"Pojutrze. O miastach przyszłości" - konkurs

Klucz do przyszłości człowieka ukryty jest w miastach. Od naszej wyobraźni zależy, czy go odnajdziemy...

Przyszłość należy do miast. Już teraz żyje w nich połowa ludzkości, a one wciąż się rozrastają. Równolegle z dynamicznym wzrostem w miastach zachodzi wiele innych procesów - metropolie, próbując sprostać nowym wyzwaniom i oczekiwaniom mieszkańców, muszą się zmieniać. Niektóre chcą być miastami sprawiedliwymi, ucieleśniającymi idee równości, inne inwestują w ekologię i nowe technologie, są też takie, i to najczęstsze przypadki, które rozwijają się chaotycznie, bez żadnego planu.    

Reklama

Miasta na naszych oczach stają się doświadczalnymi poligonami, na których ścierają się rozmaite urbanistyczne wizje, filozoficzne idee, marzenia i utopie. Politycy, aktywiści, czasem szaleni miliarderzy przeprowadzają w nich eksperymenty o trudnych do odgadnięcia konsekwencjach.    

Paulina Wilk postanowiła zmierzyć się z ogromem i fenomenem miasta. Zabiera czytelnika w podróż do dziewięciu metropolii, w których przeszłość i teraźniejszość odważnie spotykają się z przyszłością. Dubaj, Bombaj, Kampala, Songdo, Singapur, Lima, Masdar, Seul, Kopenhaga.     

Do kogo należą miasta? Czy możliwe jest miasto idealne? Jak będą wyglądały wielkie metropolie za dziesięć, dwadzieścia, pięćdziesiąt lat?  

Dla naszych czytelników wraz z Wydawnictwem Literackim przygotowaliśmy konkurs. Aby móc zdobyć jedną z książek wystarczy zmierzyć się z niżej przedstawionym pytaniem. Wcześniej tradycyjnie polecamy lekturę fragmentu książki.

FRAGMENT KSIĄŻKI:

"Laboratorium
Singapur

Omar nie wie, że na niego patrzę. Jest po obiedzie, leży w ocienionym zakątku, oddycha ciężko. Gdy mruga, brązowe wstęgi na jasnym futrze zbiegają się, a potem znów rozłączają. Ruchomy gwieździsty wzór zakończony parą grubych, trójkątnych uszu. Czy Omar wie, że jest piękny?

Przed posiłkiem kręcił się niespokojny, okrążał drzewa i krzewy, chodził po skraju urwiska. Zatrzymał się przy ułamanej skale, spuścił łapy w dół. A potem już cały wsunął się pod powierzchnię. W naturze tygrysy bengalskie są wybornymi pływakami. Omar pływa jedynie dla przyjemności.

Ma piętnaście lat, jest już stary. Tu przygotowano mu rozległą imitację lasu subtropikalnego, z wysokimi drzewami, zwalonymi konarami, wodospadem i zbiornikiem wody, regularnie czyszczonej. Ma dla siebie starannie urządzoną rezydencję.

- Jest taki smutny! - lamentują dzieci, brane na ręce przez rodziców, by mogły lepiej mu się przyjrzeć. Z ust dorosłych płyną zapewnienia:

- Ma dobrą opiekę i nie musi się martwić, skąd weźmie jedzenie.

- Ale on stąd nigdy nie wyjdzie! - nie ustają w żałobnych tonach dzieci. Być może przeczuwają własną przyszłość.

Omar jest stałym rezydentem singapurskiego zoo, uważanego za jeden z najlepszych ogrodów zoologicznych na świecie, zapewniający zwierzętom tyle szczęścia i wygody, ile tylko możliwe. Niewola jest słodka, jest także nieunikniona. Biały tygrys bengalski to gatunek zagrożony wyginięciem. Wolność stała się śmiertelnie niebezpieczna.

Singapur, ta niewielka wyspa na krańcu malezyjskiego nosa, ta mała czerwona kropka usadowiona dokładnie pomiędzy ciepłym Oceanem Indyjskim i wzburzonym Morzem Południowochińskim, już pod koniec XIX stulecia chwaliła się tym, o czym Azja Południowo-Wschodnia wciąż tylko marzy: czystą pitną wodą z kranów. Oraz niedościgłym bogactwem.

Maleńki Singapur nie posiadał żadnego z wielkich skarbów Azji - żółtego złota, szafranu, alabastru, rozległych pól ryżowych czy bawełnianych, ukrytej w skałach ropy. Ale nie ma też przeciwników, nie zna chaosu, żadnej z tak uporczywych współczesnych trosk. Jest zamożniejszy niż niejeden olbrzym i służy za ideał przyszłości wielu potężniejszym od siebie. To wyspa spełnionego sukcesu na kontynencie budzącym się do panowania nad światem. Na 718 kilometrach kwadratowych lądu mieszkają ludzie nieznający upadków, biedy, konfliktów i niepewności. Rodzące się tu niemowlęta mają największą na świecie szansę przetrwania, najlepszą opiekę medyczną z możliwych. Dorośli cieszą się wyjątkowo długim życiem - powyżej 85 lat. Spożycie narkotyków jest znikome, a określana przez Bank Światowy granica ubóstwa - do niczego nieprzydatna.

Singapur jest hojny dla mieszkańców, nikomu nie odmawia swej urody, publicznych plaż i szkół, przystrzyżonych ogrodów i szerokich chodników. Mówi do swych obywateli w czterech urzędowych językach, nie dopuszcza dyskryminacji, nie zna łapówek ani drobnych taksówkarskich oszustw.

Prawdą jest, że nie dzieli swych bogactw po równo, jednym daje niebotyczne fortuny, innym - dostatnią codzienność. Nie zajmuje się szacowaniem braków, kumuluje bogactwo. Samochody luksusowe są tu częstsze niż w Monaco. Przychody z hazardu - znaczniejsze niż w Las Vegas. Aktywa pod opieką banków - pokaźniejsze niż w Szwajcarii. Koncentracja międzynarodowych firm i ich udział w gospodarce - porównywalne jedynie z Hongkongiem. Odsetek milionerów wśród sześciu milionów mieszkańców - większy niż gdziekolwiek. Co szósty człowiek ma wolny milion dolarów i jeszcze większy majątek, na przykład w nieruchomościach, które należą do najdroższych na świecie.

Singapur to dukat bez rewersu, miasto bez zła. 

"To miejsce posiada znakomitą naturalną przystań i wszystko, czego można pożądać dla brytyjskiego portu. Krótko mówiąc: Singapur jest wszystkim, czego moglibyśmy pragnąć, i uznaję się za szczęściarza w tym wyborze; wyspa wkrótce zyska wielką wagę" - depeszował Londynowi w 1819 roku sir Thomas Stamford Raffles, podlegający zarządowi Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej w Kalkucie, który przypłynął tu w eskorcie sipajów z zamiarem ustanowienia nowej placówki handlowej w południowej Azji. Anglicy utracili niedawno portową Malakkę na rzecz Holendrów, Raffles otrzymał zadanie znalezienia innego królewskiego przyczółka.

Raffles powierzył zarządzanie Singapurem, w tym sprawę jego budowy, pięciu mężczyznom. Podzielili miasto na sektory etniczne, najlepsze tereny przyznając Europejczykom i planując tam szerokie esplanady, ocienione aleje oraz trawniki. Inne części otrzymały klarowne specjalizacje narodowe i handlowe oraz rozkład ulic zachowany do dziś. Raffles rządził miastem twardą ręką i ten model także zachowano. Ważne decyzje podejmuje niewielki gabinet, nie dialogując przesadnie ze społeczeństwem i surowo traktujący maruderów.

Handel gęstniał, przyciągał imigrantów z południa Indii, Chin, Malezji i Europy. To oni - przyjezdni - stali się obywatelami nowego Singapuru, miasta globalnego, w którym co dzień dobijano targu w 26 różnych językach. Wśród przybyszów byli zdesperowani biedacy, ale i wielu zmyślnych przedsiębiorców oraz rzemieślników. Co zarobili, inwestowali lub słali przekazami krewnym w dalekich krajach - do obu tych transakcji niezbędne były banki. Jako pierwszy w 1840 roku otworzył tu swe przedstawicielstwo Union Bank of Calcutta, emitent lokalnej waluty. Potem zjawiły się Oriental Bank of London oraz Chatered Bank of India, Australia and China. Kantory z finansistami zapełniły centralne uliczki. Ich stupiętrowe biura stoją teraz w tej samej okolicy, nazywanej Centralnym Dystryktem Biznesowym. Wymiana walut, pożyczki inwestycyjne, kredyty, obroty - na tym stoi to niebywałe miasto. Azjatycka wyspa wyprzedza Stary Kontynent o nieocenione osiem godzin. Gdy Londyn śpi, Singapur zarabia.

Na 57 piętrze Marina Bay Sands wiatr szarpie liśćmi palm, podrzuca do góry białe ręczniki. Dach najdroższego budynku świata ma kształt długiego, wąskiego okrętu. Boye stoją w pogotowiu, wpatrują się w niebo wzrokiem niezatroskanym. Jak chłopcy okrętowi, którzy nigdy nie bali się sztormu. Tymczasem sunie ku nam pochmurna groza, skłębiona i bura. Jesteśmy tak wysoko, że gdy burza tu dotrze, zatopi nas niczym odwrócona fala.

Mimo zbliżającej się katastrofy na dachu panuje szampański tłok, strzelają korki. Krystaliczna woda przelewa się ponad krawędzie Basenu Nieskończoności. Pływa się tu ponad światem, wśród szklanych wież wrastających w niebo. Barmani śpieszą się, chłodząc kieliszki i wypełniając je winem. Kelnerzy przypinają obrusy do stolików. Abba śpiewa o zwycięzcach, którzy biorą wszystko. Ciężkie portowe kontenery wyglądają stąd jak pudełka zapałek, unoszone na nitkach na pokłady kolorowych łódeczek. Wielka zatoka - jak źrenica w pawim oku biurowców. Cała wyspa lśni w przedwieczornym półmroku. A morze, usiane statkami zwróconymi dziobem do lądu, jest poczekalnią pełną zapatrzonych admiratorów. Lecz tu żaden z tych urokliwych drobiazgów nie ma znaczenia. Tu rzeczywistość nie sięga.
I wściekła burza, zamiast nadejść, ostatecznie usuwa się na bok. Wzięła wszystko poza nami. Wyciągam ramię i mrużąc oczy przed słońcem, muskam przesuwającą się tuż nad głową chmurkę. Pogoda dla bogaczy trwa.

Singapurczycy nie znają porażek. Pięćdziesięcioletnie życie wyspy jest prawidłowo przeprowadzonym eksperymentem, udaną hodowlą wielokulturowego narodu w regulowanych warunkach, triumfem człowieka nad jego słabościami, urzeczywistnieniem utopii. Przyszłość została tu zaplanowana i konsekwentnie wcielona w życie wspólnym wysiłkiem, ale pod skrupulatną opieką i kontrolą rządu, któremu przez ponad trzydzieści lat szefował jeden człowiek - premier Lee Kuan Yew, prawnik wykształcony w Cambridge. Odkąd niepodległy rząd stworzyło kilkunastu powołanych przez niego ludzi, państwo-miasto jest na stabilnym kursie.

Warunkiem powodzenia eksperymentu było zaufanie i posłuszeństwo wobec tych, którzy sprawują władzę. Pomocne okazały się: niewielka przestrzeń, nieduża populacja i naturalne wśród wyspiarzy rozumienie ograniczeń. 

- Chcesz pieniędzy? Zdobędziesz je, ale szykuj się na ciężką pracę. Chcesz wolności? Wyjedź stąd - atletyczny Rusłan zdmuchuje zapałkę i posyła mi uśmiech człowieka, który spróbował wszystkiego i teraz, gdy dosięgła go siwizna, korzysta z przywileju wygłaszania maksym. Jego mądrości unoszą się w powietrzu leniwie wraz z dymem tlącego się na podgrzewaczu drzewa agar. Wiatrak porywa płynący w górę koniuszek, rozwibrowuje i rozpyla nad naszymi głowami.  Stoimy oparci o szklany kontuar, od wielu godzin bawiąc się dialogiem, wpatrzeni w niewielkie buteleczki wypełnione niewyobrażalnie kosztownymi olejami i perfumami. Rusłan nie ma klientów, a wyłącznie gości. Jest spragniony rozmów. Przychodzą tu, do minimalistycznie urządzonego salonu zajmującego dziewiętnastowieczny islamski sklepik, ci najzamożniejsi. Politycy, którzy nic nie mogą. Modelki, które niczego nie pragną. Ludzie biznesu, którzy mają tak wiele od tak dawna, że nie pamiętają, co to jest tęsknota.

- To wszystko dobrzy ludzie - mówi spokojnie, tłumacząc naturę spełnionych marzeń. - Tylko nie mają już dokąd pójść. My nie mamy przyszłości. Nic się tu nie wydarzy, a w każdym razie niewiele.

Rusłan jest pobożnym muzułmaninem, bywałym w świecie i spełnionym. Może otworzy salon z perfumami w Moskwie, a może nie. Jakież to ma znaczenie? Pieniędzy zarobił w życiu dość, by rozumieć innych nasyconych, ospałych. Ten salon zapachów stał się jego azylem, altanką, garażem i szopą za stodołą - miejscem, do którego przychodzi pod koniec dnia, żeby pożyć i myśleć. Poza flakonikami jest tu sterta krzeseł, w miarę upływu wieczoru uszczuplana przez znajomych i przyjaciół. Dzieci biorą się znikąd, wbiegają, wtulają się w kolana, tupią bosymi stopami, zawisają na ramionach, czegoś chcą, szepczą do ucha i znów znikają. Ktoś zaparza herbatę, ktoś opowiada zabawną historię, ktoś czyta na głos artykuł z gazety. Ktoś inny wsuwa klapki i pospiesznie podwija rękawy, bo z meczetu sułtańskiego wołają na modlitwę. Przez dziesiątki lat na tej uliczce, wąskiej Bussorach Street, gromadzili się muzułmanie z całej Azji. Jedli i spali w hotelikach, by potem wspólnie wsiąść na statek i popłynąć na Hajj. Teraz wołanie muezina jest cichsze, modlitwy mniej żarliwe. Zostało tylko trochę dawnego zgiełku.

Trojgu swych dorosłych już dzieci Rusłan zapewnił nie tylko edukację, ale podróże do dalekich krajów. Powtarzał, że w drodze nauczą się więcej.

- Szkoła w Singapurze działa jak program, przycina głowy do szablonów, segreguje i wpycha w nieodwracalne ścieżki karier. Ludzie umieją jedno: podporządkować się - mówi tonem beznamiętnym, jak prezenter, który przywykł do złych wiadomości. - Synowie chcieli przejąć moje firmy, ale odmówiłem. Niech sami budują swoje życie.

Urodził się w Singapurze niedługo po drugiej wojnie światowej jako syn malezyjskich imigrantów. Pamięta z początków niepodległości rozregulowaną prowizorkę, łapówkarstwo i oszustwa, szybko wyplenione. Pamięta wyspę zabudowywaną ulica po ulicy.

- To dobre miejsce do życia. Tylko duszne. - Robi ruch dłonią, jakby strącał wieżowce do morza.

Ludzi i domów przybędzie. Singapur zna jeden model postępu - przez rozbudowę. W roku 2030 na wyspie ma mieszkać prawie siedem milionów ludzi. Potrzebnych jest dwieście tysięcy nowych mieszkań i więcej ziemi. Od uzyskania niepodległości wyspa urosła o sto trzydzieści siedem kilometrów kwadratowych, niebawem urośnie o kolejnych sto.

Wyspiarze są częścią sztucznie ustanowionego ładu. Singapur został w całości i w najwyższym znanym ludzkości stopniu zurbanizowany. Nie ma w nim centymetra, który nie podlegałby kontroli, niczego nie przeoczono. Infrastruktura zastąpiła naturę - jest intensywna, wszechobecna i zróżnicowana, jak las tropikalny, który rósł tu przed nią.

Jej miejsce zajęły wytwory zorganizowanej myśli, dążącej do realizacji ustanowionego zamiaru. Myśli wyrafinowanej, wyposażonej w moc stwarzania. Gdzie nie spojrzeć, Singapur jest dążeniem do doskonałości.

To rzeczywistość skończona. Przyszłość została osiągnięta. Wyspa znajduje się w ostatniej fazie zabudowy. Geografia i sąsiedzi nie pozwolą już na znaczne zwiększenie powierzchni. Pozostaje udoskonalać osiągnięcia. Ludzie nawykli do sukcesu będą teraz uczyli się radości z niespektakularnej jubilerskej roboty - szlifowania i tak już drogocennych klejnotów.

Co czwarty mieszkający na wyspie urodził się poza nią. W 2030 roku już połowę stanowić będą przyjezdni. Tak wielu żyje tu w poczuciu tymczasowości, z powodów pragmatycznych i szybko przemijających, że konstruowana usilnie piaskowa figura tożsamości narodowej wciąż się osuwa.

Ludzie niezakorzenieni pozostają wobec siebie życzliwie obojętni, większość odpowiedzialności powierzają państwu. Wydaje się, że nie znają lęku, łaknienia, bierności.

Tego stanu nie nazywają jednak szczęściem, rzadko się uśmiechają, a rzadziej jeszcze odczuwają pragnienie posiadania potomstwa. W Singapurze dzieci rodzą się rzadko, najrzadziej na świecie. Jego mieszkańcy przechowali w sobie za mało substancji życia, by chcieć podarować je innym.

Czy przekroczyli granicę, za którą istnienie staje się tak doskonałe, że próbuje popsuć własną perfekcję? A może kieruje nimi zmysł pokory, potrzeba korekty. Coś podszeptuje im, że ludzi jest za dużo, do tego zbyt rozpanoszonych, samolubnych, pora więc ustąpić naturze? Istnienie, które nadmiernie oddaliło się od biologii, jest materialnie zaspokojone, ale spustoszone duchowo i filozoficznie. Zaczyna pojmować własny bezsens. Przerażone próżnią, wybiera samozagładę.

Cokolwiek dokonuje się na wyspie, ma związek z dostatkiem. Pozbycie się zła uszczupliło dobro i teraz zagraża przetrwaniu.

Sir Stamford Raffles zakończył misję w Singapurze w 1824 roku. Po powrocie do Anglii powołał Londyńskie Towarzystwo Zoologiczne i został założycielem londyńskiego zoo, pierwszej tego typu instytucji naukowej na świecie."

Paulina Wilk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje