zakopywano tam wiele śmieci i szczątków zwierzęcych, ale wciąż nie było w nich ludzkich kości. Gdy przyszedł czwarty, ostatni z zaplanowanych dni prac poszukiwawczych, przy pracy pozostało już tylko kilka osób, bo większość ekipy musiała się przenieść na inny teren. Postanowiono przekopać jeszcze wąski pas obok dawnej chlewni, gdzie wcześniej nie zamierzano szukać. Łyżka koparki zanurzyła się tylko kilka razy w nowym wykopie, gdy wyrzuciła na nasyp ludzką kość. Nie było wątpliwości - w ziemi znajdowały się szczątki człowieka. Szybko w wykopie pokazała się czaszka i reszta szkieletu. W tym momencie stało się już pewne, że specjaliści od ekshumacji powrócą do Białegostoku. Ostatecznie w trakcie lipcowych badań sondażowych, które nieco przedłużono, odnaleziono szczątki trzech ofiar, w tym młodego mężczyzny, z dziurą po strzale w potylicę. Chłopak miał przy sobie portfel z kilkoma monetami, biletem kolejowym i kartką z tekstem piosenki Mieczysława Foga - Serce Matki.

Chlew nad grobami

Do dalszych poszukiwań na terenie dawnego ogrodu przy więzieniu w Białymstoku doszło w październiku 2013 r. Chociaż od początku odnajdowaliśmy tu pojedyncze kości ludzkie, rozrzucone po terenie prawdopodobnie na skutek prowadzonych tam przez dziesięciolecia wielu prac ziemnych i budowlanych, to przez trzy dni nie udało się odnaleźć ani jednego kompletnego pochówku. Teren był zbyt duży, a wiedza na jego temat - fragmentaryczna.

Wreszcie przełom. Czwartego dnia badań i przy samej chlewni. Widoku wyłaniających się spod ziemi ludzkich czaszek nie zapomni chyba nikt, kto kiedykolwiek wziął udział w takich pracach. Tu wyłoniły się trzy zbiorowe jamy grobowe. Do pierwszej jamy przylegała druga, obok była trzecia, a nieco niżej czwarta... To już nie były pojedyncze doły, szybko się zorientowaliśmy, że mamy do czynienia z rozległym polem grobowym - białostockim polem śmierci. Tak więc w maju 2014 r. badania wznowiono. Udało się uzyskać zgodę na wyburzenie chlewni i psiarni, które przeszkadzały w dalszej ekshumacji. Cztery tygodnie prac, bo tyle zaplanowano, miały wystarczyć, aby do końca rozwikłać tajemnice białostockiego pola śmierci. Rzeczywistość ponownie zaskoczyła nas wszystkich.

Kłębowisko ciał

Bezpośrednio pod rozebraną chlewnią naszej ekipie archeologów i historyków udało się znaleźć trzy jamy grobowe, ale na przedłużeniu linii pomiędzy nią a silosem było ich dużo więcej. Właściwie po kolei tam, gdzie kończyła się jedna jama, zaczynała się kolejna. W każdej z nich dosłownie kłębiły się kości pomieszanych szkieletów, których ręce, nogi i ciała były splecione niczym w pośmiertnym uścisku. Staraliśmy się tak je rozdzielać, aby każdy szkielet został podjęty odrębnie, w całości. Najgorszy był jednak ten bezmiar ukazującego się bez ustanku naszym oczom okrucieństwa. Nie da się patrzeć chłodno i bez emocji na tak liczne szczątki dzieci i niemowląt, znajdujących się czasem w objęciach kobiet - prawdopodobnie ich mam. Zapewne nie tylko ja mam przed oczami smoczki, ozdobne elementy dziecięcych ubranek znalezione przy tych maluchach czy doskonale zachowany warkoczyk jakiejś małej dziewczynki. Pracujący w tych dołach śmierci antropolodzy w pewnym momencie z przerażającym zdumieniem odkryli szczątki kobiety i maleńki szkielet znajdującego się w jej łonie dziecka, które przecież nie zdążyło nawet ujrzeć świata. Dlaczego musiało zginąć?

Coraz więcej ofiar

Większość tych dziecięcych szkieletów nie nosi śladów obrażeń, które mogłyby spowodować śmierć, a stopień niedożywienia dzieci wskazuje raczej na głód i choroby jako przyczyny ich zgonu. Na niektórych szczątkach zachowały się wyraźne przestrzeliny z broni palnej: na łopatkach, żebrach, rękach oraz najczęściej - na czaszkach. Jedna z jam zawierała szczątki ofiar zbiorowej egzekucji. Nad wykopanym grobem stanęły tu
24 osoby, do których oddano karabinową salwę, a następnie dobijano ich strzałami z pistoletów. To była jedna z wielu jam grobowych, ale wcale nie największa - w innej pochowano aż 31 ofiar.

20, 50, 100... liczba ekshumowanych ofiar rosła w tempie, które zaskakiwało każdego. Już na początku badań pojawiły się wątpliwości, czy uda się podjąć wszystkie. Ostatecznie, prócz tych z 2013 r., odkryto ponad 20 nowych jam grobowych. Nie udało się wydobyć szczątków spoczywających w czterech z nich. Z pozostałych podjęto w sumie - wraz z dziewięcioma z 2013 r. i dwoma odnalezionymi pod posadzką znajdującej się w piwnicy budynku administracyjnego celi śmierci - ok.190 ofiar, w tym 15 proc. kobiet i aż 30 proc. dzieci. Być może więcej, bo niektóre jamy były zniszczone przez fundamenty budynków i trudno rozstrzygnąć, ilu osób kości udało się wydobyć. Reszta oczekuje na odnalezienie i podjęcie, co będzie możliwe być może już we wrześniu. Ile zostało? Drugie tyle? Więcej? A może wielokrotnie więcej? Białostockie pole śmierci zaskakiwało nas już tyle razy...

Kim oni byli?

Poza pytaniem - ile jeszcze, pozostaje wciąż bez odpowiedzi drugie - kim byli? Na to odpowie, miejmy nadzieję, Polska Baza Genetyczna Ofiar Totalitaryzmów, których specjaliści uczestniczyli w każdym etapie prac, a pobrany przez nich materiał genetyczny pozwoli być może na identyfikację imienną chociaż niektórych ofiar. Jednak już teraz można sobie pozwolić na pewne hipotezy. Nikt nie zna miejsca pochówku więźniów zmarłych w okresie okupacji sowieckiej. Być może w niektórych jamach są właśnie oni? Niemcy wywozili poza więzienie ofiary masowych egzekucji, ale na miejscu, właśnie w ogrodzie, strzelali do zakładników - przedstawicieli białostockiej inteligencji przetrzymywanych jako zabezpieczenie przed akcjami podziemia zbrojnego. Czy właśnie 24 z nich rozstrzelano nad jedną z odnalezionych jam? Prawdopodobnie na miejscu grzebano też ofiary epidemii tyfusu, które przechodziły przez więzienie w czasie okupacji niemieckiej. Zmarło tu też wielu Cyganów przywiezionych z Prus Wschodnich. Nie ma wątpliwości co do tego, że na terenie ogrodu grzebano ofiary powojennych egzekucji oraz niektórych pomordowanych w czasie obław UB i MO. Czy uda się wreszcie odnaleźć wszystkich? Najważniejsze jest jednak to, że wszystkie znalezione tu ofiary można będzie wreszcie z szacunkiem pogrzebać i choć w ten sposób przywrócić należną im godność. Wierzę, że choć części z nich uda się przywrócić również tożsamość. 

Autor: Dr Marcin Zwolski

Białostockie pola śmierci

Ze Zbigniewem Kulikowskim z Pionu Śledczego Instytutu Pamięci Narodowej w Białymstoku rozmawia Łukasz Kaźmierczak.

Panie prokuratorze, w jakim punkcie znajduje się najważniejsze śledztwo prowadzone obecnie przez białostocki IPN?

- Kończymy w tej chwili drugi etap prac archeologiczno-ekshumacyjnych w białostockim więzieniu. Na dzisiaj wyjęliśmy ze znajdujących się tam jam szczątki ponad 150 ofiar. Te szczątki są cały czas opisywane, prowadzimy dokładne badania i analizy, to jest bardzo żmudna praca. Znaleźliśmy także nowe jamy, wiemy, że w nich także są ludzkie szczątki, ale na razie ich nie ekshumujemy, będziemy to robić w kolejnym etapie.

Jeśli chodzi o okres, w którym zostały popełnione wspomniane zbrodnie, to obejmuje on lata 1939-1956. Nie są to więc tylko zbrodnie dokonane przez funkcjonariuszy komunistycznych, ale także zbrodnie hitlerowskie.

 Pan używa określenia "białostockie pole śmierci".

- Tak, ten termin wydaje się tutaj jak najbardziej uprawniony. Bo to nie jest cmentarz, tu nie ma nagrobków, pochówków, to nie jest coś na wzór warszawskiej "Łączki", tylko wszystkie zwłoki są po prostu wrzucone do jam, przemieszane ze sobą. W tym przypadku mamy także  do czynienia z różnymi okolicznościami zgonów - leżą tutaj ofiary rozstrzeliwań, zagłodzenia, chorób, wyniszczenia, śmiertelnego pobicia itp. To są często zwłoki kobiet i dzieci, które prawdopodobnie zmarły podczas okupacji hitlerowskiej, będąc przetrzymywanymi w tutejszym więzieniu. Każdy okupant, każdy zbrodniarz, każdy ubek przyczynił się zatem do tej okrutnej zbrodni. W tych dołach mamy uwidoczniony czysty obraz ludobójstwa - i mam tu na myśli zarówno ludobójstwo w znaczeniu medycyny sądowej, jak i w znaczeniu archeologicznym, ale także w rozumieniu norm prawnych. Nie mam wątpliwości - to klasyczne ludobójstwo.

 Trudno chyba do takiego śledztwa podchodzić beznamiętnie...

- Wie pan, ja jestem prokuratorem od 25 lat. Wiele już widziałem, ale to, co zobaczyłem w  białostockich jamach, po prostu nie mieści mi się w głowie. I nie chodzi tylko o samą liczbę ofiar. Proszę sobie na przykład wyobrazić, że przy zwłokach niemowlaka odnaleźliśmy czerwony smoczek, a przy innym ebonitowe serduszko. Albo wyciągamy płody i ciała kobiet w zaawansowanej ciąży. Widok jest potworny. Na usta od razu ciśnie się pytanie: Cóż takiego złego mogły te dzieci komukolwiek zrobić? Trudno również przejść obojętnie wobec ofiar strzałów w potylicę typu katyńskiego. To wszystko robi ogromne wrażenie, obciąża psychikę. Oby nigdy więcej w historii takie wydarzenia nie miały miejsca. Nigdy.

 Co dalej z białostockim śledztwem?

- Trwają cały czas czynności procesowe, sporządzane są protokoły oględzin, a potem czeka nas wielka praca, żeby przygotować następny etap.

 Czyli  kolejne ekshumacje?

- Tak, zrobiliśmy sondaże, z których wynika, że szczątki ludzkie są także w innych miejscach. Tych szczątków jest znacznie więcej, niż przypuszczaliśmy. W tej chwili nie jesteśmy w stanie ekshumować i zbadać ich wszystkich od razu, stąd decyzja o kontynuowaniu prac we wrześniu. Ponadto musimy zmienić nieco formalną stronę śledztwa. Do tej pory dotyczyło ono zbrodni komunistycznych, tymczasem zebrane materiały wskazują także na innych sprawców, czyli właśnie hitlerowców. Te materiały muszą być wyłączone do odrębnego prowadzenia i osobnego śledztwa.  

W międzyczasie przesłuchujemy świadków, kompletujemy materiał historyczny, pobieramy materiał biologiczny do przyszłych badań DNA, czyli prowadzimy normalną pracę prokuratorską.       

Istnieje jeszcze jakaś szansa na odnalezienie i ukaranie sprawców tych zbrodni?

- Mamy akta śledztwa, mamy materiały historyczne, jeżeli okaże się, że winni - niezależnie od tego, czy będą to  zbrodniarze komunistyczni, czy też zbrodniarze hitlerowscy - nadal żyją, to naszym obowiązkiem jest oczywiście przedstawienie im zarzutu i skierowanie aktu oskarżenia do sądu. Ale to cały czas długa, długa praca przed nami, tym bardziej że w białostockim więzieniu możemy odnaleźć jeszcze wiele ofiar.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy