Pamięta, że do pierwszego postoju nie zastrzelono nikogo. Potem starsi więźniowie zaczęli słabnąć. Po drodze pojawiły się jakieś wzgórza, ciężko się szło. Decyzję o zabijaniu niezdolnych do dalszego marszu podjął komendant obozu. Starych, słabych czy głośno narzekających czekał ten sam los. Gdy zastrzelili więźnia Jewrochimowa, zabrał po nim buty. Dzięki nim mógł dalej iść.
Z marszu śmierci zapamiętał młodego, chudego Warszawiaka Wacka. Przezywali go "Gamoń", choć radził sobie całkiem nieźle. Już w Buchenwaldzie ukradł gdzieś dwa kilo kartofli, którymi podzielił się z innymi. I kolegę współwięźnia - Iwana Nagornego. O nim wie, że przeżył wojnę, ale nigdy więcej się nie spotkali. Albert cierpliwie go szuka i wierzy, że go odnajdzie. Gdie potierałsia mój drug? - ostatnio zaapelował o odnalezienie przyjaciela w moskiewskiej telewizji. Nie traci nadziei.
Ilu więźniów zginęło po drodze, tego Pawłowicz dokładnie nie jest w stanie określić. On sam widział 15-20 egzekucji.
12 marca dotarli do Buchenwaldu. Zima, wycieńczenie miesięcznym marszem zrobiły swoje. Oficjalna lista tych, którzy dotarli zawiera 399 nazwisk. Pawłowicz wie, że kilku nazwisk na tej liście nie ma. Po drodze do grupy z Hartmannsdorfu dołączali inni więźniowie.
W kwietniu 1945 roku obóz Buchenwald wyzwolili Amerykanie. Choć Pawłowicz dodaje, że wśród więźniów działała tajna organizacja, która tuż przed wkroczeniem Amerykanów, wznieciła w obozie powstanie, przyspieszając wyzwolenie.
Po wojnie na pięć lat trafił do wojska. Gdy z żołnierzami jechał pociągiem na wschód, w dawnych Prusach Wschodnich natknął się na Dimę, tego samego, z którym w 1942 złapali go na kurskim bazarze. - Ty żyjesz?! - zdziwił się Dima. - Wszystkim wokół mówili, że złapali cię i od razu powiesili!
Po wojsku zamieszkał na Białorusi, w Mińsku. Pracował jako ślusarz, potem został majstrem. Uczył się na wieczorowych kursach, skończył też studia inżynierskie. Dzisiaj jest na emeryturze a zdrowie dopisuje na tyle, że odważył się na wyprawę do Miłoszowa. Stąd pojechał dalej, na obozowe uroczystości w Buchenwaldzie.
- W połowie miesiąca, 15. lub 16. lutego nastąpiła główna ewakuacja obozu Hartmannsdorf. Wyruszyło nas ok. 1050 więźniów - relacjonował Józef Nocuń, więzień, który również przeżył marsz śmierci. - Pieszo, do Buchenwaldu. W obozie pozostawiono chorych więźniów.
Nad ranem spędzono wszystkie komanda, do przyczep załadowano rodziny, dzieci, walizy z dobytkiem ss-manów, 12 więźniów na zmianę musiało to ciągnąć. Tak rozpoczął się ten marsz śmierci w kierunku zachodnim, drogami rozmytymi przez kolumny czołgów, wojska i uciekinierów niemieckich. Trzeciego dnia tego marszu, słabsi więźniowie zaczęli z wyczerpania padać, kto upadł to był dobity przez ss-manów zamykający ten pochód śmierci i rzucony w śnieg do rowów przydrożnych. Dużo przy ciągnięciu tych przyczep padło, bo jeszcze bili pejczami, poganiali byle prędzej. Bez jedzenia, noce spędzaliśmy w jakichś salach kinowych lub wielkich stodołach - wspominał Eugeniusz Ruszkowski. A więzień Stefan Sporek, który ciągnął ss-mański dobytek, uzupełniał: - Wycieńczeni więźniowie nie mogli niejednokrotnie podołać ciężarowi wozów.
Więźniowie, którzy nie mogli już ciągnąć wozu a nie byli zmieniani, upadali i pozostawali w tyle kolumny. W tyle pozostawali również inni wycieńczeni więźniowie. Z tyłu kolumny słyszałem niejednokrotnie dochodzące strzały z broni palnej. Z opowiadania współwięźniów słyszałem, że w tyle kolumny szła grupa ss-manów, którzy strzałami z broni palnej zabijali więźniów wyczerpanych i osłabionych. Zwłoki tych więźniów grzebali zaraz na miejscu wyznaczeni w tym celu więźniowie.
Na oficjalnych listach transportowych mówi się, że 12 marca 1945 roku 399 więźniów AL. Hartmannsdorf włączono do ewidencji KL Buchenwald. Ci, którzy tu dotarli, otrzymali numery w przedziale 135604-136002. W transporcie było m.in. 267 Polaków, 94 obywateli radzieckich. 16 Niemców-więźniów, 7 Czechów, 7 Francuzów, Belgowie, Jugosławianie. To ustalono. Do dziś nie wiadomo, ilu dokładnie więźniów z Hartmannsdorfu wyszło. W różnych relacjach podaje się liczbę 1000-1200 więźniów. Końca wojny doczekali nieliczni.
Kilka miesięcy temu , gdy wałbrzyskie Muzeum i Archiwum Gross-Rosen - przy wydatnej pomocy "Odkrywcy" - pozyskało nieznany dotychczas plan obozu, pojawiła się szansa, że przy dawnym obozie Hartmannsdorf powstanie chociaż tablica informacyjno-graficzna z opisem, co to za miejsce i jak zlokalizowany był obóz. Obietnice sobie, a do tej pory nie zrobiono nic. Zaś Albert Pawłowicz - jak zdrowie dopisze - obiecał przybyć tu za rok. Czy będzie mu dane złożyć kwiaty w miejscu, w którym na zawsze pozostawił wielu swoich kolegów?
Janusz Skowroński
Przypisy:
1. Skowroński J. "Hartmannsdorf-Buchenwald. Marsz śmierci. Zapomniana filia obozu Gross-Rosen" (cz.3) [w:] "Odkrywca" nr 1/2009.
2. Sula D. "Filie KL Gross-Rosen" (wybór artykułów), Wałbrzych 2001.
3. Relacja A.A. Pawłowicza - nagranie 234/N-W - AMGR.
Sprawdź: Buty damskie, Buty dla dzieci, Buty sportowe





~dyziek
Może tej krowie ze Związku niemieckiego coś by to dało do myślenia.
~byk
dzisiejszych Niemcow jest OK uwazam.
~geronimo
pisac , publikowac , wszelkimi dostepnymi srodkami , dla potomnych ,,za 100lat juz nikt o tym nie...
~ka
mój dziadek. Rodzinie zrelacjonował to jego kolega, który przeżył.
dodaj komentarz »wszystkie wątki »