"Żydzi, Polacy i Ukraińcy dobrymi sąsiadami na Wołyniu"

Przed II wojną światową Polacy, Żydzi i Ukraińcy byli na Wołyniu dobrymi sąsiadami - twierdzi autor książki "Niebiosa są puste" Avrom Bendavid-Val. W wywiadzie dla PAP opowiada o dziejach i zagładzie żydowskiego miasteczka na Kresach.

Przed 15 laty Bendavid-Val, Amerykanin o żydowskim pochodzeniu, odbył swoją pierwszą podróż na Wołyń, gdzie przed II wojną światową istniała żydowska osada Trochenbrod. Rozpoczął rekonstrukcję dziejów nieistniejącego dzisiaj miasteczka, którego mieszkańcy zostali w 1942 r. wymordowani przez Niemców i Ukraińców. Badacz zebrał wyniki swoich poszukiwań w książce "Niebiosa są puste".

Reklama

PAP: Co pan wiedział przed swoją pierwszą podróżą na Wołyń o Europie Wschodniej i dziejach społeczności żydowskiej, która tam żyła?

Avrom Bendavid-Val: - Prawie nic. Amerykanie bardzo mało wiedzą o tym regionie, nie znają nie tylko historii powszechnej, ale nawet historii Ameryki. Ja też taki byłem. O wszystkim, co dzisiaj wiem o wojnach i stosunkach pomiędzy narodami w Europie Wschodniej, zacząłem dowiadywać się po mojej pierwszej podróży na Ukrainę. Zainteresowałem się, bo zdałem sobie sprawę, że historia wykracza poza dzieje Trochenbrodu. Miała wpływ na to, w jaki sposób Żydzi żyli w tym małym miasteczku oraz jak układały się ich stosunki z Ukraińcami i Polakami, mieszkającymi w sąsiednich osadach. Co ciekawe, w XIX w. w sąsiedztwie Trochenbrodu znajdowały się również wioski niemieckich mennonitów.

Przed pierwszą wizytą na Ukrainie nie spodziewał się pan, że jest to początek wielkich poszukiwań i serii podróży. Co kazało panu wrócić na Wołyń?

- Odwiedziłem ten region jedenaście razy. Za każdym razem z rozmów z miejscowymi Ukraińcami, a także z nielicznymi Polakami, którzy jeszcze tam mieszkają, dowiaduję się czegoś nowego.

Pewnego razu wybrałem się na Ukrainę z grupą Amerykanów, potomków mieszkańców Trochenbrodu. Niemal wszyscy po podróży mówili: "muszę wrócić, jest tu jeszcze tyle do poznania". Miejscowi w rozmowach odkrywali przed nami nowe perspektywy. Opowiadali nam nie tylko o Trochenbrodzie, ale także o kontaktach jego mieszkańców z sąsiednimi wioskami oraz o pobliskim Łucku.

Wspominał pan w książce, że przed II wojną światową na Wołyniu, który był ojczyzną ludności zróżnicowanej pod względem kulturowym, religijnym i etnicznym, nie było między tymi społecznościami nienawiści.

- Z moich rozmów ze starszymi ludźmi, którzy nadal tam mieszkają, wynika, że stosunki były dobre. Nie były może przyjazne, bo społeczności trzymały się osobno, na co dzień żyły we własnym gronie, ale potrafiły ze sobą współpracować. Każda z nich się w czymś specjalizowała i spełniała w regionie jakąś funkcję. Żydzi z Trochenbrodu zajmowali się rolnictwem, uprawiali też zawody typowe dla miasta. Społeczności kontaktowały się ze sobą, wymieniały się swoimi umiejętnościami i utrzymywały stosunki handlowe. Były to kontakty bardzo uprzejme.

Co się stało, że Trochenbrod zniknął? Co sprawiło, że w czasie II wojny światowej mieszkańcy Wołynia przestali akceptować swoje sąsiedztwo i byli zdolni krzywdzić siebie nawzajem?

- Niemcy wykorzystali drobną zazdrość, która panowała pomiędzy sąsiadami. Z powodzeniem zamieniali ją w nienawiść, zachęcając mieszkańców do bezkarnej grabieży, do czynów, których człowiek normalnie nie popełnia. Nie jestem psychologiem, nie jestem w stanie wszystkiego wytłumaczyć, ale takie rzeczy słyszałem. Pytałem starszych Ukraińców o to, jakie były domy w Trochenbrodzie. Odpowiadali: "były podobne do naszych, ale większe, ich mieszkańcy mieli ładniejsze rzeczy". Wtedy odkryłem tę drobną zazdrość.

Nie znalazłem żadnych źródeł świadczących o tym, że Polacy, w przeciwieństwie do Ukraińców, krzywdzili Żydów. Nie twierdzę, że takich incydentów nie było, ale nie znalazłem na to żadnych dowodów. W czasie wojny przeciwko Żydom na Wołyniu byli przede wszystkim ukraińscy nacjonaliści, którzy byli przekonani, że jeżeli będą współpracować z Niemcami powstanie Ukraina dla Ukraińców. Myśleli, że najpierw pozbędą się Żydów, potem uda im się wypędzić Polaków, a następnie Niemców.

W 1942 r. Niemcy planowali zagładę całej społeczności Trochenbrodu, liczącej ponad 6 tys. Żydów. Z rąk nazistów ocalało niewielu. Pan z nimi rozmawiał, jak udało im się uratować?

- Niektórym udało się zdobyć fałszywe papiery, potem przenieść do Łucka i wtopić w miejscową społeczność. Inni ukrywali się, część u swoich ukraińskich, a zwłaszcza polskich sąsiadów, część - w lesie. W wykopanych w ziemi jamach przetrwali zimę.

Pomocy udzielali im polscy i ukraińscy znajomi, którzy przynosili jedzenie i ostrzegali o poszukiwaniach planowanych przez nazistów i ukraińskich nacjonalistów. Żydzi kopali kilka ziemianek, aby przed nadejściem Niemców móc opuścić jedną i przenieść się do drugiej. Większość ukrywających się w lesie zginęła, ponieważ Niemcy i Ukraińcy urządzali regularne polowania w lasach, a kiedy udało im się wytropić Żydów, zabijali ich w bestialski sposób.

Pańskie poszukiwania sprawiły, że Trochenbrod ocaleje w pamięci pana i pańskich czytelników. Jak zachować pamięć o naszych przodkach, naszej historii?

- Trzeba spisywać wspomnienia tych, którzy jeszcze żyją. W rekonstruowaniu pamięci o Trochenbrodzie polegałem przede wszystkim na wspomnieniach i rozmowach z ocalałymi. Nie jest to dokładne, moja książka nie jest wynikiem pracy naukowej. Uważam jednak, że musimy wziąć od żyjących jak najwięcej zanim odejdą. Dokumenty przetrwają, ale ludzka pamięć nie jest wieczna. Mimo że to, co moi bohaterowie mówią, może nie być zgodne z prawdą historyczną, jest to ich prawda, prawda taka, jaką zapamiętali.

Muszę zresztą powiedzieć, że z mojej pracy wynika, że dokumenty również bywają bardzo niedokładne, czasami bardziej niż ludzka pamięć. Wypełniali je przecież ludzie, którzy również się czymś kierowali, chcieli np. przypodobać się swoim przełożonym.

Co ta wieloletnia podróż panu dała?

- Moje poszukiwania sprawiły, że Ukraina stała mi się bliska, mam tam bardzo wielu przyjaciół. Dzięki moim poszukiwaniom, kontaktom z miejscowymi mam wgląd w życie mojego ojca, to uzupełniło moją tożsamość.

W czasie mojej pierwszej wizyty w miejscu, gdzie kiedyś istniał Trochenbrod, tuż przed wyjazdem spojrzałem na gwiaździste niebo. Zdałem sobie sprawę, że ojciec w ten sam sposób patrzył nocą na te gwiazdy. Pomyślałem wówczas, że żyję w próżni, że nie wiem do końca, kim jestem. Dzięki tym gwiazdom zawiązała się więź pomiędzy mną a moim ojcem, postanowiłem dowiedzieć się więcej o tym, jak żył jako młody człowiek i skąd ja pochodzę.

Ojciec nigdy nie opowiadał o Trochenbrodzie, opuścił go na kilkanaście lat przed rozpoczęciem II wojny światowej. Nie wiem, dlaczego nie chciał mówić o tym miasteczku, bo tak naprawdę nigdy nie pytałem, nie interesowałem się tym. Myślę, że myśl, o tym, że wszyscy bliscy zginęli podczas Zagłady, była dla niego zbyt bolesna.

Rozmawiała Magdalena Cedro

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje