Tragedia „Stuttgartu”

Storpedowany „Wilhelm Gustloff” tonął w ciemnościach mroźnej, styczniowej nocy, a jego pasażerowie masowo umierali w lodowatych wodach Bałtyku. Tragedia trafionego bombą „Stuttgartu” rozgrywała się na oczach setek ludzi podczas ciepłego, październikowego dnia w porcie gdyńskim.

Zatopienie "Gustloffa" wielu uważa za zbrodnię wojenną, chociaż zgodnie z prawem międzynarodowym nie była to zbrodnia. Z tego samego punktu widzenia zbombardowanie "Stuttgartu" było zbrodnią wojenną, chociaż nigdy za taką nie zostało oficjalnie uznane.

Reklama

Korzystając z ciepłej, niemal letniej pogody tamtego październikowego dnia, grupa gdyńskich nastolatków bawiła się na wzgórzach Oksywia, które Niemcy przemianowali na Oxhöft. W pewnej chwili rozległy się dźwięki syren przeciwlotniczych. Alarm! Chłopcy nie szukali schronów. Zwyciężyła ciekawość, a tego, co wtedy widzieli, nie dane im było zobaczyć już nigdy więcej...

Ze szczytu oksywskiego wzgórza rozciągała się bowiem panorama na port i Zatokę Gdańską, które nagle - ku ich przerażeniu - zaczęły znikać. Budynki, dźwigi, nabrzeża i cumujące w porcie okręty pochłaniała błyskawicznie rozprzestrzeniająca się sztuczna mgła. Nim zakryła wszystko, na Oksywie spadły pierwsze bomby. Była sobota, 9 października 1943 roku.

Okrutny los nie oszczędzi tym dzieciom niczego. Gdy odlecą amerykańskie bombowce, a sztuczna mgła opadnie, zobaczą coś, co przez następne lata śnić im się będzie po nocach.

Inwestycja w trolejbusy

Nie można sobie było pozwolić na żadne ryzyko. Liczyło się przede wszystkim bezpieczeństwo Führera więc i podjęte środki musiały być nadzwyczajne. Na kilka godzin ze znacznej części Gdyni, którą Niemcy nazywali Gdingen, trzeba było wysiedlić tysiące Polaków, by 21 września 1939 roku na pilnowane przez żołnierzy Wehrmachtu puste ulice miasta, mogła ze sporą prędkością wjechać kolumna opancerzonych, trzyosiowych mercedesów, eskortowanych przez lekkie samochody pancerne.

To Adolf Hitler ze swą świtą przyjechał na inspekcję dopiero co zdobytego przez Niemców miasta. Wojskowi pokazali Führerowi miejsca niedawnych walk, a następnie, w centrum miasta, przed gmachem byłego Komisariatu Rządu RP ogłosił on światu, że od tej pory Gdingen będzie niemieckim Gotenhafen.

Jak w dziesiątkach innych miejscowości byłego województwa pomorskiego, tak i przez Gdynię przetoczyła się fala antypolskich represji: aresztowań, egzekucji i w końcu wysiedleń do Generalnego Gubernatorstwa. Gdy umilkły echa strzałów plutonów egzekucyjnych, a wielu prominentnych Polaków zagoniono do budowy obozu karnego koło rybackiej wioski Stutthof (od 1942 roku obozu koncentracyjnego), kierowana przez gauleitera NSDAP Alberta Forstera administracja Okręgu Rzeszy Danzig-Westpreussen (Gdańsk-Prusy Zachodnie) zaczęła prowadzić dość łagodną politykę narodowościową. Przeciwko temu wielokrotnie protestował komisarz Rzeszy do spraw umacniania niemczyzny, Reichsführer SS Heinrich Himmler, ale za każdym razem Hitler brał stronę Forstera.

Mijały kolejne dni, tygodnie, miesiące. Gdzieś toczyła się wojna, ginęli ludzie, płonęły miasta, ale omijała ona Gdynię. Jedynie w nocy z 27 na 28 sierpnia 1942 roku Gotenhafen przeżyła nalot bombowców RAF. Brytyjczycy za wszelką cenę chcieli dopaść i zatopić nieukończony lotniskowiec "Graf Zeppelin", który od 1940 roku - z przerwą w połowie 1941 - cumował w Gdyni.

Nalot nie wyrządził praktycznie żadnych poważniejszych szkód, a lotniskowiec nie został nawet draśnięty. Rządzona przez nadburmistrza Horsta Schlichtinga Gdynia rozwijała się dość dynamicznie, jak na warunki proklamowanej późną zimą 1943 roku wojny totalnej. Rozwijała się stocznia, rozbudowywano port, a miasto zafundowało sobie nowy rodzaj komunikacji miejskiej. Wprawdzie ze względów oszczędnościowych w Gotenhafen zrezygnowano z trakcji tramwajowej, której budowa pochłonęłaby tysiące ton stali na szyny torowisk, znaleziono za to pieniądze na komunikację trolejbusową.

Na Adolf Hitler-Strasse (ul. Świętojańska) i ulicach wiodących na główny dworzec kolejowy, i dalej w kierunku Kielau (Chylonii), ustawiono słupy, zawieszono sieć trakcyjną i 18 września 1943 roku pierwszy trolejbus pokonał kilkukilometrową trasę od gmachu obecnego Urzędu Miasta do dworca kolejowego Gdynia-Chylonia.

W tym czasie wydany był już wyrok na obiekty wojskowe i przemysłu zbrojeniowego nie tylko w Gotenhafen, ale także w Danzig i niedalekim Marienburgu (Malborku). Specjaliści z 8. Floty Powietrznej USA studiowali zdjęcia lotnicze tych miast, wybierając cele, które w najbliższych dniach trzeba będzie zniszczyć. W nalocie na północno-wschodnie ziemie ówczesnej Rzeszy, przeprowadzonym wczesnym popołudniem w sobotę 9 października 1943 roku, wzięło udział 378 samolotów amerykańskich, w tym bombowce B-17 i B-24. 163 maszyny zbombardowały cele w Gdańsku i Gdyni, a pozostałe poleciały nad Malbork, gdzie obróciły w perzynę 90 procent tamtejszej montażowni samolotów Focke-Wulf. W tamtą sobotę 8. Flota Powietrzna USA straciła 28 bombowców.

Zniszczenie malborskiego zakładu zbrojeniowego było ewidentnym sukcesem Amerykanów. Naczelny dowódca Luftwaffe, marszałek Rzeszy Hermann Göring, pieklił się: "Dłużej tak być nie może! Należy natychmiast przekazać odpowiednie wytyczne ministrowi [Albertowi] Speerowi, żeby rozpoczął budowę sześciu podziemnych fabryk produkujących samoloty myśliwskie".

W Gdańsku i Gdyni takich sukcesów jak w Malborku nie było, chociaż w strefie portowo-przemysłowej Gotenhafen zniszczono lub poważnie uszkodzono wiele ważnych obiektów - od końcowego odcinka magistrali kolejowej Śląsk-Gdynia po dawną Stocznię Gdyńską, która jako Alte Werft spełniała rolę stoczni remontowej. Amerykańskie bomby zatopiły 7 statków handlowych, a 5 poważnie uszkodziły. Wśród nich były także jednostki szwedzkie, fińskie i duńskie. Całkowicie zniszczono okręt-bazę U-Bootów, holownik, ścigacz i pływający dok o wyporności 25 tys. BRT. Nie zniszczono żadnego ważnego okrętu Kriegsmarine, chociaż w tym czasie było ich w porcie gdyńskim siedem.

Bomby nie spadły też na żaden z wielkich doków pływających. W książce "Gotenhafen" Izabela Żukowska, w zbeletryzowanej formie, tak opisała amerykański nalot na Gdynię: "Najpierw pojawił się dźwięk. Jak napływająca z zachodu chmura. Niski, dudniący łomot setek silników nadlatujących na miasto sprawił, że ziemia pod stopami zaczęła lekko drżeć. Drzewa zaszeleściły, brązowiejące liście zaczęły opadać gęsto z suchych gałęzi. Dźwięk był coraz bliższy i coraz głośniejszy. Powoli zagłuszał wszystko, co słychać było dotąd. Zagłuszał odgłosy stoczniowych prac i wycie syren, które rozległy się nad miastem".

Miastem, które powoli chowało się pod białą pierzyną sztucznej mgły. I nad nią wkrótce pojawiły się samoloty. "Leciały - pisała dalej Izabela Żukowska - w równym szeregu, wynurzając się znad wzniesienia, które opadało w zamgloną dolinę kryjącą port i miasto, przesuwały się majestatycznie po słonecznym niebie, którego ponad Gotenhafen nie zasnuwały żadne chmury. To niebo robiło się coraz ciemniejsze, coraz bardziej znaczone sylwetkami bombowców, które obniżając pułap, zawisły nad ukrytym we mgle miastem i w końcu rozpoczęły atak. W białą chmurę runęły bomby, lecące jak ciężkie krople listopadowego deszczu. Uwalniane z luków bombowych wpadały w tę sztucznie stworzoną pierzynę, spod której rozbrzmiewał huk, przerywany dobiegającymi spod niej krótkimi seriami działek artylerii przeciwlotniczej. (...) Kolejne bomby spadały na Gotenhafen, które dusiło się teraz własnym dymem, unoszącym się coraz wyżej ponad sztuczną mgłą".

Ksiądz Klemens Przewoski, proboszcz z Oksywia, tak skutki tego nalotu opisał we wspomnieniach opublikowanych przez "Rocznik Gdyński" z 1991 roku: "Spustoszenie w Gdyni było straszne, ulice zawalone rumowiskiem. Na ulicach trupy, części ludzkich ciał, które Niemcy natychmiast kazali zbierać i składać do skrzyń".

Ksiądz proboszcz przesadził w opisie skutków bombardowania, jednostkowe przypadki rozciągając na całą Gdynię. Amerykanie wszak znakomicie wiedzieli, że bombardują polskie miasto zamieszkałe w większości przez Polaków. I z tego względu do zniszczenia wybrali tylko cele militarne związane z bazą Kriegsmarine, przemysłem wojennym i komunikacją kolejową. Sztuczna mgła wprawdzie utrudniła to zadanie, ale zniszczenia w samym mieście były minimalne.

Kłębowisko ludzkich głów i rąk

                  

Amerykanie mieli zniszczyć wybrany obszar Gotenhafen, więc nikt z załóg B-17 i B-24 nie bawił się w jakieś precyzyjne celowanie. Otwierali luki i bomby leciały w dół. Przede wszystkim na port. Jedna z nich spadła na dawny statek pasażerski "Stuttgart", który z chwilą wybuchu wojny stał się pływającym szpitalem.

Wprawdzie Lazaretschiff C pomalowany był na biało, a jego nazwa widniała w wykazie statków szpitalnych, to jednak podczas postoju w Gotenhafen "Stuttgart" częściowo osłonięto siatkami maskującymi. Ten fakt do dzisiaj wyciągają zwolennicy spiskowej teorii dziejów, którzy uważają, że była to zakamuflowana baza okrętów podwodnych. "Załadowany torpedami, amunicją i paliwem był gotowy do wyjścia na Atlantyk.

Gdy wybuchł na nim pożar, w obawie przed nieobliczalnymi skutkami dla całego portu i miasta, pospiesznie wyholowano go na redę i zatopiono" - na łamach "Rocznika Gdańskiego" w 1991 roku, w artykule "Samoloty nad Gotenhafen", pisał historyk z Akademii Marynarki Wojennej, dr Aleksy Kaźmierczak. Nikt nigdy nie znalazł jakichkolwiek dowodów na potwierdzenie tych słów: dokumentów niemieckich i ewentualnie relacji świadków z grona wysokich rangą oficerów Kriegsmarine.

Abstrahując już od tego, że "Stuttgart" jako dawny statek pasażerski nie nadawał się na tego typu jednostkę zaopatrzeniową floty podwodnej, zachowały się relacje świadków, którzy widzieli tragedię ginących na ich oczach ludzi uwięzionych na płonącym statku szpitalnym. Oprócz personelu medycznego byli to ciężko ranni weterani walk w Związku Radzieckim. Wraz z załogą statku szpitalnego na pokładzie "Stuttgartu" było prawie 1000 osób. Tylko jakiś fantasta może wyobrazić sobie niebezpieczny rejs na Atlantyk z zaopatrzeniem dla U-Bootów z prawie 500 ciężko rannymi żołnierzami na pokładzie. Wszak tego faktu nawet w III Rzeszy nie dałoby się ukryć, a rodziny rannych rozszarpałyby za to dowództwo Kriegsmarine.

Siostra Czerwonego Krzyża z Hamburga w liście do przyjaciółki tak opisała tamtą październikową sobotę w Gotenhafen: "W trakcie obiadu zawołano dwie pielęgniarki, aby poszły na salę operacyjną. Kto by pomyślał, że nigdy już ich nie ujrzę. Wkrótce ogłoszono alarm przeciwlotniczy. Wszystkie pielęgniarki zostały na swoich miejscach. Byłyśmy przekonane, że oznakowany statek szpitalny nie będzie atakowany. Stało się coś strasznego. Zostaliśmy trafieni kilkoma bombami i statek został mocno uszkodzony. Jeden z pocisków wybuchł w sali szpitalnej. Lekarze nie przerwali operacji podczas nalotu. Wszyscy, którzy tam byli, zginęli na miejscu".

Los autorki listu świadczy, że część z obecnych na pokładach "Stuttgartu" w chwili rozpoczęcia bombardowania uratowała się. Miała bardzo dużo szczęścia, bo niemieckie publikacje zgodnie podkreślają, że prawie wszyscy zaokrętowani na tej jednostce zginęli. Dotyczy to przede wszystkim pacjentów. Pożar, który wybuchł na statku, rychło odciął drogi ucieczki. Poza tym ciężko ranni nie mogli sami chodzić. Do okien dotarli tylko najsilniejsi lub pielęgniarki, które przerażająco wołały na pomoc. Bulaje zaś były za małe, by się przez nie przecisnąć i ratować skokiem do wody. Waldemar Kohnke miał wówczas 10 lat i agonię "Stuttgartu" oglądał z bliska.

W 2008 roku tak wspominał w artykule opublikowanym w trójmiejskim wydaniu "Gazety Wyborczej": "Zbiegliśmy zaciekawieni z góry, bo gdy odleciały samoloty, zobaczyliśmy smolistą smugę. Na dole zrozumieliśmy, co się dzieje. Wycie ludzi roznosiło się po zmasakrowanym bombami porcie. Skamieniali staliśmy wpatrzeni w białą burtę, w wielki czerwony krzyż. Olbrzymi słup ognia strzelający z nadbudówki na rufie sięgał nieba, a mniejsze jęzory omiatały cały pokład. Z otwartych bulajów wystawało kłębowisko ludzkich głów i rąk. I ten krzyk o pomoc: »Hilfe!, Hilfe«! Jeszcze dziś widzę płonący pokład i białe łokcie, które próbują przez za małe bulaje wydostać się na wolność. Tego nie można zapomnieć".

Wkrótce na rozkaz komendanta gdyńskiej bazy, kontradmirała Joachima Platha, holowniki wyprowadziły płonący statek szpitalny z portu na redę, gdzie został zatopiony ogniem z 88-milimetrowych dział dozorowców Kriegsmarine. Stało się tak nie dlatego, że obawiano się eksplozji torped lub paliwa dla U-Bootów, bowiem na "Stuttgarcie" ich nie było, ale z powodu paliwa, jakim był on napędzany. A był to mazut, który w wysokiej temperaturze eksploduje niemożliwą do ugaszenia substancją oblewając wszystko wokół. Gdyby "Stuttgart" wybuchł w porcie, zniszczenia byłyby prawdopodobnie większe niż te, które spowodowały amerykańskie bomby.

Wyrok na Gotenhafen

W następnych dniach rozgorzała niemiecko-amerykańska wojna propagandowa na temat przyczyn zbombardowania "Stuttgartu". Ostatecznie Niemcy odstąpili od oskarżenia Amerykanów o zbrodnię wojenną. W piśmie Naczelnego Dowództwa Kriegsmarine do Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzeszy z 30 grudnia 1943 roku czytamy m.in.: "Dane rządu amerykańskiego wskazują, że w sąsiedztwie »Stuttgartu« znajdowały się także inne jednostki pływające. I pożałowania godne trafienie było efektem ataku na tamte okręty wojenne. Temu nie możemy zaprzeczyć. Do tego dochodzi to, że »Stuttgart« był w kamuflażu od strony morza. Więc Amerykanie przy dalszej wymianie not dyplomatycznych mogliby podnieść argument, że ich lotnicy nie mogli rozpoznać »Stuttgartu«. Przy tym stanie faktycznym i prawnym celowe wydaje się odstąpienie od dalszej wymiany not. Tym bardziej, że efekt propagandowy już osiągnięto i rzecz stała się głośna w prasie międzynarodowej".

Gdy przedostatniego dnia 1943 roku powyższe pismo oficer Kriegsmarine dostarczał do gmachu MSZ przy Wilhelmstrasse w Berlinie, w Gotenhafen w najlepsze trwało usuwanie szkód po październikowym bombardowaniu. W marcu 1944 roku wszystkie gdyńskie zakłady przemysłu zbrojeniowego w poziomie produkcji wróciły do stanu sprzed amerykańskiego nalotu.

Jesienią 1944 roku dla nikogo nie było tajemnicą, że ziemie przedwojennej Polski wpadną w ręce Rosjan. I że wśród wielu innych miast zajmą oni także Gdynię z jej rozbudowanym przez Niemców przemysłem stoczniowym. Czy u podstaw decyzji o brytyjskim nalocie na Gotenhafen leżała chęć zniszczenia tej nadbałtyckiej bazy Kriegsmarine, by nie dostała się ona jako łup wojenny Armii Czerwonej? A może - bo i tego wykluczyć nie można - Brytyjczycy obawiali się, że w ostatnich miesiącach wojny nastąpi powrót morskiej potęgi Rzeszy, do którego to powrotu walnie przyczyni się Gdynia z jej rozbudowaną infrastrukturą wojenną? Prawdopodobnie na oba pytania trzeba udzielić odpowiedzi pozytywnej.

W każdym razie 236 bombowców Królewskich Sił Powietrznych wyrok na Gotenhafen wykonało w nocy z 18 na 19 grudnia 1944 roku. W upiornej scenerii, przy migoczącym świetle opadających na spadochronach flar, zwanych "choinkami", brytyjskie bomby spadały na najważniejsze cele: dwa duże doki pływające i kilka mniejszych, na stoczniowe hale produkcyjne, magazyny i warsztaty, a także na tory kolejowe i drogi łączące port z miastem.

Bomby zapalające spadły m.in. na stary pancernik "Schleswig-Holstein", którego strzały oznajmiły światu wybuch II wojny światowej. Na okręcie wybuchł pożar. Eksplozje bomb burzących spowodowały zawalenie się dużego schronu przeciwlotniczego na terenie stoczni. W ułamku sekundy zginęło wielu wykwalifikowanych niemieckich inżynierów - kierownicza kadra gdyńskiej bazy Kriegsmarine. Do końca hitlerowskich rządów w Gotenhafen nie odbudowano już najważniejszych obiektów produkcyjnych tejże bazy. I tylko gdyński port w dniach wielkiej ucieczki Niemców ze wschodnich prowincji Rzeszy odegra jeszcze bardzo ważną rolę. To stąd w swój ostatni rejs wypłynie "Wilhelm Gustloff". Ale to już inna i na ogół znana historia.


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje