Tajemnica "Boberloch"

Pośród drzew i stromych skał u zbiegu rzek Kamienicy i Bobru znajdują się stare, porośnięte roślinnością ruiny. Piętrzą się na stromym stoku, kryją obok ścieżki, zaskakują ukrytym wejściem do piwnic, czy wysoką, ceglaną ścianą. Czasem, gdy poziom wody jest niższy, można suchą nogą dotrzeć do kolejnych, kamienno-ceglanych konstrukcji, wyłaniających się z nurtu rzeki. Przed wojną mieszkańcy pobliskiego Barcinka (niem. Bertelsdorf) nazywali to miejsce "Boberloch".

Zagadkowe ruiny i tajemnicza fabryka

Wszystko zaczęło się od przekazanych nam wspomnień nieżyjącego już p. Roberta Skorupskiego oraz relacji jego wnuczka, Krzysztofa Tekiela.

Podczas II wojny światowej mieszkający na Lubelszczyźnie p. Skorupski został przez Niemców wzięty na przymusowe roboty. Początkowo skierowano go w okolice granicy francusko-niemieckiej, później znalazł się na Dolnym Śląsku - w niedużej, pięknie położonej miejscowości - Berthelsdorf (po 1945 r. Korczaków, od 1946 Barcinek). Tu trafił do starej fabryki papieru, wówczas przerobionej na zakład produkcyjny.

Reklama

Pan Skorupski po latach wielokrotnie wspominał rodzinie, iż pod zakładem znajdowała się sieć dużych, obetonowanych i wentylowanych podziemi. Wejście miało znajdować się zarówno od strony fabryki, jak i od strony rzeki, gdzie dzisiaj stoją ruiny "Boberloch".

Fabryka miała produkować części do pilnie strzeżonych, nowych i supertajnych niemieckich samolotów. Pan Robert pracował na terenie zakładu niemalże do końca II wojny światowej. Po klęsce III Rzeszy pozostał na terenie Barcinka, jako jeden z pierwszych polskich osadników.

Historię tę przez lata przekazywano w rodzinnym gronie kolejnym pokoleniom.

Wnuczek p. Skorupskiego, Krzysztof Tekiela, kilkadziesiąt lat później pracował na terenie tych samych zakładów w Barcinku, gdzie przymusowo przebywał jego dziadek. Pamiętał, że w latach 70. można było jeszcze zapuścić się w część tajemniczych podziemi, których jakoby nikt do końca nie spenetrował - ze strachu, m.in. przed ich zaminowaniem. Ostatecznie, dyrekcja jednego z licznych zakładów, jakie mieściły się w tym miejscu po wojnie, zdecydowała się na odcięcie i zabetonowanie podziemi. Pozostały one jedynie w przekazywanych wśród pracowników wspomnieniach.

Powyższa historia, choć brzmi nieco fantastycznie, zaintrygowała nas od samego początku. Postanowiliśmy znaleźć odpowiedzi na kilka podstawowych pytań: czy faktycznie pod dzisiejszą fabryką mogły się mieścić podziemia? Jeśli tak, to kiedy, i w jakim celu powstały? O ruinach jakiego obiektu wspominał nasz rozmówca? oraz, jakiego rodzaju elementy produkowano w czasie wojny na terenie zakładów?

Dziwne historie

Barcinek położony 10 km na północny-zachód od Jeleniej Góry, przed wojną "dochrapał się" statusu miejscowości uzdrowiskowej, której klimat miał sprzyjać leczeniu dróg oddechowych. Pamiątką po tamtych czasach jest - stanowiący obecnie smutny widok - popadający w ruinę budynek XIX-wiecznego sanatorium. W okresie II wojny światowej użytkowany w dużej mierze przez oficerów Luftwaffe, a po wojnie zarezerwowany dla pracowników Ministerstw - Bezpieczeństwa Publicznego i Spraw Wewnętrznych. Interesująca nas fabryka jest położona praktycznie poza miejscowością - w obrębie Parku Krajobrazowego Doliny Bobru, niecały kilometr na zachód od powstałej w latach 1926-27 zapory i elektrowni wodnej Wrzeszczyn.


Aktualnie na terenie dawnej fabryki papieru mieści się zakład należący do spółki ARF, produkującej konstrukcje metalowe. Zarówno pracownicy, jak i dyrekcja spółki nie dziwią się, słysząc pytania o domniemane podziemia. Ich odpowiedzi są mniej więcej zgodne w jednym - podziemia istnieją, jakkolwiek obecnie nie ma żadnej możliwości ich udostępnienia. Zakład się rozwija, podłogi są zabetonowane, hale zagospodarowane i właściciel nie wyraża zgody na badania, czy jakiekolwiek próby weryfikacji opowieści byłych i obecnych pracowników. A te różnią się już od siebie znacznie i to nie tylko jeśli chodzi o wygląd podziemi, ale również cel, w jakim były użytkowane. Podsumowując kilkanaście rozmów z mieszkańcami Barcinka i pracownikami interesujących nas zakładów (w jednym przypadku informowano nas o mającej się tu odbywać przedwojennej produkcji torped, w innym o podziemnym szpitalu), udało się nam wyodrębnić dwie najczęściej powtarzane wersje historii.

Jedna dotyczy domniemanej produkcji supertajnych samolotów, korespondując z pierwszą relacją, jaka do nas dotarła - p. Roberta Skorupskiego.

Druga, choć przekazywana nam z pełną wiarą, brzmiała zupełnie niewiarygodnie. W zakładach miano produkować ni mniej, ni więcej tylko miniaturowe okręty podwodne! Testowane następnie w korycie rzeki, do której prowadziły zalane, podziemne kanały. Dzięki nim wszelkie testy okręcików mogły być wykonywane dyskretnie, a znajdująca się w pobliżu zapora, mogła z powodzeniem podwyższać lub obniżać poziom wody - w zależności od potrzeb...

Interesujący nas teren dzieli się jakby na dwie części. Pierwsza, to obecne zakłady mieszczące się na terenie przedwojennej fabryki papieru. Centralnie położone budynki powstały jeszcze przed I wojną światową i wyraźnie odcinają się od kilku nowych hal i zabudowań. Całość jest umiejscowiona kilkanaście metrów powyżej koryta rzeki, odległej o niecałe 200 m w linii prostej. Druga, to znajdujące się u podnóża, i na stoku, oraz wchodzące w koryto Bobru, tajemnicze ruiny. To właśnie one wzbudzały najwięcej emocji wśród zwolenników teorii o miniaturowych okręcikach podwodnych. Nic dziwnego. Omijając od wschodu ogrodzony teren funkcjonujących zakładów, wkraczamy w krainę, gdzie tajemnica wydaje się wyzierać zza każdego rogu.

Początkowo słabo widoczna droga, zmienia się w czytelniejszy szlak prowadzący w kierunku rzeki. Na poboczu można jeszcze zauważyć stare słupki oddzielające drogę od stromego, kilkumetrowego spadku. Tym szlakiem możemy dotrzeć do najbardziej widocznych pozostałości budynków, rozmieszczonych wśród stromych skał. Największy z nich posiada podpiwniczenie składające się z kilku komór. 

Znaczne oddalenie od miejscowości i bardziej uczęszczanych okolic spowodowało, że piwnice są prawie nie zaśmiecone, a sam obraz ruin, pozbawionych tych najbardziej niesympatycznych śladów ludzkiej obecności, sprawia bardzo malownicze wrażenie. To właśnie tu, jak chce przekazywana wśród części rozmówców legenda, miały znajdować się wloty do podziemi, połączone kanałami prowadzącymi do koryta Bobru. Co ciekawe, poziom rzeki waha się o kilka metrów - niekiedy pozostawiając na powierzchni jedynie fragmenty, a czasem, kiedy woda opadnie, w całości ukazując pozostałości po różnego rodzaju technologicznej infrastrukturze. Widok ten każdego obserwatora - miłośnika historii, nie pozostawia obojętnym.

Choć chcielibyśmy dłużej pozostać wśród domniemanych śladów tajemniczej produkcji i doświadczalnych "zbiorników testowych" dla okrętów, rzeczywistość okazała się nieubłagana. Mimo rzetelnego sprawdzenia ruin, piwnic, przemurowań i wchodzących w zbocze niewielkich komór, żadne z nich nie wyglądało, aby miało cokolwiek wspólnego z tajemniczą wojenną produkcją.

Ruiny stanowią pozostałości zabudowań fabrycznych bądź mieszkalnych, typowych raczej dla architektury początku XX w. niż związanych z surowymi, betonowymi strukturami drugowojennych obiektów. Teoria o produkcji i wodowaniu miniaturowych okrętów, od samego początku niezbyt poważna, nie wytrzymała pierwszej, terenowej próby weryfikacji. Wszystkie wskazywane nam miejsca, związane jakoby z tajemniczymi kanałami bądź komorami, okazały się mieszaniną pobożnych życzeń i autentycznych pozostałości po procesie produkcyjnym, jaki miał tu miejsce jeszcze przed I wojną światową.

Fabryka papieru


Trudno dokładnie określić, kiedy w opisywanym miejscu, położnym u zbiegu rzek Kamienicy i Bobru, rozpoczęła się produkcja związana z wytwarzaniem papieru. Śląski, przedwojenny informator gospodarczy podaje, że miało to miejsce jeszcze w 1865 roku. W drugiej połowie XIX w. była to prawdopodobnie ścieralnia produkująca tzw. ścier - włóknisty półprodukt powstający z drewna przez rozdrabnianie i mechaniczne ścieranie go na kamieniu.

Do powstawania zarówno tego półproduktu, jak i papieru, niezbędna była woda, dająca energię potrzebną w procesie produkcyjnym, dlatego też budynki fabryczne sytuowano bezpośrednio w pobliżu rzeki. Około 1883 r. w okręgu jeleniogórskim miazgę drzewną wytwarzano aż w 42 zakładach. Jednak spadek cen na półprodukt spowodował, że dużo bardziej opłacalne stało się wytwarzanie finalnego produktu - papieru. W związku z tym, obok ścieralni, zaczęły powstawać papiernie.

Tak stało się również w przypadku Barcinka.

Fabrykę wybudowała w roku 1890 spółka Schubert & Co. Umiejętnie prowadzona działalność szybko się rozwinęła. Na początku XX w. produkowano tu rocznie ok. 5-6 tys. ton papieru. W 1908 r. zakład został wzięty w dzierżawę, a trzy lata później przeszedł na własność swojego dotychczasowego dyrektora, Paula Bartscha, który utrzymał jego starą nazwę związaną ze spółką. Zaledwie kilka lat później w historii papierni nastąpił zwrot, w wyniku którego odnajdujemy obecnie tak wiele tajemniczych śladów w terenie.

W 1913 r. zaplanowano postawienie zapory w Pilichowicach, co spowodować miało podniesienie poziomu rzeki. Zmusiło to nowego właściciela do podjęcia decyzji o przeniesieniu budynków fabryki na niezbyt odległy, ale wyżej położony teren. Nowa fabryka, korzystająca już z prądu dostarczanego przez elektrownię usytuowaną przy zaporze, wyposażona w nowoczesną turbinę i maszyny, rozpoczęła produkcję w 1915 roku. Położone nad wodą budynki starego zakładu zostały częściowo zdemontowane, a w nieco odsuniętej części, zamienione na pracownicze mieszkania. W pobliżu rzeki pozostawiono jedynie m.in. dużą willę właściciela, która dotrwała do końca II wojny światowej. Natomiast zabudowania fabryczne, położne nad samą wodą, zamieniły się w ciągu kilku lat w intrygujące ruiny.

Po 1945 roku, kiedy niemieccy mieszkańcy Bertelsdorf zostali wysiedleni, zarośnięte zakamarki, piwnice i wodne przeszkody zaczęły obrastać legendą, ukoronowaną fantastyczną historią o budowaniu i testowaniu miniaturowych okręcików. Jednak w historii o tajnej produkcji zbrojeniowej, jaka miała mieć miejsce na terenie górnej fabryki papieru, istnieje spora doza prawdy.

Odrzutowa "Salamandra"



Po wybudowaniu nowej fabryki, zakład funkcjonował przez cały okres międzywojenny, chociaż ogólnoświatowy kryzys lat 20. odbił się również i na jego kondycji. W chwili napaści III Rzeszy na Polskę, fabryka należała już od wielu lat do syna Paula - Ericha Bartscha. Ale nie została w jego posiadaniu do 1945 roku. Wg wspomnień dawnego, niemieckiego kronikarza Bertelsdorf, Oswalda Hilgera, w wyniku jakiegoś rodzaju niejasności związanych z umową dzierżawy, Erich Bartsch musiał opuścić fabrykę, której właścicielem stała się enigmatyczna firma z Berlina produkująca armaturę - Schmidtchen & Co. Hilger, który spisywał swoją relację w 1971 r., nie podał już więcej żadnych szczegółów z nią związanych, a te są bardzo ciekawe.

W Archiwum Państwowym we Wrocławiu w zespole Gauwirtschaftskammer (Okręgowej Izby Gospodarczej) znajduje się tajny wykaz ważniejszych zakładów zbrojeniowych przeniesionych w 1944 r. na Dolny Śląsk. W gronie tuzów niemieckiego przemysłu wojennego, takich jak: Daimler Benz, Krupp AG, Lorenz, Telefunken, Focke Wulf, VDM - Luftfahrtwerke AG, znalazła się również firma Schmidtchen & Co.! Trzeba przyznać, że niewielkie i mało znane zakłady produkujące armaturę, zaskakująco dziwnie wyglądają wśród największych niemieckich koncernów zbrojeniowych. Z pewnością obecność w tym elitarnym spisie - ogółem figuruje tam tylko 55 firm - oznaczać może jedno, że firma Schmidtchen zapewne musiała produkować coś więcej niż niewinną armaturę.

Wytropienie śladów jej wojennej działalności okazało się bardzo trudne. Niewątpliwie firma miała główną siedzibę w Berlinie, a jedyną jej filią i najwyraźniej miejscem, gdzie przeniesiono całą produkcję, był właśnie Barcinek.

Ostatecznie udało się nam trafić na poważniejszy ślad, który prowadził do Bundesarchiv. Tam, w zespole związanym z Niemieckim Bankiem Lotniczym, znalazły się raporty finansowe Schmidtchen & Co., określonej jako Präzisionswerkzeugfabrik, czyli fabryka narzędzi precyzyjnych. Wszystko wskazuje na to, że nowy właściciel papierni nie znalazł się tam przypadkowo, ale w ramach całego procesu przenoszenia i rozczłonkowywania produkcji zbrojeniowej na obszarach mniej zagrożonych bombardowaniami.

Firma Schmidtchen, zgodnie z cytowanym raportem, produkowała niewielkie elementy na potrzeby Luftwaffe, a ich rodzaj stanowi zagadkę. Udało się nam jedynie ustalić jedną, konkretną część produkowaną z całą pewnością na terenie Barcinka - ręczną pompę do opuszczania klap w myśliwcu Heinkel He 162 - określanego często nazwą "Salamander" lub "Volksjäger".

Okazało się, że przedstawiona na początku artykułu relacja p. Roberta Skorupskiego jest w dużej mierze zgodna z prawdą! Rzeczywiście na terenie fabryki produkowano części do "tajnego niemieckiego samolotu", bo za taki można śmiało uważać odrzutowy He 162, drugi z niemieckich myśliwców o takim napędzie, wprowadzony do masowej produkcji. Samolot był produkowany praktycznie do końca działań wojennych, głównie w podziemnej fabryce umieszczonej w nieczynnej, austriackiej kopalni gipsu w Hinterbrühl. Wg różnych źródeł wyprodukowano od 100 do 300 gotowych samolotów, a dalszych kilkaset pozostawało w różnym stadium produkcji.

Podziemna fabryka?



Bertelsdorf został zajęty przez Armię Czerwoną już po kapitulacji III Rzeszy. Jeszcze 8 maja niewielki oddział SS - Sprengkommando, mimo protestów mieszkańców, wysadził dwa mosty w Barcinku. Jeden w centrum miejscowości, drugi tuż przy zaporze. To był ostatni akord wojny.

Fabryka prawdopodobnie funkcjonowała do samego końca działań wojennych, a następnie została zajęta przez Rosjan. Niestety, żadne ze źródeł dotyczących powojennych remanentów, przejmowania niemieckich fabryk zbrojeniowych, nie wspomina o Barcinku.

Milczą na ten temat drobiazgowe raporty przedstawicieli Delegatury Zachodniej Centralnego Zarządu Przemysłu Zbrojeniowego mającej swoją siedzibę w niedalekiej Jeleniej Górze. Nie wspominają o nim także raporty delegatów Zjednoczenia Przemysłu Lotniczego ani inżynierów z Przedsiębiorstwa Poszukiwań Terenowych, poszukujących również nieznanych podziemi pod fabrycznymi zespołami. Być może produkowane tu części były zbyt mało rozpoznawalne, jako segmenty samolotów, aby mogły zainteresować przemysł lotniczy, a może wszystkie maszyny i produkowane elementy zostały wywiezione przez Armię Czerwoną.

Ostatecznie teren fabryki został przejęty przez szereg przedsiębiorstw państwowych, a profil produkcji, czy funkcji, jakie pełniły budynki, zmieniał się kilkanaście razy w ciągu następnych dziesięcioleci. Co ciekawe, kwestie nieznanych podziemi nie pojawiały się w żadnym oficjalnym piśmie, jedynie wśród wspomnień i relacji byłych pracowników. Czy mogą one być prawdziwe? Analiza dostępnych materiałów stawia to zagadnienie pod znakiem zapytania.

Fabryka w Bertelsdorf/Barcinku nie pojawia się w żadnej niemieckiej dokumentacji, odnoszącej się do planowanych, bądź faktycznych podziemnych fabryk zbrojeniowych. Cytowany wcześniej zapis, dotyczący zakładów przeniesionych na Dolny Śląsk, odnosi się bowiem do fabryk naziemnych. Oczywiście decyzję o wykorzystaniu, czy wykonaniu części podziemnej, można było podjąć później. W takim przypadku niezbędni byli fachowcy i siła robocza - więźniowie obozów pracy. Jednak nic nie wskazuje na to, aby w Barcinku znalazło się jakiekolwiek przedstawicielstwo Organizacji Todt bądź filia obozów pracy.

Jedynym wyjątkiem były dwa komanda jeńców nieustalonej narodowości - nr 306 i 351 ze Stalagu VIII A Görlitz (Zgorzelec). Jeńcy z komanda nr 351 pracowali w odlewni w centrum miejscowości, a niewykluczone, że drugie komando było skierowane do pracy w fabryce firmy Schmidtchen & Co. Jednak nie mogło ono liczyć więcej niż kilkadziesiąt osób. To zdecydowanie za mało, aby wykuwać większe partie podziemi, a dodatkowo, przez cały czas, prowadzić produkcję na bieżące potrzeby.

Relacje p. Skorupskiego, jak i innych powojennych pracowników zakładów są zgodne, że jakiegoś rodzaju "tunele i podziemia" pod fabryką istnieją. Czy są to tylko kanały technologiczne związane ze starą fabryką papieru? A może jednak enigmatyczna firma Schmidtchen pozostawiła po sobie ślad inny niż wzmianki w dokumentach? Wystarczyłoby sprawdzić kilka ze wskazanych nam punktów w obrębie górnego zakładu, nasz georadar nie powinien mieć żadnego problemu z określeniem przebiegu podziemnej infrastruktury.

Niestety, kierownictwo i właściciele obecnych zakładów ARF kategorycznie nie wyrażają zgody na żadnego rodzaju badania. Tym samym, mimo iż udało się nam doprecyzować wiele szczegółów z historii Barcinka i ruin "Boberloch", jej pełne zakończenie musi jeszcze poczekać.

Gorąco zachęcamy do odwiedzenia samego Barcinka, Parku Krajobrazowego Doliny Bobru i ruin starej fabryki, jest to jeden z piękniejszych rejonów naszego kraju. Naprawdę warto. Szukajcie nas na facebooku pod hasłem GEMO

Łukasz Orlicki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje