Idealne mieszkanie, wymarzona lokatorka i... doskonała zbrodnia

​Idealne mieszkanie. Wymarzona lokatorka. Doskonała zbrodnia. Emma już nie mieszka przy Folger Street 1, na jej miejsce wprowadza się Jane. Obie lokatorki, obecna i była, są do siebie bardzo podobne: kolor włosów, rysy twarzy, pragnienie rozpoczęcia wszystkiego od nowa...

Ultranowoczesne mieszkanie wymaga dostosowania się do surowych reguł narzuconych przez właściciela, ale wydaje się idealne do porządkowania życiowego chaosu. Kobiety łączy coś jeszcze - enigmatyczna więź z właścicielem apartamentu. Jednak po pewnym czasie obok pożądania pojawia się niepewność i niepokój. Co różni Emmę i Jane? Emma już nie żyje, Jane jeszcze tak.

Reklama

Doskonały thriller psychologiczny, który podbił listy bestsellerów w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.

FRAGMENT KSIĄŻKI: 

Przedtem: Emma 

- To urocze, małe mieszkanie mówi agent tonem, który można by uznać niemal za autentyczny entuzjazm. Położone blisko obiektów użyteczności publicznej. No i ma jeszcze własny kawałek dachu, który można przerobić na taras. Oczywiście pod warunkiem że właściciel się zgodzi.  

-  Ładne przytakuje mu Simon, starając się unikać mojego wzroku. 

Wiedziałam, że to mieszkanie nie nadaje się dla nas, jak tylko tu weszłam i zobaczyłam dwumetrowy kawałek dachu pod jednym z okien. Si też to wie, ale nie chce tego mówić agentowi, przynajmniej na razie, żeby nie być nieuprzejmy. Może nawet liczy, że jeśli jeszcze trochę posłucham tej durnej paplaniny, to sama zacznę się wahać. 

Agent to facet w stylu Simona: bystry, arogancki, energiczny. Pewnie czytuje pismo, w którego redakcji Simon pracuje. Jeszcze nie zdążyliśmy wejść na schody, a już zaczęli gadać o sporcie. 

 - A tu macie całkiem sporych rozmiarów sypialnię - oświadcza agent. - Wraz z przestronną...

-  To nie ma sensu -  przerywam mu, kończąc tę farsę.

- Nie jest dla nas odpowiednie. 

Agent unosi brwi.

- Moim zdaniem nie powinniście za bardzo wybrzydzać -  mówi. Do wieczora to mieszkanie zniknie z rynku. Dziś pokazuję je już piąty raz, a nawet nie wrzuciliśmy go jeszcze na stronę internetową. 

-  Nie jest dość bezpieczne - odpowiadam stanowczym tonem. - Idziemy?

- Na wszystkich oknach są rygle, do tego drzwi są wyposażone w zamek Chubb. Oczywiście możecie zainstalować alarm przeciwwłamaniowy, jeśli kwestia bezpieczeństwa budzi waszą szczególną obawę. Nie sądzę, żeby właściciel miał coś przeciwko. 

Zwraca się teraz bezpośrednio do Simona, zupełnie mnie ignorując. "Jeśli kwestia bezpieczeństwa budzi waszą szczególną obawę". Równie dobrze mógłby zapytać: "Czy twoja dziewczyna czasem nie histeryzuje?".

-  Poczekam na zewnątrz - oznajmiam i odwracam się do wyjścia. 

Zrozumiawszy pewnie, że popełnił gafę, agent szybko dodaje: 

- Jeśli problem stanowi lokalizacja, może powinniście poszukać nieco bardziej na zachód.

- Już szukaliśmy - odpowiada Simon. Żadne z tamtejszych mieszkań nie jest na naszą kieszeń. Z wyjątkiem tych wielkości schowka na miotły. 

Simon usiłuje ukryć frustrację w głosie, ale sam fakt, że musi to robić, złości mnie jeszcze bardziej. 

- W Queen’s Park mamy jednopokojowe mieszkanie - mówi agent. - Trochę obskurne, ale...

-  Już je widzieliśmy - wtrąca Simon. - Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że jest nieco zbyt blisko naszego dotychczasowego mieszkania. Jego ton nie pozostawia wątpliwości, że tak naprawdę to ja doszłam do takiego wniosku.

- Dopiero co pojawiło się mieszkanie na trzecim piętrze w Kilburn...

- Też je oglądaliśmy. Tuż przy jednym z okien biegła rynna. 

Agent przygląda mu się nierozumiejącym wzrokiem. 

- Ktoś mógłby się po niej wspiąć - wyjaśnia Simon. 

 - No tak. Cóż, sezon na wynajem dopiero się zaczyna. Może jeśli trochę poczekacie...

Agent najwyraźniej doszedł do wniosku, że tylko marnujemy jego czas, i także zaczyna się przesuwać w kierunku drzwi. Wychodzę na zewnątrz i staję na podeście, starając się zachować bezpieczny dystans. 

- Wypowiedzieliśmy już wynajem naszego obecnego mieszkania - słyszę Simona. - Kończą nam się opcje. Teraz ścisza głos. Słuchaj, stary, mieliśmy włamanie. Pięć tygodni temu. Dwóch facetów wtargnęło do mieszkania i groziło Emmie nożem. Teraz rozumiesz, dlaczego jest taka nerwowa?

-  O cholera - kwituje agent. - Nie mam pojęcia, co bym zrobił, gdyby coś takiego przydarzyło się mojej dziewczynie. Posłuchaj, nie wiem, czy to coś dla was, ale... Nagle urywa. 

- Tak? zachęca go Simon.

-  Czy ktoś w naszym biurze wspominał wam o Folgate Street 1?

-  Chyba nie. To jakaś nowa oferta? 

- Nie, nie do końca.

Agent nie jest pewny, czy ciągnąć ten wątek.

-  Ale mieszkanie jest wolne, tak? - dopytuje Simon.  - W zasadzie tak - odpowiada agent. - To fantastyczne miejsce. Absolutnie fantastyczne. Ze znacznie wyższej półki niż to tutaj. Tyle że właściciel... delikatnie mówiąc, jest trochę wymagający.

- Gdzie jest to mieszkanie? pyta Simon.

- W Hampstead - mówi agent. -  A raczej bardziej w Hendon. Ale to naprawdę spokojna okolica.

-   Em! - woła Simon.

Wracam do środka.

- W sumie możemy je obejrzeć. I tak jesteśmy niedaleko.

Agent kiwa potakująco głową.

- Po drodze wpadnę tylko do biura - mówi - I spróbuję znaleźć dokładne informacje na jego temat. Prawdę mówiąc, już dawno nikogo po tym mieszkaniu nie oprowadzałem. To nie jest miejsce dla każdego. Ale wiele osób dałoby się za nie pokroić. Przepraszam, to nie było zamierzone. 

Teraz: Jane

To już ostatnie. Camilla, agentka nieruchomości, bębni palcami o kierownicę swojego smarta. Najwyższa pora, żebyśmy w końcu na coś się zdecydowały. 

Wzdycham. Mieszkanie, które przed chwilą obejrzałyśmy w podupadłej kamienicy niedaleko West End Lane to w zasadzie jedyne, na jakie mnie stać. I gdy już niemal wmówiłam sobie, że jest całkiem w porządku (ignorując łuszczącą się tapetę, lekki zapaszek gotowania sączący się z mieszkania poniżej, a także ciasną sypialnię oraz pleśń panoszącą się w pozbawionej wentylacji łazience), usłyszałam gdzieś w pobliżu dźwięk dzwonka, staroświeckiego ręcznego dzwonka, i z ulicy nagle dobiegły mnie wrzaski dzieci. Podeszłam do okna i naprzeciwko zobaczyłam szkołę. Mogłam nawet zajrzeć do środka klasy, w której znajdowała się grupa najmłodszych dzieci, a na oknach wisiały wycięte z papieru króliczki i gąski. Nagle poczułam w brzuchu ostre szarpnięcie bólu. 

- To mieszkanie chyba jednak odpuszczę - zdołałam wydusić z siebie.

- Naprawdę? - Camilla się zdziwiła. - Chodzi o szkołę? Poprzedni lokatorzy mówili, że raczej lubili gwar bawiących się dzieci.

-  Ale chyba nie aż tak bardzo, żeby zostać tu na dłużej. Odwróciłam się do wyjścia. Idziemy?

Teraz, w drodze powrotnej do biura, Camilla próbuje wywrzeć na mnie presję za pomocą przedłużającego się milczenia. W końcu postanawia je przerwać.

- Jeśli nic z tego, co dziś oglądałyśmy, nie przypadło ci do gustu, może trzeba pomyśleć o czymś z wyższej półki cenowej.

-  Niestety mój budżet nie jest z gumy odpowiadam oschle, patrząc przez okno.

- W takim razie może powinnaś nieco obniżyć swoje wymagania - rzuca cierpko.

-  Jeśli chodzi o to ostatnie mieszkanie... Mam pewne... osobiste powody, dla których nie mogę mieszkać obok szkoły. Przynajmniej na razie. 

Widzę, że wzrok Camilli wędruje na mój brzuch, wciąż nieco obwisły po ciąży, a jej oczy rozszerzają się pod wpływem nagłego olśnienia. 

- Och - mówi. 

Nie jest taka tępa, na jaką wygląda, za co jestem jej bardzo wdzięczna. Na szczęście nie muszę nic więcej wyjaśniać.

Tymczasem w jej głowie chyba rodzi się jakiś pomysł.   - Słuchaj, jest jeszcze jedno miejsce. Tak naprawdę nie powinniśmy go pokazywać bez wyraźnej zgody właściciela, ale od czasu do czasu to robimy. Niektórych to mieszkanie trochę przeraża, ale ja uważam, że jest cudowne.

- Cudowne mieszkanie na moją kieszeń? Chyba nie mówimy o łodzi mieszkalnej, prawda?

- Broń Boże. Wprost przeciwnie. To nowoczesny budynek w Hendon. Cały dom z jedną tylko sypialnią, za to z mnóstwem przestrzeni. Właściciel jest architektem. I to naprawdę sławnym. Kupowałaś kiedyś ubrania w Wanderer?

- Wanderer... W swoim poprzednim życiu, kiedy miałam pieniądze i porządną, dobrze płatną pracę, czasami wybierałam się do Wanderer, obrzydliwie minimalistycznego sklepu przy Bond Street, w którym kilka potwornie drogich sukienek leżało na masywnych kamiennych stołach niczym dziewice na ołtarzach ofiarnych, a wszystkie sprzedawczynie chodziły ubrane w czarne kimona. Raz na jakiś czas. Czemu pytasz?

- Firma Monkford Partnership zaprojektowała wszystkie ich sklepy. Jej szef jest nazywany technominimalistą czy jakoś tak. Mnóstwo ukrytych gadżetów, a poza tym same gołe ściany. Camilla posyła mi dziwne spojrzenie. Powinnam cię ostrzec: niektórzy uważają jego styl za nieco zbyt... surowy. 

- Jakoś to zniosę. 

No i...

-   Tak? dopytuję, gdy Camilla zawiesza głos. 

- Właściciel wymaga umowy, która nie jest zwykłą umową najmu odpowiada z wahaniem.

- To znaczy? 

- Myślę, że najpierw - mówi, trącając kierunkowskaz w dół i skręcając na lewy pas - powinnyśmy obejrzeć mieszkanie i sprawdzić, czy ci się spodoba. A potem przedstawię ci wszystkie jego wady.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje