"Delfin w malinach", czyli kultura ostatniej dekady

Nie jest łatwo określić, kiedy zaczęła się ta dekada dekad, ta superdekada. Co ją charakteryzowało i sprawiło, że była taka bogata, radosna, wyjątkowa? Przeniesienie życia towarzyskiego i literackiego na Facebooka, hipsterrealizm w kinie polskim, vaporwave, beka jako źródło udręki i uciechy, wysyp memów, gifów i sucharów, moda na bieganie, które zyskało status medytacji w ruchu? A może wcale nie było i nie jest wesolutko? A może nasze życie jest wegetacją w kapsułach własnych pokoi, które dzięki internetowi służą nam za wygodną ambasadę mizantropii? O tym właśnie jest ta książka. I taka właśnie jest ta nasza dziwaczna dekada o nowym smaku polskim – delfina w malinach.

"Delfin w malinach. Snobizmy i obyczaje ostatniej dekady" pod redakcją Łukasza Najdera i zespołu Dwutygodnika.

Reklama

"Delfin... nie jest pełnym opisem minionej dekady - to zwyczajnie niemożliwe. Jest raczej rodzajem przewodnika, gabinetem osobliwości, niekompletnym zestawem wytrychów do teraźniejszości. Dzięki przyjętej przez nas perspektywie wiele zjawisk zmienia się w coś więcej niż chwilowe przywidzenia, a kuriozalne incydenty czy irytujące przypadki mają szansę stać się znakiem tych czasów. Może dlatego jest to "delfin w malinach" - wynurzający się z postinternetowego melanżu dziwny twór, z którym po chwili nurkujemy pod powierzchnię codzienności" - redakcja magazynu "Dwutygodnik".

Autorzy: Jakub Banasiak, Jakub Bożek, Olga Drenda, Jakub Dymek, Małgorzata Dziewulska, Natalia Fiedorczuk-Cieślak, Mirosław Filiciak, Łukasz Gorczyca, Maciej Jakubowiak, Joanna Krakowska, Zofia Król, Iwona Kurz, Michał Paweł Markowski, Łukasz Najder, Wojciech Nowicki, Agata Pyzik, Bartosz Sadulski, Karol Sienkiewicz, Robert Siewiorek, Sebastian Smoliński, Jakub Socha, Jan Sowa, Stach Szabłowski, Ziemowit Szczerek, Jan Topolski, Konstanty Usenko, Jakub Wencel, Marcin Wicha.

Dla naszych czytelników razem z Wydawnictwem Czarne przygotowaliśmy konkurs. Aby móc zdobyć jedną z książek wystarczy zmierzyć się z niżej przedstawionym pytaniem. Wcześniej tradycyjnie polecamy lekturę fragmentu książki.

FRAGMENT KSIĄŻKI:

"Łukasz Najder, Pracuję w domu. Relacja z pewnej wojny

Pracuję od ósmej do szesnastej - ni mniej, ni więcej. Weekend to świętość - nie tykam elektroniki i zadrukowanego papieru. Czas, który oszczędzam na dojazdach i powrotach, wykorzystuję w zbożnych celach, takich jak badminton małżeński, tajemnice kuchni molekularnej, piesze wycieczki po regionie. Wysypiam się, stres zniknął. Zlecenia wykonuję w terminie; bywa, że i przed. Nawet tak wolę - przed 1. Schudłem około dwóch kilogramów. Mam zdrowe ciało i przychodzą mi do głowy wyłącznie jasne, pogodne myśli.

No dobra, żartowałem.

Praca w domu to otchłań, w której solenne postanowienia i harmonogramy przepadają jak płatki śniegu w ogniu. To, co pod bezlitosnym okiem przełożonego zrobiłbym w mig, robię godzinami. Stałem się abnegatem,  który otwiera kurierowi w piżamie. Jestem na przemian zmęczony i pobudzony. Pobudzony nadmiarem bodźców i zmęczony efektami tego pobudzenia, a zmęczenie ustępuje dopiero po solidnej dawce niusów i postów. Mój umysł osiągnął stan zupełnego rozkawałkowania. Mówię do siebie. I ganię się za to na głos.

W porządku - i to nie jest prawdą.

Im dłużej pracuję w tym systemie, tym mocniej jestem przekonany, że chyba nie da się rozsądzić, czy ostatecznie przynosi on więcej szkody, czy pożytku. Znam takich, którzy po roku izolacji w mieszkaniu z pianą szaleńczej radości na ustach wrócili do ciżby i zgiełku biura. Ale są i tacy, którzy podobnego powrotu już nie mogą sobie nawet wyobrazić.

Praca w domu to nieustająca wojna, którą toczą ze sobą praca i niby-praca, a dokładniej - wojna między pracą a kilkoma odmianami niby-pracy; niektóre przypominają wprawdzie pracę, ale pracą - pracą właściwą - absolutnie nie są. Tu rozróżniamy: myślenie o pracy, research do pracy, magiczne czynności, dzięki którym ma się zdecydowanie lepiej pracować, wykonanie innych magicznych czynności, by oddać się w stu procentach magicznym czynnościom, dzięki którym ma się zdecydowanie lepiej pracować, zrobienie innej pracy, by móc t e j oddać się w stu procentach, namysł, czy pracy na dzisiaj nie wykonać aby jutro, kąpiel.

Kolejnym niebezpieczeństwem, które czyha na pracującego w domu, jest zlanie się pracy, niby-pracy i relaksu w jeden roboczożyciodzień.

Theodor Adorno napisał w Minima moralia (1951), czym różni się praca urzędnika od pracy inteligenta: urzędnik ma podzielony dzień na czas pracy i tak zwany leisure time. Natomiast inteligent nie ma tego podziału, bo albo wszystko jest pracą, albo wszystko jest leisure [1]

Jeśli do południa brałeś udział w buniowych gównoburzach, z powodów nie do końca wytłumaczalnych pochłonęły cię artykuły o genealogii rodu Kardashianów, czatowałeś z pięcioma osobami równocześnie - a na dodatek w przerwach wznosiłeś misterne wielowarstwowe kanapeczki, istne pagody z wędlin i sezonowych warzyw - to wieczorem musisz zrobić dogrywkę, by wyrobić się z pracą. Z czasem staje się to normą - pozwalasz sobie na luz i nonszalancję za dnia, bo wiesz, że masz noc. Noc zostaje nieodwołalnie zawłaszczona przez twoją pracę. Sen również. Podobnie dzieje się z sobotą i niedzielą. Zniweczyłeś dzień, a po kolacji rodzina zażądała od ciebie, byś dopełnił obowiązków humanistyczno-serialowych? Żaden problem. Przecież będzie weekend.

[1] A. Napiórska, Męczy mnie niepracowanie, rozmowa z M. Rusinkiem [w:] A. Napiórska, Jak oni pracują. Rozmowy o pracy, pasji i codziennych sprawach polskich twórców, Warszawa 2017, s 32"

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje