Zbrodnia w Poppenhausen. Musicie na to patrzeć... (cz. 1)

W maju 1942 roku na terenie jednego z powiatów Turyngii odbyła się masowa egzekucja 20 Polaków. Był to odwet za zamordowanie miejscowego żandarma, który zginął z rąk dwóch polskich robotników przymusowych. Na szubienicy został powieszony jeden ze sprawców oraz 19 więźniów obozu koncentracyjnego przywiezionych z oddalonego aż o 180 km Buchenwaldu.

Oprawcy nigdy nie zostali ukarani, a pamięć o zbrodni pielęgnuje i dokumentuje od wielu lat miejscowy działacz społeczny i polityczny. Dociera do świadków, kompletuje dokumentację, co roku organizuje uroczystości rocznicowe. Mimo że udało mu się zrekonstruować przebieg i okoliczności dramatycznych wydarzeń sprzed 70 lat, wciąż brakowało odpowiedzi na najważniejsze pytania tej tragicznej historii.

Reklama

Kim były ofiary? Czy rodziny kiedykolwiek dowiedziały się o losie swych najbliższych?

Chcąc to ustalić, musiał pozyskać partnera w naszym kraju, który by wspomógł jego poszukiwania. A w świetle wciąż dla wielu obopólnie trudnych relacji między Polską a Niemcami, w kwestii zbrodni i okrucieństw II wojny światowej, wymagania były szczególne. Jak się okazało, jego metodyczne podejście przyniosło oczekiwany efekt.

Z Urszulą Banach spotykamy się w opustoszałym, z powodu ferii zimowych, Zespole Szkół Technicznych w Kolnie, gdzie pracuje jako nauczycielka języka niemieckiego. Naszym gospodarzem jest dyrektor placówki p. Eugeniusz Gromadzki. Za chwilę dowiemy się intrygujących szczegółów wielowątkowej historii, której poznanie zawdzięczamy niemieckiemu społecznikowi i polskiej nauczycielce, która świadoma wagi tej historii, zaangażowała się w nią z pełnym poświęceniem i detektywistyczną pasją.

Izabela Kwiecińska, Piotr Maszkowski: Gdzie upatrywać początku tej historii, która z tego co się orientujemy, nie ma nic wspólnego z Kolnem, czy nawet jego dalszymi okolicami.

Urszula Banach: - Było to dla mnie, podobnie jak dla Państwa zapewne jest, zaskoczenie. Pod koniec 2012 roku przeglądając któregoś listopadowego dnia skrzynkę pocztową, zauważyłam skierowaną do mnie, w języku niemieckim, informację od niejakiego Bernda Ahnicke. Zdziwiłam się, bo wcześniej zupełnie nie miałam z nim kontaktu, a jego nazwisko nic mi nie mówiło. Pan Ahnicke napisał, że szuka w naszym kraju szkoły partnerskiej, która byłaby gotowa zrealizować wspólny, polsko-niemiecki projekt historyczny dotyczący II wojny światowej. Początkowo podeszłam do jego propozycji dość sceptycznie, po pierwsze nie znałam tego człowieka, po drugie nie jestem historykiem tylko germanistką, i choćby z tego względu wydawało mi się, że niewiele mogę pomóc.

- Zastanowiło mnie również, dlaczego z tą propozycją zwrócił się akurat do mnie, pomijając już fakt znajomości mojego adresu e-mailowego... Wkrótce wszystko się wyjaśniło, jak to w życiu bywa, naszą współpracę zainicjował zbieg przypadków. Okazało się, że moje dane figurują w bazie nauczycieli realizujących polsko-niemieckie projekty edukacyjne oraz międzynarodowe programy wymian młodzieży. Organizuję w swojej szkole przedsięwzięcia tego typu od 2010 roku, m.in. współpracując z Polsko-Niemiecką Współpracą Młodzieży. Pan Ahnicke zwrócił się więc do kilku osób, których dane znajdowały się w owej bazie, nie kierując się jakimś szczególnym kryterium. Moje nazwisko, Banach, zapewne widniało na samej górze listy, a moja szybka reakcja na e-maila p. Ahnicke zadecydowała. Tego samego dnia bowiem odpisałam mu, prosząc o podanie szczegółów tego projektu. Jak mówił później, mój błyskawiczny odzew spowodował, że uznał mnie za perspektywicznie solidnego partnera. W trakcie dalszej wymiany korespondencji, zaprezentował założenia planowanego projektu, które wydały mi się niezwykle interesujące.

Czego dokładnie miał dotyczyć?

- Pan Bernd Ahnicke realizuje społecznie w Realschule w Heldburgu projekt historyczno-badawczy "Nigdy więcej wojny", poświęcony zbrodniom nazistowskim popełnionym w czasach narodowego socjalizmu na terenie powiatu Hildburghäuser w Turyngii. Największą z nich była masowa egzekucja 20 Polaków przeprowadzona w Poppenhausen w maju 1942 roku, na temat której zebrał obszerny materiał źródłowy. Na początku nie zdradzał jednak szczegółów tej sprawy, ja się też nie dopytywałam, skupiając się na organizacji programu jego wizyty - bo takowa została w trakcie wcześniejszych ustaleń zaplanowana. W jej trakcie mieliśmy zapoznać stronę niemiecką z Miejscami Pamięci Narodowej w okolicach Kolna związanymi z II wojną światową.

To zapewne niezwykle trudne wyzwanie, by zaprezentować gościom zza zachodniej granicy tak dramatyczne świadectwa przeszłości, w rejonie, gdzie wojna odcisnęła szczególnie tragiczne piętno.

- To prawda, dlatego program wizyty był bardzo przemyślny. Do Kolna pan Ahnicke przyjechał w czerwcu 2013 roku z czterema uczennicami z Realschule w Heldburgu. Pokazaliśmy im m.in. cmentarz leśny w nieodległym od Kolna Jeziorku. W 1942 roku Niemcy zamordowali tam ok. 60 pensjonariuszy domu opieki w Pieńkach Borowych, rok później, tyleż samo więźniów politycznych z więzienia w Łomży oraz podobną ilość zakładników wywodzących się z łomżyńskiej inteligencji, rozstrzelanych w odwecie za działalność partyzancką na terenie Okręgu Białostockiego. Na miejscu, przy obelisku, odczytany został wzruszający list p. Tadeusza Rydzewskiego, jedynego żyjącego obecnie świadka tej masakry. Byliśmy również na terenie działającego w latach 1941-1944 obozu przejściowego w Boguszach-Prostkach dla jeńców wojennych, Żydów z likwidowanych gett Podlasia i Litwy oraz Polaków. Na młodzieży z Niemiec całość przygotowanego programu zwiedzania wywarła piorunujące wrażenie, z pewnością dla obu naszych stron było to trudne doświadczenie, któremu jednak sprostaliśmy.

Jednak właściwa współpraca miała się dopiero rozpocząć...

- Przede wszystkim wizyta ta była swojego rodzaju testem, w jej trakcie docieraliśmy się, jako przyszli partnerzy. Pan Ahnicke zdawał sobie wcześniej sprawę z potencjalnych trudności i różnic, jakie nas dzielą w kwestii burzliwej przeszłości. Spędziliśmy razem kilka dni, jednak był to czas wystarczający, by się dobrze poznać, nabrać zaufania, a także wymienić doświadczenia i poglądy. Nawiązała się nić sympatii zarówno pomiędzy nami, jak i młodzieżą.

W Niemczech, z oczywistych względów, temat zbrodni hitlerowskich jest tematem trudnym i niezbyt często poruszanym. Na tym tle działalność pana Ahnicke zdaje się należeć do rzadkości. Co zatem zadecydowało, że poświęcił się badaniu tak złożonego, zwłaszcza w ujęciu lokalnym, zagadnienia?

- Bernd Ahnicke ma 66 lat, więc należy do pokolenia wychowanego już po wojnie, któremu nie do końca rozliczona przeszłość epoki narodowego socjalizmu, ciąży na sumieniu. Traktuje czasy hitlerowskie jako przestrogę i źródło zła, które nie powinno się nigdy odrodzić. Ma głęboką świadomość i wewnętrzną potrzebę głoszenia prawdy o zbrodniach II wojny światowej, Holokauście i współczesnym wizerunku tych wynaturzeń. Nie są to tylko jego przekonania, ale również wieloletnia i aktywna działalność społeczna, polityczna i edukacyjna, m.in. w organizacjach antyfaszystowskich przeciwdziałających ruchom neonazistowskim w Turyngii.

- Obecnie jest na emeryturze, wcześniej pracował jako mistrz budowlany, był również radnym z ramienia partii Die Linke (niemiecka lewicowa partia polityczna) w Hildburghausen. Od lat bada zbrodnię popełnioną przez Niemców na terenie Poppenhausen, lecz jest to jedna z wielu spraw, którymi się zajmuje. Bez wątpienia dotyczy jednak największego przestępstwa wojennego, jakie miało miejsce na terenie jego powiatu w czasach II wojny światowej.

Zbrodnia ta pozostaje chyba do dziś w cieniu innych, zaś w Polsce niewiele o niej wiadomo. Co udało się w tej sprawie ustalić?

- Gdy w kwietniu 1945 roku Amerykanie wkroczyli do Buchenwaldu, przejęli dokumentację obozową, której załoga nie zdążyła zniszczyć. Wkrótce materiały te trafiły do Stanów Zjednoczonych, lecz po wojnie systematycznie były zwracane do Niemiec. Wśród nich znajdowały się również archiwalia dotyczące egzekucji 19 polskich więźniów obozu w Buchenwaldzie, przeprowadzonej w oddalonej o 180 km miejscowości Poppenhausen 11 maja 1942 roku. Była to zarówno dokumentacja zdjęciowa, na której zostały utrwalone przygotowania do niej, i jej przebieg, negatywy z aktami zgonu ofiar, a także fragmenty korespondencji prowadzonej w tej sprawie pomiędzy władzami policyjnymi, a komendanturą obozu w Buchenwaldzie.

- Bernd Ahnicke, jako mieszkaniec Hildburghausen, o zbrodni w Poppenhausen usłyszał wiele lat temu, zachowała się bowiem w pamięci jej świadków. Nie mówiono jednak o tym zbyt chętnie. W miejscu egzekucji w latach 60. umieszczona została skromna tablica pamiątkowa poświęcona ofiarom, lecz prawda i okoliczności o egzekucji z biegiem czasu popadały w zapomnienie. Jej sprawcy nigdy nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności, nikt, nigdy, ich nie ścigał. Dziś jest to już zapewne niemożliwe, niemniej, wciąż istnieje możliwość udokumentowania tej historii dla potomnych, oraz oddania właściwej czci jej ofiarom.

- Bernd Ahnicke wiele lat temu rozpoczął kompletowanie rozproszonych źródeł dokumentujących tę zbrodnię. Poszukiwał ich w Niemczech oraz USA, docierał do nielicznie już żyjących świadków egzekucji, przeprowadzał z nimi wywiady. Udało mu się wiele ustalić, jednak wciąż brakowało mu podstawowych informacji - kim byli powieszeni oraz, czy rodziny wiedziały, jaki los spotkał ich najbliższych.

Jakie są znane szczegóły tej tragedii?

- Pochodzący z Themaru miejscowy funkcjonariusz policji porządkowej Albin Gottwald miał 41 lat. W cywilu był wikliniarzem, w żandarmerii oberwachtmeistrem. Jego praca polegała m.in. na kontrolowaniu pracowników przymusowych z Polski, przebywających na robotach w rejonie Hildburghausen. Swoje obowiązki wypełniał z sadystyczną skrupulatnością. Był bardzo mściwy, za drobne uchybienia nakładał wysokie kary, nadużywał władzy, za byle przewinienie bił do nieprzytomności.

- Szczególnie upatrzył sobie i uwziął się na młodego robotnika z Polski Jana So(ó)wkę. Wiemy o nim niewiele. Urodził się w 1922 roku w polskiej rodzinie zamieszkującej Thayngen w Szwajcarii. Był podobno bardzo inteligentny i oczywiście perfekcyjnie mówił po niemiecku. Sowka przyjaźnił się z Mikołajem Stadnikiem, z którym pracował w jednym gospodarstwie. Obaj byli prześladowani przez Gottwalda i niejednokrotnie przez niego pobici. Poprzysięgli mu zemstę. Prześledzili jego trasę z domu do pracy, i w nocy z 26 na 27 kwietnia 1942 roku wspólnie zaczaili się na Niemca. Gdy ten jechał rowerem, napadli na niego, zadając mu 19 ciosów nożem... następnie ukryli jego ciało w gliniance. Wrzucili też tam swoje poplamione krwią ubrania, przykrywając wszystko chrustem. Gdy rano mający wrócić ze służby policjant nie pojawił się w domu, żona wszczęła alarm. Już po pierwszym przeszukaniu przez policję okolic, którymi zwykł wracać, natrafiono na jego zwłoki.

- Znalezione obok ubrania robocze świadczyły, że morderstwa mogli dokonać pracownicy przymusowi. Lecz nie były dowodem. Te pojawiły się dopiero po kilku godzinach. Okazało się, że z jednego z gospodarstw oddaliło się dwóch Polaków, zabierając rower i nowy garnitur bauera. Byli nimi Jan Sowka i Mikołaj Stadnik, którzy przewidując rozwój wypadków uciekli z zamiarem przedostania się do Polski. Mikołajowi Stadnikowi udało się, chociaż jego dalsze losy pozostają do dziś tajemnicą. Jan Sowka został dwa tygodnie później złapany na dworcu kolejowym w Bambergu. 

Konsekwencje nie trudno przewidzieć...

- Tak. Już 6 maja 1942 roku Wydział Policji Państwowej w Weimarze polecił kierownictwu obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie wyselekcjonowanie 19 polskich więźniów, którzy na rozkaz reichsführera SS mieli zostać powieszeni - w ramach odpowiedzialności zbiorowej za zabójstwo niemieckiego policjanta. W tej sprawie oczywiście nie był przewidziany proces.

- Egzekucja publiczna została zaplanowana na 11 maja 1942 roku, w lesie, pomiędzy miejscowościami Poppenhausen i Einöd, dokładnie w miejscu, gdzie został zamordowany żandarm.

- Wydarzeniu władze nadały wymiar propagandowy, obligując do uczestnictwa w nim ok. 800 robotników przymusowych z okręgu Hildburghausen i sąsiednich. Rozkaz brzmiał jak wyrok: musicie na to patrzeć... W makabrycznym spektaklu mieli uczestniczyć także przedstawiciele władz lokalnych i organizacji partyjnych.

- Egzekucja rozpoczęła się o 10:30 rano. Poprzedziło ją przemówienie funkcjonariusza SS ku przestrodze, aby nikt więcej nigdy nie ośmielił się podnieść ręki na Niemca.

- Co dwie minuty wieszano kolejnych więźniów, najmłodszy miał 19 lat, najstarszy 37. Na końcu powieszono Sowkę, który musiał się przyglądać śmierci niewinnych ludzi...

- Gdy już wszystkich powieszono, przyszła na niego kolej... Zawiązano mu na szyi pętlę tak, by umierał najdłużej. Świadkowie zeznali, że konał ponad 6 minut.

- Po egzekucji zwłoki załadowano na ciężarówki, lecz nie od razu nastąpił ich wywóz do Buchenwaldu. Oprawcy zajechali na rynek w Hildburghausen, gdzie umyli ręce przy studni, a następnie, udali się do miejscowej restauracji na obiad. Tam, w doskonałych humorach, śmiali się i żartowali, m.in. z wymiotującego podczas egzekucji starosty. Zwłoki ofiar najprawdopodobniej zostały spalone w obozowym krematorium.

Nie trzeba wyobrażać sobie przebiegu tej zbrodni, by poczuć grozę. Wystarczająco sugestywne są zdjęcia wykonywane w jej trakcie...

- Tak, ten makabryczny spektakl został udokumentowany. Do dziś zachowały się zdjęcia z przygotowań i przebiegu egzekucji wykonane przez lokalnego fotografa. Nie tylko z egzekucji. Również utrwalone zostały na kliszy wizerunki kilkudziesięciu robotników przymusowych, których ściągnięto z całego powiatu. Ku przestrodze. Podobno każdy z nich musiał zapłacić za ich wykonanie z własnej kieszeni...

- Świadkowie tego zdarzenia już dziś w większości nie żyją, jej sprawcy zapewne również. Niewiele zachowało się relacji opisujących dramat mordowanych więźniów Buchenwaldu. Wśród miejscowych, nieliczni do dziś chcą o tym pamiętać, opowiedzieć prawie nikt. Wciąż jednak żyje człowiek, w którego pamięci dzień 11 maja 1942 roku wrył się wystarczająco głęboko. Bernd Ahnicke dotarł do niego 70 lat później...

Jak mu się to udało?

- Dzięki jednej z publikacji jaką na temat zbrodni w Poppenhausen zamieścił w prasie.

- Mieszkający obecnie we Francji Kazimierz Grzybowski, w czasie wojny był robotnikiem przymusowym w pobliskim Schweickerhausen. Do dziś utrzymuje kontakty z synem gospodarzy, u których był zatrudniony. Dzięki temu dotarła do niego informacja o poszukiwaniach świadków egzekucji z 1942 roku, które prowadzi p. Ahnicke. Kazimierz Grzybowski ma obecnie 94 lata i pochodzi z miejscowości Sarny. Po Kampanii Wrześniowej ukrywał się kilka miesięcy w lesie, a następnie trafił do obozu jenieckiego. Stamtąd wysłany został do pracy w Turyngii. Miał wiele szczęścia, rodzina u której przebywał traktowała go z szacunkiem, broniąc często przed szykanami żandarmerii. Znał dobrze zarówno Jana Sowke, Mikołaja Stadnika, jak i Albina Gottwalda.

- Doskonale zapamiętał również egzekucję z 11 maja 1942 roku, którą do dziś ma przed oczami. Było to dla niego, jak i dla innych robotników przymusowych z okolicy, traumatycznym przeżyciem.

- Do dziś na wspomnienie tego dramatu niezwykle się wzrusza. Jest w świetnej kondycji, rozmawiałam z nim przez telefon. Co ciekawe, nigdy po wojnie nie wrócił do Polski. Pod jej koniec zapoznał młodą Niemkę, z którą się ożenił i wspólnie zamieszkali we Francji. Mimo sędziwego wieku nadal prowadzi samodzielnie auto i już zapowiedział swój przyjazd w tym roku na rocznicowe uroczystości do Poppenhausen.

- Przed nami leżą fotokopie aktów zgonu wszystkich 20 ofiar egzekucji z 11 maja 1942 roku. Skrupulatny urzędnik niemiecki, na maszynie do pisania, wpisał w poszczególne rubryki dane osobowe ofiar. Musiał to zrobić dużo wcześniej. Na miejscu kaźni umieszczał jedynie, już ręcznie, numer kolejny i godzinę zgonu. Równo, co dwie minuty.

- Dane osobowe, imię i nazwisko, miejsce urodzenia w wielu przypadkach wypisane są fonetycznie, co utrudnia obecnie ich identyfikację. Szczególnie jeżeli chodzi o miejscowości skąd pochodzili więźniowie. Dziś ma to szczególne znaczenie, bowiem dotarcie do rodzin zamordowanych jest ostatnim ogniwem wieloletniego procesu odtwarzania historii tej zbrodni. To dzieło życia p. Urszuli.

Od kilku miesięcy wykonuje Pani, całkowicie społecznie, benedyktyńską pracę przypominającą nieco działania detektywa. W jej trakcie trzeba pokonać liczne przeszkody i przełamać nie tylko własne opory, lecz także emocje ludzi, z którymi nawiązuje Pani kontakt. Nie jest to na pewno łatwe zajęcie?

- Większość ofiar egzekucji, zgodnie z zapisem na aktach zgonu, pochodziła z małych miejscowości. Po ich rozszyfrowaniu i selekcji rozpoczęłam, głównie w oparciu o dane z internetu, poszukiwania kontaktów telefonicznych do osób o takich samych lub podobnie brzmiących nazwiskach. Gdy takich nie znalazłam, kierowałam zapytania do lokalnych, samorządowych władz, lub wykorzystywałam namiary z lokalnych ogłoszeń. Jest to praca z ludźmi, więc tak jak w życiu, spotkałam się z różnymi reakcjami i postawami. Zarówno z całkowitą ignorancją, jak i niezwykłą życzliwością. Jednak wciąż mam pewne opory, bo przecież nie każdy może mieć ochotę na powrót do odległych czasów, do wspomnień, które wiążą się z utratą najbliższych...

Ciąg dalszy artykułu -> kliknij tutaj

Dowiedz się więcej na temat: buchenwald | Jan Sowka | Poppenhausen | Bernd Ahnicke

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje