Porwanie polskiego biznesmena w Pakistanie i zdrada w szeregach polskiego wywiadu

W Pakistanie porwany zostaje przez talibów polski biznesmen. Grozi mu śmierć. Do akcji ratunkowej rusza super tajna jednostka Agencji Wywiadu znana jako "Sekcja".

Szybko okazuje się jednak, że porwanie jest tylko częścią szerszego planu, w który zaangażowane są wywiady różnych krajów i staje się ono powodem do bezwzględnych rozgrywek politycznych w Polsce. Pod kierunkiem ekscentrycznego Romana "Sekcja", czyli Monika - absolwentka ASP, Dima - były nielegał, Ela i Witek, z narażeniem życia próbują zdemaskować zdrajcę i podróżując przez Grecję, Rosję, Pakistan i RPA rozwikłać trudną szpiegowską zagadkę.

Reklama

Vincent V. Severski - urodził się w Warszawie w rodzinie oficera wojska polskiego. W młodości interesował się ekstremizmem lewicowym i sam sympatyzował z ruchami trockistowskimi. Studiował prawo na UJ a następnie, w Warszawie, gdzie poznał miedzy innymi Lecha Falandysza, Janusza Kochanowskiego i Ryszarda Kalisza.

Był oficerem wywiadu PRL i RP, działającym przez 26 lat pod przybraną  tożsamością. W 1982 roku ukończył Ośrodek Kształcenia Kadr Wywiadowczych jako jeden z prymusów.

W 1990 roku został pozytywnie zweryfikowany.

W 1982 roku skierowany do wydziału tak zwanej "dywersji", najważniejszego wówczas i największego wydziału polskiego wywiadu. Zajmował się wyszukiwaniem interesów zachodnich wywiadów, miedzy innymi w Solidarności.

Za granicą spędził 13 lat, z tego 12 już po 1990 roku. Realizował zadania na Wschodzie, Azji, Bliskim Wschodzie, Afryce i Europie. Odbył około 140 misji w blisko 50 krajach. Zna biegle trzy języki. Jest postacią dobrze znaną w międzynarodowym środowisku oficerów służb specjalnych.

Odszedł w 2007 roku na własną prośbę ze służby w wywiadzie w stopniu pułkownika.

Odznaczony i wyróżniany przez prezydentów i premierów RP, szefów zaprzyjaźnionych służb wywiadowczych oraz Legią Zasługi przez prezydenta Baracka Obamę.

Dla naszych internautów wraz z wydawnictwem Czarna Owca przygotowaliśmy kilka egzemplarzy książki. Aby zdobyć jeden z nich, wystarczy zmierzyć się z przedstawionym poniżej zadaniem konkursowym.

Wcześniej polecamy lekturę fragmentu książki "Zamęt".

FRAGMENT KSIĄŻKI:

"Nazywali go Tygrysem i on bardzo to lubił, bo taki przydomek miał wielki Zahir ad-Din Muhammad Babur.

Wszyscy myśleli, że jest Czeczenem, ale on był Lezginem z Dagestanu. W Waziristanie każdy należał do jakiegoś ple­mienia, więc nikogo nie interesowało, z którego kaukaskiego szczepu on pochodzi. Liczyło się, że był kiedyś przyjacielem Osamy.

Wyróżniał się talentem przywódczym, charyzmą i doświad­czeniem bojowym, a kałasznikow był częścią jego ciała. Okru­cieństwo wobec wrogów islamu dodatkowo podnosiło prestiż Tygrysa, budowało etos prawdziwego wojownika Allaha.

Osobiście ściął piętnastu żołnierzy, którzy wpadli w jego zasadzkę, i od tego czasu był najbardziej poszukiwanym terrorystą w Pakistanie. Przynajmniej teoretycznie, bo o każ­dej akcji wojska skierowanej przeciw jego oddziałowi wie­dział wcześniej.

Miał trzydzieści pięć lat, długą brodę, rudą i gęstą, którą nie­ustannie przeczesywał lewą ręką, i pakol przesunięty na czoło. Na co dzień nosił mundur polowy pakistańskich komandosów, do pasa przypiętą miał berettę i czterdziestocentymetrowy perski nóż z rękojeścią zdobioną macicą perłową. Mówił, że to prezent od Osamy, który dostał, gdy ochraniał go w górach Tora Bora. Wprawdzie żaden z piętnastu bojowników oddzia­łu Tygrysa nigdy nie spotkał boga Al-Kaidy, jednak sam fakt, że ich dowódca dotykał Amira al-Muminina, wystarczał, by poszli za nim na śmierć.

Nadszedł dzień, w którym Tygrys miał sprawdzić ich goto­wość oddania życia w imię Allaha.

Uderzenie na hotel Monal w Pir Sohawa było najtrudniejszą akcją, jaką przyszło mu przeprowadzać, niemal samobójczą, ale takie wyzwania lubił najbardziej. Obiekt położony był na wysokości ponad tysiąca pięciuset metrów, na szczytach gór Margala, skąd rozpościerał się przepiękny widok na Islamabad.

Ulubione miejsce artystycznej, biznesowej i politycznej eli­ty stolicy, popularne wśród dyplomatów i turystów, nie było specjalnie chronione. Prowadziła do niego tylko jedna wąska, ruchliwa, kręta droga, więc atak terrorystyczny wydawał się bezsensowny. Tak uważały władze.

Właśnie dlatego kilka miesięcy wcześniej Tygrys przygoto­wał plan uderzenia na Monal. Miał wszystko rozpracowane w najdrobniejszych szczegółach i - co najważniejsze - zapew­nioną pomoc od wewnątrz. Wiedział, że wycofać się stamtąd będzie bardzo trudno, dlatego zaplanował zakończenie akcji wielkim fajerwerkiem, tak by cały Islamabad mógł to zobaczyć.

Dochodziła dziesiąta trzydzieści i znów zaczęło padać. Sie­dzieli w kucki pod zielonymi pelerynami w niedużym, gęsto zarośniętym jarze, starając się chronić przed deszczem swoje automaty i amunicję. Do hotelu mieli wprawdzie tylko dziesięć minut przez rzadki las, lecz teren był podmokły i stromy, więc trudny do przejścia.

W ciszy powtarzali wersety Koranu, z niecierpliwością spo­glądając w stronę Tygrysa, który cały czas rozmawiał z kimś przez radiostację. Wydawał się bardziej zdenerwowany niż zwykle i wszyscy to wyczuwali.

Oryginalny plan uderzenia, który opracował, był zupełnie inny niż ten, jaki miał teraz zrealizować.

Chciał zaatakować w letni wieczór, kiedy hotel będzie pełen gości, niewiernych, by zadać jak najboleśniejsze straty, a po­tem wysadzić budynek w powietrze. Noc sprzyjałaby ucieczce i utrudniała pościg. Przyszło mu jednak poprowadzić natarcie w środku tygodnia, w godzinach porannych, podczas deszczu, kiedy w hotelu jest niewielu gości, wziąć zakładników i wycofać się z nimi w góry. To nie było to, co sobie wymarzył, ale taki otrzymał rozkaz i musiał go teraz wykonać.

- Przestało padać... Ruszamy - oznajmił głośno, podniósł się i zrzucił z siebie pelerynę. - W imię Boga Wszechmogące­go... Niech Bóg ma nas w swojej opiece...

- Allah akbar! - zgodnie zawołało ośmiu bojowników i też zrzuciło peleryny.

- Zaczynamy - zameldował jeszcze do radiostacji.

- Jesteśmy na miejscu - padło z głośnika. - Allah akbar... W imię boże...

Ruszyli gęsiego w dół po stromym, śliskim zboczu, przytrzy­mując się drzew. Po kilku minutach dotarli na skraj dużego ho­telowego parkingu, na którym stało kilka pojazdów. Ruch był niewielki: przemknął motocyklista, odjechał biały samochód. Skryci w krzakach, naciągnęli na twarze kominiarki.

Dowódca wysunął się do przodu i przez chwilę obserwował teren. Po czym dał znak ręką w lewo i czterech bojowników z kałasznikowami gotowymi do strzału oddaliło się w kierunku, który im wskazał. Dobrze wiedzieli, co mają robić.

Tygrys wbiegł na parking pierwszy, a czterech pozostałych bojowników parę sekund po nim. Rozdzielili się na dwie grupy i ruszyli w kierunku hotelu.

Wpadli do westybulu. Tygrys krótką celną serią zabił portie­ra i zaskoczonego ochroniarza, który nawet nie zdążył wyjąć broni. Chwilę później cały hotel zagrzmiał od przeciągłych serii z AK-47 i zatrząsł się od huku eksplodujących granatów. Zaraz też dołączył do tego przeraźliwy krzyk mordowanych ludzi.

Każdy dokładnie wiedział, co ma robić. Nie strzelali na oślep. Tygrys wraz z dwoma bojownikami wbiegł do restauracji, gdzie już wcześniej dotarł jego człowiek z grupy, która zaatakowała hotel od tyłu. Wszyscy goście i obsługa leżeli na podłodze. Kilkanaście osób z twarzami do ziemi.

- Muzułmanie, wstać! - krzyknął w urdu Tygrys.

Na zewnątrz słychać było powtarzające się serie z automa­tu. Podniosło się dziesięć osób, w tym dwie starsze kobiety w tradycyjnych salwar kamiz i z dupattą na ramionach. Do restauracji wbiegł mężczyzna w kominiarce na głowie i gar­niturze, jaki noszą pracownicy hotelu. Podszedł do Tygrysa i wskazując ręką w stronę czterech osób, które wciąż leżały, wyszeptał mu coś do ucha.

- Wstać! - Tygrys lufą karabinu pokazał, co mają zrobić. - Dokumenty!

Jednocześnie dał znak głową stojącemu obok bojownikowi, który szybko wymienił magazynek w swoim automacie i nawet nie mierząc, otworzył ogień do ludzi stojących z podniesio­nymi rękami."

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje