Pracowała tak dużo, że poroniła. To był dla niej znak

Świat chciałby, abyś była idealna. Intensywnie pracowała, miała czas dla dzieci i była zjawiskowo piękna. Stajesz się zakładniczką coraz większych i nierealnych oczekiwań. Z Shauną Niequist było podobnie. Goniła za karierą, gdy jej synkowie stawiali pierwsze kroki. Pakowała walizkę na kolejną delegację, nawet gdy poroniła, a na lotnisku wymiotowała z wyczerpania. Myślała, że właśnie praca sprawia, że jest ważna, potrzebna i kochana.

Wiedziała, że to zła droga, ale nie potrafiła uwolnić się od presji. Do czasu kiedy dostała list od przyjaciółki: "Stop, zatrzymaj się. Przemebluj swoje życie od podstaw". To był pierwszy dzień reszty jej nowego życia.

Teraz Shauna umie zrezygnować z kariery, aby spędzać czas z bliskimi. W swoim spokojnym życiu gotuje, modli się, kocha i jest kochana. Wie, że Bóg ją chroni, więc nie goni za każdą propozycją zawodową. Szpilki zmieniła na trampki, częściej mówi "nie", otworzyła drzwi swojego domu dla przyjaciół. Postanowiła być szczęśliwa!

Reklama

Shauna Niequist - matka, żona. Wierzy, że opowiadanie historii, głośny śmiech i zimna pizza na śniadanie są dobre niemal na wszystko. Shauna to mól książkowy, i pasjonatka spotkań ... szczególnie przy stole.

FRAGMENT KSIĄŻKI: 

(...)

O sprawianiu zawodu

Niektórzy ludzie czują się nieswojo na myśl, że mogliby kogoś zawieść. Myślą, że dobry człowiek nigdy nikogo nie rozczarowuje. Myślą, że jeśli się wystarczająco postarają, jeśli dobrze zarządzą czasem, jeśli będą wystarczająco bezinteresowni, religijni, pobożni, nigdy nie sprawią nikomu zawodu. Obawiam się, że czeka ich brutalna pobudka.

Wiem to, bo sama byłam jedną z nich. Przez wiele lat starałam się z całych sił, by ludzie wiedzieli, że jestem bardzo kompetentna, sprawna, odpowiedzialna. Chciałam, żeby za taką mnie uważali, bo wierzyłam, że wtedy stanę się bezpieczna i szczęśliwa. Jeśli będę odpowiedzialna i pracowita, będę też bezpieczna i szczęśliwa.

Droga na skróty do kompletnie wyczerpanej i zniechęconej wersji siebie, oderwanej od najlepszych przyjaciół, rozpaczliwie starającej się zachować odpowiedzialność, ale nagle bezsilnej.

Coś we mnie pękło, a mój gniew był silniejszy niż tak ceniona przeze mnie sumienność. Coś musiało ulec zmianie na fundamentalnym poziomie. Jedno wiem na pewno: po drodze kogoś zawiedziecie. Nie dorośniecie do czyichś oczekiwań i nie zaspokoicie potrzeb. Nie będziecie w stanie spełnić czyjejś prośby. Coś pozostanie nie zrobione lub zrobione licho. Całkiem możliwe, że ta osoba będzie zła albo smutna. Przecież zostawiono ją na lodzie. A może zamiast smutku czy złości zaczną was deprecjonować albo zawstydzać - może powiedzą coś na kształt: Najwyraźniej nie jesteś wystarczająco pracowita. Albo: Widocznie nie masz wielkich możliwości. Albo: Wydawało się, że można na ciebie liczyć. To ostre noże wbite prosto w serce osób takich jak ja, które są bardzo zależne od spełniania cudzych oczekiwań.

Ale mam dobre wieści: sami decydujecie, kogo zawiedziecie, komu powiecie "nie". A z czasem rozczarowywanie staje się łatwiejsze. Potrzeba przy tym poczucia głębokiej, bezwarunkowej miłości Boga i silnej świadomości własnego celu. Bez nich będziecie szukali u ludzi czegoś, co tylko Bóg może wam dać, i stracicie z oczu szerszy sens, by dążyć do pomniejszych celów czy celów innych ludzi.

Odnalezienie własnego celu wymaga z całą pewnością wiele czasu, a po drodze kusi nas wybranie w zamian natychmiastowej gratyfikacji, natychmiastowego rozwiązania, czyjejś aprobaty. Jednak słodycz uznania, pogłaskania po głowie często oddala nas od prawdziwej miłości, prawdziwego celu.

W podejmowaniu tego rodzaju decyzji pomaga mi czas, bo w pośpiechu zawsze mówię "tak". Kiedy mam czas, mogę sobie natomiast powiedzieć: Wróć do bycia kochaną, wróć do swojego celu. To, o co mnie proszą, nie niesie więcej miłości. I nie pomoże mi w osiągnięciu własnego celu.

Niektórzy z nas mają problem z rozczarowywaniem osób sprawujących władzę. Czy też osób, na których chcemy zrobić wrażenie, albo takich, które wydają się nam w jakiś sposób

wyjątkowe lub ważne. Zdałam sobie sprawę, że tym, co utrudnia mi sprawianie ludziom zawodu, jest moja skłonność do przeceniania bliskości więzi z daną osobą i poczucia, że nie mogę przecież zawieść tak bardzo dobrego przyjaciela. Jednak przy bliższym oglądzie okazuje się, że chyba nie jestem taką znów bliską przyjaciółką tej osoby. Nie zranię jej pewnie głęboko, raczej sprawię niewielkie rozczarowanie. To dwie bardzo różne rzeczy. I istnieje różnica między zaniedbywaniem przyjaźni czy więzi rodzinnych a mówieniem prawdy na temat własnych ograniczeń. Okazuje się, że wiele przyjaźni tak naprawdę się rozwija, kiedy szczerze przyznajemy, co możemy, a czego nie możemy zrobić.

Ludzie, którzy nie przejmują się szczególnie tym, co sądzą o nich inni, nie mają zasadniczo problemu z rozczarowywaniem. Szczerze mówiąc, ja do nich jeszcze nie należę. Myślę, że to łatwiejsze dla mężczyzn niż dla kobiet, zwłaszcza dla matek, być może dlatego, że wchodzimy w ten tryb - okres wycierania nosów, nasypywania płatków i zaspokajania potrzeb.

Powtarzam sobie: to nie sprawi, że poczujesz się kochana, więc jeśli dlatego mówisz "tak", to nie jest dobry powód. Nie znajdziesz w tym miłości, której pragniesz, a w jej miejsce poczujesz zniechęcenie i gniew. Na tym etapie koncentruję się na konkretnej, ograniczonej liczbie spraw i jeśli to, o co mnie poproszono, do nich nie należy, to staje mi na drodze. Dlatego właśnie świadomość własnych celów i priorytetów w danym okresie życia jest tak ważna - bo owe zobowiązania stają się papierkiem lakmusowym dla wszystkich decyzji, z którymi się mierzymy.

Wyobraźcie sobie wasze relacje w postaci koncentrycznych kręgów: krąg wewnętrzny to małżonkowie, dzieci, najlepsi przyjaciele. Kolejny to reszta rodziny i dobrzy znajomi. A w ostatnim są ludzie, których znacie słabiej, współpracownicy i tak dalej. Starajcie się jak najrzadziej zawodzić ludzi z centrum. A następnie nauczcie się coraz lepiej sobie radzić z rozczarowywaniem ludzi z zewnętrznego kręgu - tych, z którymi nie jesteście tak blisko, którzy nie wymagają i nie powinni wymagać waszego niesłabnącego zaangażowania. Aby to osiągnąć, musicie wskazać nawet swoim najbliższym - a może szczególnie im - realistyczne oczekiwania względem tego, co możecie im dać.

Sprawiamy ludziom zawód, bo mamy swoje ograniczenia. Musimy zaakceptować ich istnienie, by pogodzić się z tym, że będziemy zawodzić innych. Mam t y l k o t y l e czasu. Mam t y l ko t y l e energii. Mam t y l ko t y l e możliwości towarzyskich. To się robi łatwiejsze. Kilka pierwszych "nie" było straszne. W miarę jednak jak regularnie mówimy prawdę o tym, co możemy, a czego nie możemy zrobić, kim jesteśmy, a kim nie, zaskakuje nas, jak niektórzy nam kibicują. I szczerze mówiąc, jak coraz mniej nas obchodzi, gdy inni tego nie robią. Kiedy powiecie: To mogę zrobić, a tego nie, odkryjecie w tym ogromną wolność. Będziecie wolni, by kochać swoją pracę, bo nie używacie jej jako chytrego sposobu na zdobycie miłości i uznania. Będziecie wolni, by kochać to, co dajecie ludziom, bo dajecie to z własnej woli, a nie skrępowani niechęcią czy gniewem.

Moją odruchową odpowiedzią jest "tak". Moim trybem domyślnym jest "tak". Uczę się jednak, że czas i szczerość, przestrzeń i modlitwa, pisanie i rozmowy z Aaronem pomagają mi dostrzec wyraźniej, co mogę, a czego nie, z pełnym sercem, bez urazy czy pośpiechu. Niedawno dalsza znajoma poprosiła o pomoc. I włączyły mi się stare instynkty. Jasne! Do usług! Dla ciebie wszystko! A potem zatrzymałam się, pomodliłam, pooddychałam, i chwilę odczekałam, a następnie z miłością i życzliwością zawiodłam ją.

I z radością donoszę, że obie to przeżyłyśmy.

Małe kroczki.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje