"Królowe Mogadiszu". Opowieść o sile kobiet

Wyniszczona trwającą od dwudziestu pięciu lat wojną domową, sterroryzowana samobójczymi atakami terrorystycznymi, doświadczona klęską głodu Somalia od lat plasuje się w czołówce państw, w których panują najtrudniejsze warunki życia. Zagraniczni dziennikarze nie ruszają się nigdzie bez uzbrojonych po zęby ochroniarzy, ale miejscowi muszą radzić sobie sami.

Niektórzy - tak jak Baszir, właściciel hoteli, w których zatrzymują się wszyscy zagraniczni goście w Mogadiszu - wierzą, że w Rogu Afryki jeszcze będzie lepiej. Wielu straciło nadzieję; poddali się, żyją z dnia na dzień, troszcząc się tylko o to, by zdobyć kolejną porcję khatu, narkotyku, który żuje dziewięćdziesiąt procent somalijskich mężczyzn.

Reklama

Kobiety nie mogą sobie pozwolić na rezygnację - mają dzieci. W kraju legendarnej królowej Araueelo, która przed wiekami odsunęła mężczyzn od władzy, kobiety wciąż walczą o przetrwanie dla swoich rodzin. Wyplatają koszyki i maty z resztek starych worków wygrzebanych na wysypisku śmieci. Pracują w policji, zakładają organizacje wspierające uchodźców. Sprzedają khat na rogach ulic. W kolorowych czadorach, czasem przymierające głodem, ale wciąż piękne jak modelki. Królowe Mogadiszu.

Wraz z wydawnictwem Czarne zachęcamy do wzięcia udziału w konkursie, w którym do wygrania są trzy egzemplarze książki pt. "Królowe Mogadiszu". Szczegóły konkursu znajdują się poniżej. Wcześniej polecamy jednak lekturę fragmentu książki.

FRAGMENT KSIĄŻKI:

Paweł Smoleński, Królowe Mogadiszu

Seria Reportaż

"Uwielbiam ją, i to nie ja jeden. Przypomina papużkę, w dodatku każdego dnia inną, bo tak różnobarwną, ustrojoną, tęczową, jak kolorowe są kobiety Mogadiszu. Jednego dnia Dżidżi ma na sobie karminowy hidżab, drugiego zielony, trzeciego jasnomodry lub głęboko błękitny niczym tutejszy ocean. Jest, zdaje mi się, strojnisią, a przy okazji dyktatorką tutejszej mody - ubrała od stóp do głów chyba wszystkie dziewczyny z Europy i Ameryki, które zahaczają o Peace Hotel, białe i Somalijki z diaspory, niekiedy przychodzą tam także dziewczyny mieszkające w Mogadiszu.

Dżidżi wpada do Peace Hotel niemal każdego popołudnia w interesach, a jakże. Rozkłada swój kramik pod daszkiem, gdzie parkują pancerne toyoty, siada na krzesełku przykryta wątłym, dziurawym cieniem, a potem przesuwa się zgodnie z ruchem słońca, które ani myśli darować, choć dochodzi już szósta  po południu, więc powinno być trochę chłodniej. Czasami ucieka do jakiegoś pomieszczenia, bo nawet ona nie umie wytrzymać tego niemiłosiernego gorąca przynoszonego przez promienie i bijącego od rozpalonego, kamiennego dziedzińca. Lecz mam wrażenie, że stara się wysiedzieć jak najdłużej, bo może ktoś coś kupi. A handlowanie to jej zawód i pasja.

Na sprzedaż ma chusty przypominające beduińskie kufije, jakie tutejsi mężczyźni zawijają wokół głowy, raptem ze dwie, trzy sztuki, utkane gdzieś w dalekim Kaszmirze i przywiezione tu w przemytniczych sakwach z Półwyspu Arabskiego. Do tego jakieś niewiarygodnie barwne szmaty i szmatki, z których tutejsze dziewczyny igłą i nitką czarują cuda. Zwiewne, obszerne i bardzo kolorowe tuniki - dira, wyglądające jak spięte po bokach luźne płachty materiału, pasujące do każdego wzrostu i figury niczym starogrecka płócienna szata. No i skromne przybrania na ramiona i ręce, bo przecież Somalijka nie pokaże się poza domem ubrana tylko w tunikę.

Dżidżi ma jeszcze w przepastnych torbach poliestrowe dresy w kolorze somalijskiej flagi - jasnobłękitne, z szerokim, białym lampasem i białą gwiazdą - dość tandetne, więc nikt nie chce ich kupować, co wprawia handlarkę w zdumienie, bo chyba myśli, że taki dres to coś najbardziej szykownego w asortymencie jej przenośnego sklepu. A ta naszyta gwiazda to przecież bonus. Jej ramiona mają symbolizować pięć krain zamieszkanych przez somalijski lud. Pierwsza leży w Kenii, drugą okupuje Etiopia, trzecia wymyśliła sobie niepodległość, której nikt nie uznaje, ale co tam, skoro to i tak wielka Somalia.

Ma też Dżidżi ciemnobrązowe lub prawie czarne wielbłądzie dzwonki zrobione z akacji lub ze skorupy orzechu kokosa, uczepione na ręcznie plecionych sznurkach. Gdy drewno pęknie podczas obróbki, sprawny rzemieślnik połączy rozdarcie metalowymi blaszkami. Niektórzy robią to tak udatnie, że dzwonek zyskuje na brzmieniu, łapie własny, niepowtarzalny dźwięk, rozumiany nawet przez wielbłądzie cielęta - tu idzie twoja rodzina, więc nie odchodź zbyt daleko. Im więcej zwierząt prowadzi stary wielbłąd przewodnik lub najsilniejsza wielbłądzica, tym większy dzwonek im się należy.

Ma Dżidżi zrobione z drewna naczynia na kozie lub wielbłądzie mleko, grubo ciosane, niezgrabne, ciężkie i impregnowane tłuszczem, bo to żadne pamiątki, ale przedmioty przydatne, piękne jakąś prymitywną urodą. Ma poduszki nomadów, czyli kawałki polerowanej akacji w kształcie wygiętej klepki, jakby wyjętej ze średniej wielkości antałka. Klepki układa się na drewnianych nóżkach, ustawia toto na w miarę równym podłożu, przykłada głowę i można spać.

Słowem, Dżidżi ma wszystko, wciśnięte w kilka plastikowych worków, które mozolnie targa do Peace Hotel każdego popołudnia. A jeśli nie ma czegoś dzisiaj, na przykład krzywych kominków z palonej gliny i okruchów dymiącego na szaro kadzidła, będzie mieć jutro.

Dżidżi to kobieta bez wieku. Może mieć równie dobrze czterdzieści albo sześćdziesiąt lat. Twarz okrągła jak księżyc w pełni, bardzo ciemna, matowa i pomarszczona skóra oraz niesymetrycznie osadzone niewielkie, czarne oczy. Dlatego nie wiemy, czy Dżidżi patrzy na nas, czy może przenosi wzrok gdzieś  wyżej, za plecy, wypatrując nowych klientów.

Te jej oczy, rozżarzone węgielki, są lekko niepokojące, świdrujące, podejrzliwe i nieufne. Lecz Dżidżi ciągle się śmieje, pokrzykuje wesoło, coś woła, a w jej głosie jest tyle sympatii, iż nic dziwnego, że chyba wszyscy w Peace Hotel lubią ją i zawsze czekają na jej przyjście. Kobiety mieszkające w Peace Hotel zachowują się przy plastikowych workach Somalijki jak w salonie Diora: przymierzają, podpatrują, porównują, składają i rozkładają, mną cienkie materiały, szukają barw, deseni i wzorów.

Na potrzeby szmatkowego biznesu Dżidżi nauczyła się kilku angielskich słów: "nice", "very nice", "ten", "twenty", "five". U Dżidżi wszystko - chusta czy dzwonek, dira albo dres - z początku kosztuje dwadzieścia albo dziesięć, by za chwilę kosztować dziesięć lub pięć dolarów. Sprzedaje za połowę wywołanej ceny, a kiedy dobije targu, jest tak samo radosna jak wtedy, gdy zachwala towar. Popołudnie bez Dżidżi jest jakoś niepełne, w Peace Hotel robi się smutno bez jej krzywego, serdecznego uśmiechu i rozbieganych oczu, bez tego oglądania wielbłądzich dzwonków, bez ich pustego, drewnianego klekotu."

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje