Co pozostaje po życiu i śmierci ludzi, których kochaliśmy?

Dzieciństwo spędził w Katowicach. Mieszkał w domu opuszczonym przez Niemców. W przestronnych i jasnych pokojach stały meble w stylu biedermeier. Przymocowane były do nich tabliczki z ciemnego metalu z napisem "własność Trzeciej Rzeszy" i swastyką. Swastyki stały się codziennością, oswojoną częścią jego dziecięcego imaginarium. Jako mały chłopiec bawił się z kolegami „w Auschwitz”.

Włodek Goldkorn - Żyd, Polak, ceniony włoski publicysta - podobnie jak wiele innych dzieci osób ocalałych z Holocaustu całe życie spędził w cieniu Zagłady, wśród strzępków opowieści, fragmentów wspomnień. Jego ciocia Nachcia poszła do komory gazowej z córeczką na rękach. "To nie jest świat godzien tego, żeby na nim żyć" - powiedziała, choć mogła oddać dziecko i uniknąć śmierci. Jego ciocia Chajtełe, uciekając przed Niemcami, porzuciła niemowlę w śniegu. Przeżyła. Tego, kto przetrwał Zagładę, nie można sądzić ludzką miarą, pisze Goldkorn.

Reklama

Prawda o Zagładzie leży w wielości narracji, w niepewności wspomnień, w niedomówieniach. Jest opowieścią świadków, ale też katów. "Dziecko w śniegu" to traktat o pamięci, o prawdzie, o doświadczeniu zła, o przetrwaniu.

Dla naszych internautów wraz z wydawnictwem Czarne przygotowaliśmy kilka egzemplarzy książki. Aby zdobyć jeden z nich, wystarczy zmierzyć się z przedstawionym poniżej zadaniem konkursowym.

Wcześniej polecamy lekturę fragmentu książki "Dziecko w śniegu".

FRAGMENT KSIĄŻKI:

"Dziesiątego września 1968 roku zajęliśmy miejsca w pociągu Chopin Express, relacji Warszawa-Wiedeń. Najwyższe łóżka w naszych przedziałach (każdy po trzy łóżka) były pełne kwiatów. Przynieśli je nasi przyjaciele, ludzie, którzy w ciągu następnych miesięcy także mieli wsiąść do tego pociągu. Gdy dotarliśmy do granicy, w wagonie pojawiło się dwóch celników. Co mieliśmy ze sobą? Niewiele. Walizka na osobę, po pięć dolarów na głowę (tyle obcej waluty można było wywieźć z kraju), dokumenty zaświadczające, że nie jesteśmy obywatelami polskimi. Książki i meble zostały wysłane wcześniej statkiem. Biurokratyczna epopeja, towarzysząca nadaniu tych rzeczy, wyglądała mniej więcej tak: trzeba było wypełnić szczegółową listę przedmiotów i dostarczyć ją do Urzędu Celnego; celnicy decydowali, co można wywieźć, a co jest zakazane. Książki trzeba było ponumerować i skatalogować, lista musiała zawierać imię i nazwisko autora, tytuł i rok publikacji. Rodzice zdecydowali, że nie zabierzemy wszystkich książek, które zapełniały półki w naszym domu. Odpowiedzialny za selekcję tomów do uratowania albo do wyrzucenia byłem ja. Od tamtej pory nie mam problemu z przywiązywaniem się do książek.

Na granicy pojawiło się dwóch celników pod czterdziestkę, o sympatycznych twarzach, nieco zażenowanych.

- Co przewozicie? - padło rutynowe pytanie.

Matka milczała, ojciec powiedział:

- Walizki z ubraniami.

- Waluta?

- Tak, pięć dolarów na głowę - usłyszałem ojca. - Zapomniałbym - dodał - zostały mi jakieś złote.

Wyciągnął z portfela szaro-różowo-zielone banknoty. Podał je celnikowi, który przeliczył pieniądze.

- Tysiąc pięćset złotych - powiedział.

To była wtedy równowartość miesięcznej pensji robotniczej.

- Pan wie, że nie może ich wywieźć za granicę?

- Nie będą mi już potrzebne - odrzekł ojciec.

- Dobrze, zróbmy tak. Pan je u nas zdeponuje -zaproponował jeden. - My wydamy zaświadczenie i po powrocie odbierze je pan sobie.

Mój ojciec zbladł, miał twarde i smutne spojrzenie.

- Wyjeżdżam, wyjeżdżamy - poprawił się - i nigdy już nie wrócimy.

Jego głos był słaby, przytłumiony, nie ze strachu, ale tak jakby chciał zdusić w sobie chęć krzyku. Matka chwyciła go za rękę, jakby się bała się, że rzuci się na tych dwóch i spoliczkuje ich albo będzie chciał ich bić. Skończyłoby się aresztem i sądem, a my bylibyśmy zmuszeni go opuścić nie wiadomo na jak długo, może na zawsze. On w polskim więzieniu, a my prawdopodobnie w Izraelu albo w jakimś innym miejscu na ziemi.

- To co mamy zrobić? - zapytał celnik.

- Róbcie, co chcecie - odpowiedział ojciec.

Celnik włożył pieniądze do swojej brązowej skórzanej torby i zwrócił się do drugiego:

- Sprawdzamy walizki?

Ojca to ubodło.

- Proszę bardzo, nie mamy nic do ukrycia. Ale te rzeczy są ułożone w jakimś porządku. Jak teraz je wyrzucicie, będzie to oznaczało dla nas kolejną nieprzespaną noc. Zresztą, trudno, i tak nie będziemy mieć dobrych wspomnień o tym kraju.

- Nie widzisz, że to porządni ludzie? - wtrącił się drugi celnik. - Zobacz, ile kwiatów dostali na pożegnanie. - I dodał z uśmiechem: - Niech się państwu zawsze te polskie kwiaty śnią!

I poszli sobie.

Kwiaty polskie to tytuł poematu Juliana Tuwima, twórcy polsko-żydowskiego, zmarłego na początku lat pięćdziesiątych XX wieku. Był ulubionym celem ataków przedwojennych antysemitów. Oskarżali go o zanieczyszczanie języka i osłabianie ducha narodowego przez lansowanie antywartości żydowskich i żydłaczenie. Tak naprawdę zaś Tuwim władał językiem polskim jak mało kto. A Kwiaty polskie, które zaczął pisać na emigracji w Nowym Jorku, w czasie gdy w Europie naziści mordowali Żydów, były wyznaniem miłości do Polski i do wszystkiego, co polskie. Może był to rodzaj choroby zwanej Polską."

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje