Na tropie "Martwej Drogi", czyli "Odkrywca" na północy Syberii

Słońce, deszcz, śnieg, rzeki i bagna. Łodzie i helikoptery. Tajga, tundra, szczupaki na rożnie i kaczki w kotle, czasami niedźwiedzie. Łagry, szyny i przewrócone lokomotywy pozostawione kilkaset km od większych siedzib ludzkich. Uczynni syberyjczycy i mrukliwi myśliwi z rdzennych ludów Północy. Koszmarne papierosy i wszechobecne dubeltówki oraz przerażająco wysokie ceny w sklepach. I cisza, przestrzeń i odległości... gdzie 50 km, to spacer do najbliższego sąsiada.

Gdyby naszą podróż można było zapisać w pojedynczych slajdach, być może tak powinny wyglądać tytuły zdjęć z miesięcznego pobytu na Syberii - w okolicach koła podbiegunowego i rzeki Jenisej. Tam, gdzie w 1949 r. rozpoczęto budowę jednego z najbardziej kosztownych projektów ZSRR - portu morskiego odległego 500 km od morza i linii kolei żelaznej przebiegającej przez strefę wiecznej zmarzliny. Dzisiaj pozostałości tego projektu nazywane są "Martwą Drogą".

Syberia - słowo to samo w sobie jest magiczne i jednocześnie enigmatyczne. I choć w pierwszej chwili pojawiają się u nas całkiem prawidłowe skojarzenia z tajgą, niedźwiedziami i mrozem, to reszta pozostaje często tylko mglistym wyobrażeniem. Nawet tak banalna sprawa, jak prosta geografia. Chyba rzadko kto w naszym kraju (oprócz byłych zesłańców, więźniów, podróżników i nauczycieli) już w pierwszej chwili uświadamia sobie, jak ogromna to kraina. Zwrot "byłem na Syberii" oznacza mniej więcej tyle samo co: "byłem w Europie".

Reklama

Mają one bowiem bardzo zbliżoną powierzchnię. Co więcej, nawet zdawałoby się węższe określenie, w rodzaju "byłem na północno-środkowej Syberii" dotyczy tak wielkiego obszaru, że może zakręcić się w głowie. Po powrocie do kraju, jeden z kolegów po usłyszeniu ogólnikowego stwierdzenia, że byliśmy na "północnej Syberii", powiedział: - szkoda, że nie wiedziałem, przekazałbym wam kontakt do mojego znajomego, interesuje się łagrami i mieszka w tamtym rejonie, nad Bajkałem. Spojrzałem na mapę. Jezioro Bajkał dzieliło od celu naszej wyprawy jakieś... 2000 km, czyli tyle, ile mniej więcej Wrocław od Madrytu. "No ładna" - jakby powiedział Rosjanin.

Początek ekspedycji

W maju 2013 r. z "Odkrywcą" skontaktował się nasz przyjaciel Tomasz Grzywaczewski - podróżnik i organizator historyczno-ekstremalnych wypraw. Jego przygody podczas podróży trasą ucieczki z łagru, wg powieści Sławomira Rawicza "Długi Marsz", opisywaliśmy w nr 3/2011 "Odkrywcy". Tomek zaproponował nam uczestnictwo w kolejnym, tym razem międzynarodowym projekcie związanym z łagrami. Głównym celem wyprawy miało być dotarcie do tzw. "Martwej Drogi", gdzie do dziś zachowały się pozostałości sowieckich obozów pracy. 

Rejon ten znajduje się w strefie koła podbiegunowego, w okolicach miejscowości Igarka i Turuchańsk w dalekim Krasnojarskim Kraju. Więźniowie owych łagrów pracowali głównie przy budowie transpolarnej magistrali kolejowej, określanej kryptonimem "Budowa nr 503".

Projekt został rozpoczęty na rozkaz Stalina w 1949 roku. W 1953 r., tuż po śmierci dyktatora, Beria wstrzymał prace i nakazał przyspieszoną ewakuację całego projektu. W lasach i bagnach pozostawiono dziesiątki obozowych baraków, lokomotywy, wagony, drezyny, nasyp kolejowy z praktycznie ukończonymi odcinkami szyn, mijanki i mosty. Strefa wiecznej zmarzliny, długotrwałe zimy i głębokie odludzie doskonale zakonserwowały pozostałości po obozach. W odróżnieniu od leżących bardziej na południe obszarów Syberii, gdzie przyroda i człowiek dosyć szybko zadbali, aby po łagrach nie pozostał żaden ślad.

Najbardziej dalekosiężnym celem naszej wyprawy było dotarcie do leżących gdzieś pośrodku tajgi dwóch obozów, których dobry stan zachowania potwierdzały zdjęcia satelitarne.

Aby tego dokonać, wystarczyło przelecieć samolotem przez połowę Rosji do Krasnojarska, stamtąd popłynąć rzeką Jenisej na północ, ok. 1200 km do miejscowości Turuchańsk. Następnie helikopterem, lub motorówką, lub... w bliżej nie sprecyzowany jeszcze sposób udać się ok. 200 km w linii prostej do otoczonej lasami samotnej stacji meteorologicznej Janow Stan. Skąd pozostawało już tylko pieszo przebrnąć przez błotnistą tajgę -  kilkadziesiąt km na zachód do docelowego obozu, chroniąc się przed niedźwiedziami, wilkami, opędzając się od bardzo agresywnych komarów, krwiożerczych meszek i unikając syberyjskich drwali. Proste... Aha, wstępny plan całkiem rozsądnie przewidywał, że należało jeszcze stamtąd jakoś wrócić. Brzmiało to arcyciekawie.

Projekt "Dead Road 2013"

Szefem wyprawy został główny pomysłodawca - Tomasz Grzywaczewski, współorganizatorem Maciej Cypryk, doświadczony podróżnik odpowiedzialny za aprowizację wyprawy. Jako przedstawiciel Uniwersytetu w Nowym Jorku w podróż wyruszyła Anna Hyman - doktorantka na Wydziale Historycznym, specjalizująca się w historii systemów totalitarnych. Odpowiedzialnym za dokumentację filmową był, kończący PWSFTViT, czyli łódzką "filmówkę", doskonały operator Marek Kozakiewicz. Skład zamykał Łukasz Orlicki z "Odkrywcy" - z zadaniem czuwania nad badaniami terenowymi i pomiarami docelowych łagrów.

Wyprawa została sfinansowana przez łódzką firmę TME oraz Wydawcę "Odkrywcy" i New York University. Brakujące środki finansowe uzupełnili już z własnej kieszeni: Tomasz Grzywaczewski i Maciej Cypryk - współwłaściciele firmy "Storysites", będącej głównym organizatorem ekspedycji. Wyprawie nieocenionej pomocy materiałowej udzieliła również firma Helikon-tex, stały sponsor Grupy Eksploracyjnej Miesięcznika "Odkrywca", przekazując solidne, ciepłe polary, spodnie i rękawiczki.

Etap I - podróż

24 sierpnia, zgodnie z planem, wyprawa dotarła poprzez Moskwę do Krasnojarska - prawie milionowej stolicy Krasnojarskiego Kraju. Tu po raz pierwszy spotkaliśmy się tak naprawdę z rosyjską rzeczywistością, przybraną w północno-syberyjsko-azjatycki koloryt. Powitały nas duże blokowiska i królujące wszędzie japońskie samochody z kierownicami z prawej strony (łatwiej je tu ściągnąć z Japonii, niż z Europy). Samochody są oczywiście przeróżnych typów i rozmiarów, mają jednak pewną, wspólną cechę. Każdy z nich nosi ślady stłuczki. Jeżeli jeszcze ich nie ma, to w krótkim czasie będzie miał. Ilość drobnych kolizji na ulicach jest przeogromna, dlatego też typowym wyposażeniem rosyjskiego samochodu, obok apteczki, pozostaje rejestrator, na którym strony sporu mogą odtworzyć przebieg feralnego zdarzenia.

Egzotykę azjatyckiego miasta podkreśla krajobraz okolicy i olbrzymi konglomerat ras białej i żółtej zamieszkujących Krasnojarsk, a uroku dodaje odcinająca się na tle szarych bloków szeroka wstęga Jeniseju przecinająca miasto, i piękny odremontowany dworzec kolejowy wybudowany jeszcze za caratu.

Do Krasnojarska przybywamy pod koniec sierpnia, gdy króluje wspaniała późno letnia aura. Trudno uzmysłowić sobie, że już za dwa miesiące temperatura może spaść do -30 , a czasem i -50 stopni. Najbardziej zaskakujące okazały się dwa bardzo istotne dla nas fakty: ceny w sklepach - wyższe niż w Polsce (a im dalej na północ, ich wysokość wzrastała) oraz całkowity brak rozkładów jazdy na przystankach autobusowych. Co w połączeniu z raczej intuicyjnym rozmieszczeniem samych, kiepsko widocznych przystanków spowodowało, że podróże po "stolicy Północy" nabrały bardzo interesującego kolorytu. Szczęśliwie, i dzięki olbrzymiej pomocy polskich zakonników - ojców Klaretynów - gospodarzy kościoła pw. Świętej Rodziny w Krasnojarsku, udało nam się pokonać wszystkie przeszkody i zaokrętować na wysłużony statek "Lermontow", który Jenisejem miał dowieść nas do Turuchańska.

Rejs czternastą pod względem długości rzeką świata, to niezapomniane wrażenie. Jenisej jest głęboki, na wielu odcinkach dochodzi aż do 3 km szerokości, z pięknymi, zarośniętymi tajgą wysokimi brzegami, przeplatanymi nielicznymi, malowniczymi miejscowościami. Statki pełnomorskie mogą wpływać nawet do 1000 km w dół rzeki, a sezon żeglugowy kończy się mniej więcej w połowie września, gdy rozpoczynają się pierwsze przymrozki. Ostatecznie po trzech dniach żeglugi, podczas której poznaliśmy całą załogę i mniej więcej połowę pasażerów "Lermontowa" - prawie co do jednego mieszkańców Północy - dobiliśmy do brzegu przy wsi Turuchańsk. Zaczynał się drugi, dużo bardziej skomplikowany etap podróży.

Syberyjska życzliwość

Ostatnim miejscem do jakiego, jeszcze w Polsce, udało nam się szczegółowo zaplanować ekspedycję, była stolica Turuchańskiego Rejonu - administracyjnie rosyjskiego odpowiednika mniej więcej powiatu. Trudno jednak znaleźć jakiekolwiek porównanie, jeśli chodzi o wielkość powierzchni i zaludnienie, ponieważ rejon licząc 211 tys. km kw. zajmuje z grubsza ok. 2/3 powierzchni całej Polski. W dodatku na tym terenie mieszka jedynie ok. 15-17 tys. ludzi, z czego 5 tys. w miejscowości Turuchańsk, reszta w niewielkim miasteczku Igarce oraz kilku rozrzuconych wsiach, przysiółkach i pojedynczych chatach w głębi ciągnących się setkami kilometrów lasów. Jeśli dodamy do tego, że nie ma tu sieci dróg, a jedynymi środkami transportu pomiędzy oddalonymi od siebie miejscowościami pozostają latem łodzie, zimą śniegołazy, a przez cały rok helikoptery, to znakomicie odda to specyfikę tego malowniczego regionu.

Głównym problemem naszej ekspedycji było dotarcie do samotnej stacji meteorologicznej Janow Stan, odległej od Turuchańska o ok. 200 km. Problem niebagatelny, ponieważ można się było tam dostać jedynie na dwa sposoby. Rzeką Turuchan i motorówkami (dwiema, bowiem jedna nie zabrałaby całej wyprawy) lub helikopterem. Pokonanie tej trasy piechotą przekraczało nasze możliwości czasowe. Najszybszą, najwygodniejszą i najpewniejszą podróż oferował helikopter. Kłopot w tym, że do Janow Stan nie leciał żaden rejsowy lot, a wynajęcie helikoptera na jedną godzinę podróży kosztowałoby równowartość ok. 20 tys. zł! Z kolei motorówki musiałyby płynąć meandrującą rzeką, co wydłużało trasę i czas dotarcia, tym samym mnożyło koszty paliwa, nie licząc detalu... okresu co najmniej dwóch tygodni na jaki należałoby je wynająć. I jeszcze jedno. Przedłużające się sierpniowe susze spowodowały znaczne obniżenie stanu wody w Turuchanie, co groziło utknięciem, a co gorsza, uszkodzeniem śruby i dłuższym, niż planowaliśmy, pobytem na Syberii.

Co robić?

Podróżując w tym rejonie świata ma się dwie możliwości. Dysponując solidnym budżetem wynajmować helikoptery, łodzie, korzystać z hoteli (w Turuchańsku są dwa. Nocleg w hotelu o przeciętnym standardzie kosztuje 300 zł od osoby!), albo liczyć na możliwość "dogadania się". Taką właśnie metodę postępowania obrał nasz zespół, nie tylko z powodu ograniczonego budżetu, ale również i pewnych predyspozycji uczestników ekspedycji. Intuicja nigdy nas nie zawiodła i przez cały okres wyprawy udawało się nam "załatwić" sprawy, które wydawały się początkowo zupełnie nie do "przeskoczenia". Być może pomagał nam fakt, iż nie byliśmy zwykłymi "turystami" tylko "ekspedycją", której celem było dotarcie do określonego miejsca, oflagowaną narodowymi barwami, napisem "Odkrywca" i w miarę ujednoliconą pod względem ubioru. A może była to po prostu (nie)zwykła syberyjska życzliwość... Z pewnością dzięki niej sprawy potoczyły się nad wyraz szybko.

Dzięki wykonywanym jeszcze z Polski telefonom (przy pośrednictwie nieocenionej pani Ilony Ostrowskiej z firmy TME) uzyskaliśmy kontakt z naczelnikiem miejscowej administracji, który, jako jeden z nielicznych spotkanych przez nas mieszkańców Syberii, nie tylko wiedział gdzie jest Polska, ale wiele lat temu był w naszej Ojczyźnie! Taktownie nie dopytywaliśmy się, czy pobyt mógł mieć związek ze służbą w Armii Radzieckiej. Naczelnik po kilku telefonach i poleceniach wydanych swoim podwładnym w błyskawicznym tempie przygotował naszą dalszą marszrutę. Zaledwie po 20 min. wiedzieliśmy już, że w kolejnym etapie popłyniemy łodziami do niewielkiej wsi Farkowo leżącej w 1/4 drogi do Janow Stan. Tam będziemy mogli uzupełnić zapasy i po dwóch dniach wsiąść na pokład helikoptera, który wyjątkowo wypełnia w tamtym rejonie zadania administracyjne i pocztowe.

Pozostawała jeszcze kwestia zapewnienia sobie powrotu do cywilizacji. Rozwiązała się ona jeszcze tego samego dnia. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności i faktowi, że staraliśmy się wykorzystać każdą okazję do rozmowy, wziął nas pod swoją opiekę, poznany pod jednym z myśliwskich sklepów, energiczny kierownik miejscowej sieci energetycznej Aleksander Czyżikow. Jakie może mieć poważanie człowiek związany z energetyką w miejscowości, gdzie przez pół roku panuje zima a temperatury dochodzą do -50 stopni, przekonaliśmy się w ciągu kilku chwil. Jeden telefon lub gest Aleksandra pozwalał przeskakiwać różne drobne, a czasem poważniejsze przeszkody. O najważniejszą z nich - kwestię powrotu mieliśmy się już nie martwić. W określonym terminie, za ponad dwa tygodnie, z Turuchańska miała wypłynąć po nas specjalna jednostka, "kuter", któremu niestraszne miały być mielizny. Jego rejs w rejon naszego pobytu miał trwać dwa, ewentualnie trzy dni. Wystarczyło tylko abyśmy oznaczyli odpowiednio brzeg rzeki w miejscu, gdzie będziemy go oczekiwać, a... "na pewno nas znajdą".

Przez następne dwa dni przygotowań w Turuchańsku karnie słuchaliśmy cennych rad naszego opiekuna - miejscowego potentata energetycznego, i jak się okazało, znakomitego myśliwego Aleksandra. Wykonywaliśmy również wszystkie polecenia zaprzyjaźnionego z nami oficera MCzS-u Iwana (MCzS - Ministerstwo Sytuacji Nadzwyczajnych będącej odpowiednikiem połączonych służb straży pożarnej i ratownictwa). Kiwaliśmy potakująco głowami, bez szemrania braliśmy dodatkowy sprzęt: brezenty do rozwieszania nad ogniskiem, porządniejszą niż nasza wędkę, zwiększony zestaw kotwiczek, lepszą siekierkę, itd., itp., aż do momentu, gdy nadszedł dzień wypłynięcia w lewy dopływ Jeniseju - rzekę Turuchan.

Tą samą trasą 60 lat wcześniej pływały statki przewożące materiały i więźniów, którym przyszło budować transpolarną magistralę.

Dowiedz się więcej na temat: Syberia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje