Katarzyna Kwiatkowska: "Zgubna trucizna" [FRAGMENTY KSIĄŻKI]

Nowy kryminał Katarzyny Kwiatkowskiej to wspaniały portret Poznania z początku XX wieku. Szerokie ulice i szemrane zaułki, nory biedoty i wykwintne sale balowe opisane tak, że można niemal wyczuć zapach perfum, woń cygar, usłyszeć szelest sukien, stłumione szepty i balową muzykę. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak, w dniu premiery książki "Zgubna trucizna" możecie przeczytać jej fragmenty!

Poznań, luty 1901 roku. Jan Morawski poszukuje znanego fałszerza banknotów, ale gdy dochodzi do morderstwa, zaczyna podejrzewać, że fałszerstwo to jedynie drobny element wielkiej układanki i wielkiej prowokacji.Morawski, jako jedyny podejrzany, musi znaleźć zabójcę.Prowadzi więc śledztwo bez wytchnienia: za dnia przemierza miasto, a wieczorami tańczy na karnawałowych balach i prowokuje zwierzenia, zręcznie wymykając się przy tym z zastawianych na niego pułapek matrymonialnych.

FRAGMENT KSIĄŻKI:

Wchodząc do hotelu Concordia w Poznaniu, rozbawiony Jan Morawski wyobrażał sobie, jakim zaskoczeniem będzie dla Oskara Krause jego przybycie. Kilkoma ruchami strzepnął z siebie śnieg i podszedł do lady. Siedział za nią drobny recepcjonista o spiczastych uszkach.

Reklama

- Chciałbym zobaczyć się z panem Oskarem Krause - zaczął Jan.

- Mam zapewne przyjemność z panem Janem Morawskim?

- Tak, ale... - Przybysz zmarszczył czoło.

- Pan Krause uprzedzał, że pan przyjedzie po dziewiątej. Otóż to, po dziewiątej rano. Zgadza się, wszystko się zgadza. - Dłońmi w rękawiczkach bez palców recepcjonista przesuwał po kartach otwartej księgi. - Pan Krause ma pokój sto sześć, to w bocznym skrzydle. Zimno tam okropnie, ale pan Krause uparł się, że zamieszka na odludziu. Co zrobić? Klient nasz pan. Ale mam nadzieję, że nie zamierza pan też wynająć tam pokoju? Nikogo w tej części nie lokujemy, bo w marcu zaczynamy przebudowę.

Ale gdyby pan nalegał, to klient nasz pan. - Odchrząknął i gadał dalej ze sprawnością pozytywki. - Pokój sto sześć. Zechce pan udać się tym korytarzem do końca, wejść na pierwsze piętro i skręcić w lewo. Numer jest na drzwiach. Posłałbym z panem boya, ale gdzieś się zawieruszył, huncwot jeden. Sto sześć, pamięta pan? Sto sześć. Pierwsze piętro. Trafi pan bez kłopotu, bo tam jest tylko jedno piętro i jeden korytarz. I jeden pokój sto sześć.

Trochę oszołomiony tym słowotokiem Morawski potrząsnął głową. Zauważył, że śnieg z jego okrycia spada na leżące na blacie gazety. Odszedł na bok, odstawił na podłogę neseser, zdjął płaszcz i mocno go otrzepał. W tym czasie do hotelu wszedł drobny posłaniec, ciasno opatulony grubą kurtką. Głowę miał owiniętą czarnym szalem i tak jak Jan zasypany był wielkimi płatkami śniegu. Na ladzie postawił drewnianą skrzyneczkę z czarnym napisem: "Handel Cygar, Cygaret, Tytuniów i Tabaki S. Żychlińskiego".

- Mam paczkę dla pana Oskara Krause - dobiegł spod szala cienki głos.

Janowi zrobiło się żal dzieciaka. Musiał biegać po mieście podczas takiej śnieżycy, a sądząc po wzroście i głosie, miał nie więcej niż dwanaście lat. Recepcjonista wyłonił się zza kontuaru i Morawski z zaskoczenia cicho zagwizdał. Myślał, że spiczastouchy siedzi, a on stał! 

Nawet posłaniec był od niego wyższy.

- Cygara i cygara - skrzypiał krasnoludek, przybliżając twarz do pudełka. - Wczoraj cygara, dzisiaj znowu. Tutaj są pewnie tańsze niż tam u nich. - Uniósł skrzyneczkę i lekko nią potrząsnął.

- Sam chyba będę musiał zanieść tę paczkę, bo nasz pikolak gdzieś przepadł. Albo przysnął. - Wrócił za ladę. - Zaraz ci podpiszę pokwitowanie, ale najpierw mi pomóż i zdejmij z półki ten dzwonek. Ten gałgan go tak wysoko położył, żebym nie mógł na niego dzwonić. Łobuz wie, że nie mogę tam sięgnąć.

Chłopak wspiął się na palce i zdjął z półki wskazany przedmiot.

Morawski przewiesił sobie płaszcz przez ramię i chciał zaproponować, że zaniesie skrzynkę, ale recepcjonista z niebywałą energią potrząsnął dzwonkiem i hol wypełnił się tak piekielnym brzękiem, że Jan złapał swój neseser i pobiegł do pokoju Oskara.

Przybył tu z konkretnym zamiarem: chciał wyprowadzić Krausego z równowagi, tak by spanikowany Niemiec opuścił hotel i udał się tam, dokąd popchnie go nieczyste sumienie, a w drodze do tego miejsca miał go śledzić kamerdyner Morawskiego  Mateusz, przyczajony w pobliżu hotelu. Plan ten wprawdzie powstał, gdy Jan był pewien, że Oskar nie spodziewa się zobaczyć go w Poznaniu, ale choć okoliczności nieco się zmieniły, cel pozostał: wykurzyć liska, by wskazał drogę do swej nory.

Jan wszedł na pierwsze piętro i otworzył ciężkie metalowe drzwi. Owionęło go lodowate powietrze. Ruszył mrocznym, ogołoconym ze sprzętów korytarzem, starając się nie hałasować na pozbawionej dywanu posadzce. Stanął pod drzwiami pokoju 106 i położył dłoń na klamce. Minimalnie ją nacisnął. Ustąpiła bezgłośnie, więc nacisnął silniej i uchylił drzwi. Zobaczył Oskara siedzącego przy biurku oświetlonym niewielką lampką. W lewej ręce trzymał książkę, w prawej ołówek. Na blacie spoczywała mała kartka, a on uderzał w nią ołówkiem. Okulary miał jak zawsze na czubku nosa i coś mruczał. Jan zapukał w drzwi i jednocześnie je otworzył. Na twarzy Oskara ukazał się wyraz paniki, ale szybko zniknął. Krause zręcznym ruchem wsunął karteczkę w książkę, odłożył tom na biurko i poderwał się.

- Ależ to pan Jan! Witam!

- Pukałem - sumitował się Morawski - ale nikt nie odpowiadał.

- Nic nie słyszałem. Ale to nie szkodzi. Nie mam przed panem tajemnic, przyjacielu! - zapewnił, patrząc ponad okularami.

Był pięćdziesięciolatkiem średniego wzrostu i tuszy, uderzająco czystym i starannym w ubiorze, a skazą na tym obrazie schludności były jego przetłuszczone włosy w kolorze stali.

Jan wszedł i wieszając płaszcz na haczyku na drzwiach, obserwował, jak dłonie Oskara, całe pokryte brązowymi plamkami, zamykają jakieś teczki na biurku, przesuwają książkę, wyrównują stos wizytówek, chowają ołówki do etui. Morawski zbliżył się do biurka i bez zainteresowania przeczytał tytuł książki: Die Geheimschriften und die Dechiffrierkunst1.

- Recepcjonista wspomniał, że czeka pan na mnie - ciągnął, podchodząc do okna. Wyjrzał na podwórze: po prawej stronie na parterze zobaczył oświetlone tylne okno recepcji. - Trochę mnie to zdziwiło, bo decyzja o tej podróży zapadła nagle.

- Jestem detektywem, wprawdzie bankowym, ale jednak detektywem.

Moją sprawą jest wiedzieć.

Jan uśmiechnął się krzywo i udał, że nie dostrzega, jak Krause wsuwa w książkę wąski pasek depeszy.

- Ja też jestem detektywem - odparł Morawski - ale pański wyjazd do Poznania, tuż po tak efektownym rozwiązaniu wielkiej zagadki, jednak mnie zaskoczył. Widzieliśmy się kilka godzin wcześniej i nic mi pan o tym planie nie wspominał. - Przyglądał się Niemcowi ze zmarszczonym czołem, a w jego ciemnych oczach widniał łagodny wyrzut. Oskar zagryzł wargę. Wskazał gościowi fotel, a gdy ten usiadł, sam opadł na krzesło. Na kominku płonął ogień, w pokoju było ciepło i niezbyt widno. Jan poczuł wielką ochotę na kawę.

- A więc dobrze - westchnął Krause. - Jestem już zmęczony ukrywaniem tego przed panem, bo przyzwyczaiłem się, że współpracujemy i nic przed sobą nie taimy. - Odchrząknął i po chwili kontynuował. - Obaj rozumiemy, że odkrycie warsztatu fałszerza w Monachium i odzyskanie papieru to tylko wierzchołek góry lodowej. Nadal nie wiemy, kim jest Mistrz. A ja mam wszelkie powody, by podejrzewać, że szukamy nie jednej osoby, ale grupy.

- To oczywiste, biorąc pod uwagę doskonałą organizację całego przedsięwzięcia - zauważył Jan. - A rysunek przedstawiający cztery młotki sugeruje cztery osoby. To dobra liczba. Dyskutowaliśmy już o tym. Po co więc teraz ta tajemnicza wyprawa?

- Problem w tym, przyjacielu, że za tymi fałszerstwami stoją najprawdopodobniej pana rodacy.

- Słucham? - Morawski gwałtownie się wyprostował.

- Nie chciałem pana niepotrzebnie niepokoić, ale musiałem poinformować o tych podejrzeniach moich szefów. Już po odkryciu w Monachium pojawiły się nowe dowody i zdecydowałem się przyjechać tu osobiście. Wczoraj wieczorem spotkałem się na neutralnym gruncie z jednym z tych fałszerzy... to znaczy z jednym z podejrzanych.

Jan siedział bez ruchu. Dłonie opierał na kolanach i nie spuszczał wzroku z mówiącego.

- Zbladł pan, przyjacielu. - Oskar ze zmartwioną miną pokiwał głową. - Nie dziwię się pana reakcji. Jeśli te podejrzenia się potwierdzą, sytuacja Polaków w Cesarstwie jeszcze się pogorszy. Rząd nie omieszka wykorzystać tej afery przeciwko całemu narodowi.

- Wpatrywał się w Jana z troską. - Naleję panu odrobinę koniaku.

To złagodzi szok i pokrzepi pana po podróży. Straszny śnieg.

Krzątał się, ustawiał kieliszki, szukał butelki, a jednocześnie paplał o śniegu, karnawale: "Wszak to dzisiaj tłusty czwartek!" i "polskie pączki są najlepsze na świecie". A Jan próbował ocenić znaczenie tego, co usłyszał.

Wobec powtarzających się przypadków fałszowania not Banku Rzeszy rząd niemiecki postanowił wprowadzić nowe, udoskonalone banknoty. Wymiana miała w pierwszym rzędzie objąć stumarkówki, tak zwane niebieskie setki - Blaue Hunderter- niezwykle rozpowszechnione i najczęściej fałszowane. Dwudziestek nie podrabiano, bo proceder taki był nieopłacalny, zaś noty tysiącmarkowe pojawiały się rzadziej, tylko podczas przeprowadzania poważnych transakcji. Na konsultacje zaproszono ekspertów ze Stanów Zjednoczonych - światowego centrum fałszerstwa i walki z nim - którzy wyśmiali emitowane w Niemczech banknoty i uznali je za pozbawione zabezpieczeń. Niemcy schowali urażoną dumę do kieszeni i dla dobra sprawy postanowili zatrudnić specjalistów zza Atlantyku. Przez kilka miesięcy międzynarodowa grupa pracowała nad nową, niepodrabialną setką, godną państwa pretendującego do miana mocarstwa XX wieku.

Efekt tej tytanicznej pracy miał zostać wprowadzony na rynek w dniu pierwszym marca 1901. Termin ten stanął pod znakiem zapytania, gdy na początku lutego pewien drobny fałszerz, przypadkowo zatrzymany w związku z inną sprawą, zaśmiał się śledczym w twarz i zasugerował, żeby dali mu spokój, a "zaczęli zbierać siły na prawdziwy przekręt, bo Mistrz, ten, który wyciął ów świetny numer z rosyjskimi banknotami, szykuje coś wielkiego". Nic więcej nie chciał zeznać, dopiero skuszony obietnicą zwolnienia z aresztu dodał, że słyszał o zniknięciu z rządowego magazynu papieru przygotowanego specjalnie z myślą o nowych setkach.

Ten papier - o wyjątkowym składzie i z zatopionymi w nim czerwonymi i niebieskimi jedwabnymi nitkami - stanowił jedno z podstawowych zabezpieczeń nowych banknotów. Wytwarzano go w jednej tylko papierni rządowej i podlegał ścisłemu zarachowaniu. Gdyby faktycznie doszło do jego kradzieży, trzeba by gotową partię zniszczyć i rozpocząć prace nad nowym papierem.

Oznaczałoby to ogromne koszty, a nade wszystko - kompromitację rządu. Jak to: podrobiono niepodrabialny banknot? To tak, jakby zatopić niezatapialny statek. W wyniku przeprowadzonej w papierni kontroli okazało się, że pewna ilość cennego papieru rzeczywiście zniknęła.

Natychmiast wszczęto śledztwo i powierzono je najbardziej doświadczonemu detektywowi Banku Rzeszy Oskarowi Krause, ale następnego dnia, ósmego lutego, wezwano także Jana, gdyż dotychczas tylko jemu udało się storpedować plany Mistrza i uniemożliwić oszustwo. Morawski nie zdołał się jednak wykazać, bo już jedenastego lutego policja odzyskała cały skradziony papier, a następnego dnia Oskar zorganizował nalot na warsztat w Monachium, w którym oprócz narzędzi znaleziono płyty obu stron nowego banknotu. Spoczywały w skrytce pod podłogą, zawinięte w papier, na którym narysowano cztery młotki.

"Jeśli Oskar powiedział mi prawdę - dumał Jan - Polacy zamierzali podłożyć sobie prawdziwą bombę, a Prusacy nie omieszkaliby tego w pełni wykorzystać, uznając fałszerstwo za przestępstwo polityczne, mające na celu destabilizację niemieckiej gospodarki i osłabienie prestiżu Cesarstwa. Szykany i ucisk, już teraz trudne do zniesienia, bez wątpienia uległyby zaostrzeniu. Na szczęście i papier, i płyty w porę odzyskano".

Krause przestał wreszcie chodzić, paplać i grzebać w walizkach. Na stoliku postawił dwa metalowe kieliszki oraz czarną butelkę z kremową etykietą i złotym wizerunkiem centaura czy - jak wolą niektórzy - Strzelca. 

- Kim są ci ludzie? - spytał Jan takim tonem, jakby pytał o nazwiska przechodniów.

Oskar zacmokał i do obu kieliszków nalał szczodrą porcję koniaku Rémy Martin.

- Nomina sunt odiosa2. Powiem panu tylko, że oskarżenie ich o ten spisek i skazanie byłoby ciosem dla tutejszego społeczeństwa.

- A jaki był cel tego wczorajszego spotkania?

- Myślę, że mogę panu coś wyjawić, ale proszę zachować to dla siebie: zostałem upoważniony przez rząd do negocjacji.

- Do negocjacji? - Morawski łyknął koniaku i na chwilę przymknął oczy, gdy palący płyn spływał mu w dół przełyku.

- Tak. Fałszerz ma zaprzestać działalności i oddać wszystkie urządzenia, płyty, materiały. Jeśli nie, Polacy poniosą poważne konsekwencje.

- Czyli dalsze dokręcanie śruby germanizacyjnej? - doprecyzował Jan. Wydął usta i zapatrzył się na swego rozmówcę.

- Zgadza się. Jak pan wie, jestem przeciwnikiem brutalnego nacisku. Dlatego błagałem ich, by się wycofali, póki jeszcze mogą. - Krause splótł dłonie i na znak szczerości przycisnął je do serca. - Tłumaczyłem fałszerzowi, że odkryto warsztat, przejęto płytę. Jeśli odda banknoty...

- Ale przecież papier odzyskano?

Niemiec odchrząknął.

- Mamy powody, by przypuszczać - odparł po chwili - że zdołał wyprodukować swój papier. Kopię rządowego, ze wszystkimi zabezpieczeniami. Oskar dolał jeszcze trochę koniaku do obu kieliszków. Widok butelki kosztownego trunku i mętne wywody Krausego, który nie potrafił się zdecydować, czy mówi o fałszerzu, czy fałszerzach, przypomniały Janowi wszystkie podejrzenia, jakie żywił wobec swego "współpracownika". To one go tu przywiodły. Oskar miał ostatnio za dużo pieniędzy jak na detektywa bankowego, pojawiał się w dziwnych miejscach i wyciągał fałszerzy jak króliki z kapelusza. Ponadto jego błyskawiczny sukces w ostatniej akcji był co najmniej zaskakujący. W dniu odzyskania papieru przez policję przebywał we Wrocławiu, a następnego ranka wrócił do Monachium i prosto z dworca pojechał w miejsce, gdzie - chyba za pomocą różdżki - odkrył warsztat fałszerzy. Wszystko to brzydko pachniało, toteż Morawski, gdy poprzedniego wieczoru dowiedział się o nagłym wyjeździe Oskara do Poznania, natychmiast ruszył jego tropem przez Wrocław do Wielkopolski.

Jan zabębnił palcami w blat stolika, popatrzył na swego uśmiechniętego towarzysza i stwierdził, że cała ta rozmowa jest raczej niewiele warta. Nadszedł czas na realizację planu, z którym przybył. Spojrzał na zegarek.

- Jak późno! - Wstał i sięgnął po płaszcz.

- Chyba pan nie idzie?

- Muszę, niestety. Jestem umówiony. Czy zechciałby pan pożyczyć mi mikroskop kieszonkowy? - wymyślił na poczekaniu.

- Gdzieś swój zgubiłem, a pan zawsze ma dwa.

- Oczywiście, oczywiście.

Oskar podszedł do walizki i pochylił się nad nią. Korzystając z tego, Morawski sięgnął po karteczkę wsuniętą w książkę. Zobaczył niezrozumiały ciąg liter. Zabrał jeszcze kilka kart wizytowych Krausego i wszystko schował do wewnętrznej kieszeni marynarki.

- Gdzieś tu go miałem - mruczał Oskar. Rozległ się łoskot kluczy. - Lupa jest... Mikroskop też musi być...

Teraz Jan otworzył jedną z teczek. Wyciągnął urzędowy papier i przebiegł po nim wzrokiem, wyławiając pojedyncze frazy: "zaangażowanie duchowieństwa... sporządzono poufne spisy polskich księży... ich stosunku do państwa pruskiego i procesu germanizacji... niebezpieczny polski agitator, gorliwy Polak, wróg niemieckości, fanatyczny Polak, ostrożny polonizator...".

Poniżej widniało kilka pieczęci i ręczny dopisek: "Coś trzeba z tym zrobić!".

Morawski poczuł, jak krew pulsuje mu w skroniach. Więc Oskar, tak nienawidzący brutalnego nacisku, mieszał się do polityki!

- Mam! - ucieszył się Krause.

Jan przełożył raport do lewej dłoni, ukrytej pod przewieszonym płaszczem. Wziął od Krausego podłużne etui, lecz nie zdołał zmusić się do uśmiechu.

- Może zjemy razem obiad? - zaproponował Niemiec.

- Wolałbym się nie umawiać. Muszę się z kimś spotkać i nie wiem, ile zajmie mi to czasu. Właściwie przyjechałem tu w innej sprawie. Do pańskich przełożonych zgłosił się ktoś, kto ma informacje o jednym z detektywów banku. Podobno ten detektyw oferował mu współpracę przy czymś nielegalnym. Teraz dla odmiany twarz Oskara pokryła się trupią bladością.

- Ależ... ależ...

- Przysłano mnie, żebym to zbadał, bo nie jestem stałym pracownikiem i nie będę próbował nikogo kryć.

- To straszne, co pan mówi. W banku? W naszym Reichsbanku ktoś nieuczciwy? Niemożliwe! O kogo chodzi?

- Niestety, nie wolno mi nic wyjawić.

- Drogi panie Janie...

- Nomina sunt odiosa. - Morawski uśmiechnął się przepraszająco.

- No, chyba że wyjaśni mi pan, co to robi u pana, rzekomo niezależnego eksperta. - Pomachał mu raportem przed nosem.

- Proszę mi to oddać - wysyczał Krause. - Żądam, by pan mi to oddał. Widział pan, kto to podpisał?

- Naczelny prezes prowincji Rudolf von Bitter. - Jan uniósł wysoko rękę z kartką. - Pański prawdziwy szef? Oskar kilkakrotnie podskoczył, ale w tym pojedynku nie miał szans. Jan mierzył dwadzieścia centymetrów więcej i liczył dwadzieścia lat mniej.

- Zgłoszę to władzom! - wrzeszczał Niemiec. - Dopilnuję, by bank nigdy już pana nie zatrudnił. - Powodzenia.

Jan podniósł swój neseser i otworzył drzwi.

- To niedopuszczalne! To przestępstwo! Pożałujesz! Powiadomię mojego szefa! Morawski przekroczył próg i na korytarzu, pod przeciwną ścianą, zobaczył skulonego elfa z recepcji, który w ramionach trzymał skrzyneczkę z cygarami i chyba zamierzał się nią bronić.

- Boy nie wrócił - wyznał szeptem, patrząc na Jana z przestrachem.

- Wyszedł i przepadł. Ani widu, ani słychu. Pewnikiem zatrzymała go ta straszna śnieżyca. Więc przyniosłem tę paczkę.

Jan wskazał mu pokój, skinął głową i odszedł.

W holu na dole włożył płaszcz, sprawdził, czy karteczka i wizytówki są dobrze ukryte, do neseseru schował urzędowy raport.

Pół minuty po nim zjawił się drżący krasnoludek i czmychnął za blat. Jan próbował obliczyć, po jakim czasie Oskar wystrzeli z hotelu niczym z procy.

W chwili gdy zapinał ostatni guzik, nastąpił wybuch.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje