Tragiczna historia 26-latki. Zamiast wesela był pogrzeb

Los wywrócił życie Aimee do góry nogami. W dniu, w którym miała stanąć na wymarzonym ślubnym kobiercu, pochowała miłość swojego życia – Jamesa. Po pogrzebie podeszła do niej tajemnicza kobieta, twierdząc, że ukochany nie umarł. I choć cały świat przekonuje Aimee, że życie musi toczyć się dalej, w jej sercu cały czas tli się nadzieja i niepokój. Nie zdoła zapomnieć o przeszłości, dopóki nie dowie się, czy James żyje.

Kerry Lonsdale - amerykańska pisarka, jej debiutancka powieść "Nigdy nie zapomnę" stała się bestsellerem Amazona i "Wall Street Journal", budząc wzruszenie i zachwyt tysięcy czytelniczek. Autorka mieszka w północnej Kalifornii wraz z mężem, dwojgiem dzieci i starym golden retrieverem, który jest przekonany, że nadal jest szczeniakiem.

Reklama

FRAGMENT KSIĄŻKI:

W dniu naszego ślubu James, mój narzeczony, dotarł do kościoła w trumnie.

Tyle lat wyobrażałam sobie, jak będzie czekał na mnie przed ołtarzem, z uśmiechem przeznaczonym tylko dla mnie. Na tę myśl zawsze czułam przyspieszone bicie serca. A teraz zamiast iść główną nawą w stronę mojego najlepszego

przyjaciela, mojej pierwszej i jedynej miłości, znalazłam się na jego pogrzebie.

Usiadłam koło swoich rodziców. Kościół pełen był przyjaciół i krewnych moich i Jamesa. Mieli być gośćmi na naszym ślubie. Zamiast tego jednak przyszli pożegnać człowieka, który umarł za młodo, zbyt szybko. Niedawno skończył dwadzieścia dziewięć lat.

A teraz odszedł. Na zawsze.

Po policzku spłynęła mi łza. Wytarłam ją wymiętą chusteczką.

- Proszę, Aimee. - Mama podała mi nową. Zgniotłam ją w dłoni.

- Dzię-ękuję - głos załamał mi się, przechodząc w szloch.

- To ona? - wyszeptał ktoś z tyłu, a ja stężałam.

- Tak, to narzeczona Jamesa - brzmiała cicha odpowiedź.

- Biedactwo. Wygląda tak młodo. Od dawna byli zaręczeni?

- Nie jestem pewna, ale znali się od dzieciństwa.

Ktoś westchnął ze zdziwieniem.

- Podobno znaleźli ciało dopiero po kilku tygodniach.

Wyobrażasz sobie, jak się musiała czuć, kiedy nie wiedziała, co się z nim dzieje?

Jęknęłam. Usta mi drżały.

- Hej, może trochę szacunku. - Mój tata skarcił szeptem kobiety za nami. Wstał, z trudem przecisnął się za mamę i mnie, po czym usiadł koło mnie, tak że siedziałam bezpiecznie wciśnięta pomiędzy rodziców. Objął mnie ramieniem

i zasłonił przed wścibskimi szeptami i ciekawskimi spojrzeniami zgromadzonych.

Zagrały organy i rozpoczęła się ceremonia. Wszyscy wstali.

Podniosłam się powoli jak staruszka, całe ciało miałam obolałe, musiałam przytrzymać się ławki przed sobą, żeby nie opaść z powrotem na miejsce. Wszystkie oczy skierowane były na główne wejście, którym właśnie wnoszono trumnę.

Patrzyłam na podążających za księdzem mężczyzn i nie mogłam powstrzymać myśli, że na ramionach dźwigają coś więcej niż tylko rozkładające się ciało mojego narzeczonego, którego stan nie pozwalał na otwarcie trumny. Wraz z nim

nieśli wszystkie nasze marzenia i nadzieje, dokładne plany na przyszłość. Pomysł Jamesa, żeby założyć własną galerię sztuki w centrum miasta, kiedy już rzuci pracę w rodzinnej firmie. Moje marzenie o restauracji, którą mogłabym otworzyć, kiedy moi rodzice przejdą na emeryturę i zamkną swoją.

Mały chłopczyk, którego wyobrażałam sobie pomiędzy Jamesem i mną, trzymający nas za ręce.

Wszystko to dzisiaj zostanie złożone do grobu. 

Z gardła wyrwał mi się kolejny szloch, echo odbiło się od ścian kościoła, zagłuszając cichnące organy.

- Nie, nie dam rady - wykrztusiłam.

Straciłam Jamesa. Ze swojego miejsca w drugiej ławce czułam, jak współczujące spojrzenia wypalają mi dziurę w plecach.

Powietrze było ciężkie, dusząca mieszanina potu i kadzidła, zaprawiona słodkim jak syrop zapachem orchidei, których bukiety przystrajały całą świątynię. Zamówiliśmy je na nasz ślub, a Claire Donato, matka Jamesa, zadecydowała,

by dostarczono je na pogrzeb. Ten sam kościół. Te same kwiaty. Tylko nie ta uroczystość.

Poczułam, jak wszystko przewraca mi się w żołądku. Zakryłam usta dłonią i spróbowałam wydostać się z ławki, ale mama złapała mnie za rękę i uścisnęła mocno. Objęła mnie, a ja oparłam głowę na jej ramieniu.

- Ćśśś, ćśśś - wyszeptała uspokajająco. Łzy spływały mi po policzkach.

Niosący trumnę złożyli ją na metalowym postumencie, a następnie zajęli miejsca w ławkach. Thomas, brat Jamesa, usiadł na przodzie obok Claire, ubranej w czarny kostium, z włosami zebranymi w siwy kok, spięty i sztywny jak jej sylwetka. Phil, kuzyn Jamesa, ulokował się obok nich.

Odwrócił się i popatrzył na mnie, skinął głową na powitanie.

Przełknęłam ślinę i cofnęłam się odruchowo, aż łydkami dotknęłam drewnianej ławki.

Claire spojrzała w moją stronę.

- Aimee.

Zmusiłam się, by się na niej skupić.

- Claire - wymamrotałam.

Nie rozmawiałyśmy ze sobą od chwili, gdy dotarła do nas wiadomość o śmierci Jamesa. Claire wyraźnie dała mi odczuć, że moja obecność dotkliwie przypomina jej o utraconym najmłodszym synu. Trzymałam się więc z dala, dla dobra nas obu.

Tymczasem pogrzeb przebiegał zgodnie z przewidywalnym rytmem wyznaczanym przez kolejne rytuały i hymny.

Przemowy docierały do mnie jak przez mgłę, ledwo słyszałam czytania. Po zakończeniu uroczystości wymknęłam się na zewnątrz, zanim ktokolwiek zdołał mnie zatrzymać.

Odebrałam już tyle kondolencji, że wystarczyłoby na całe życie, a może i dwa.

Żałobnicy wylewali się na dziedziniec, zobaczyłam podjeżdżający karawan. Próbowałam oddalić się niepostrzeżenie, ale kiedy zerknęłam za siebie, napotkałam wzrok Thomasa.

Wyszedł w ślad za mną z kościoła i zamknął mnie w mocnym uścisku. Szorstki materiał garnituru otarł się o mój policzek.

Był taki podobny do Jamesa: ciemne oczy i włosy, oliwkowa cera. Jakby był starszą, bardziej barczystą wersją mojego narzeczonego - a mimo to tak bardzo się odeń różnił.

- Dobrze cię widzieć. - Jego oddech musnął mi włosy.

- Mało brakowało, a zostałabym w domu.

- Wiem. - Poprowadził mnie na bok, pod ogrodzenie porośnięte milinem. Lawendowe kwiaty kołysały się na lekkim lipcowym wietrze. Przybrzeżna mgła, przed świtem spowijająca Los Gatos, rozwiała się wraz z promieniami letniego

słońca. Już teraz było za ciepło. Thomas pochylił się i złapał mnie za ramiona.

- Trzymasz się jakoś?

Pokręciłam tylko głową, przyciskając język do podniebienia, by powstrzymać szloch. Wyswobodziłam się z jego objęć.

- Muszę iść.

- Wszyscy musimy. Chodź, pojedziesz ze mną. Zabiorę cię na pogrzeb i na stypę.

Znów pokręciłam głową. Wiedziałam, że przyjechał do kościoła razem z Claire i Philem. Thomas westchnął ciężko.

- Nie przyjdziesz.

- Będę tylko na pogrzebie. - Wplątałam palce w wiązanie mojej kopertowej sukienki. Przyjechałam na nabożeństwo z rodzicami i razem z nimi zamierzałam odjechać. - Stypa to uroczystość twojej matki. Będą tam jej krewni i przyjaciele.

- To także krewni i przyjaciele twoi i Jamesa.

- Wiem, ale...

- Rozumiem. - Thomas sięgnął do kieszeni i wyjął z niej złożoną kartkę papieru. - Nie wiem, kiedy się znowu zobaczymy...

- Nigdzie się nie wybieram. Tylko dlatego, że James nie... - przełknęłam ślinę i wbiłam wzrok w czubki swoich butów, czarnych czółenek. Nie białych atłasowych pantofelków bez palców, które miałam założyć tego dnia. - Zadzwoń

kiedyś. Albo wpadnij - zaproponowałam.

- Będę w rozjazdach.

Podniosłam głowę.

- Tak?

- Proszę. To dla ciebie.

Rozwinęłam papier, który mi podał, i aż się zachłysnęłam.

To był czek, podpisany przez Thomasa. Na bardzo dużą kwotę.

- Co...? - ręce zaczęły mi drżeć, kiedy dotarło do mnie, co zobaczyłam. Dwieście dwadzieścia siedem tysięcy dolarów.

- James zamierzał zmienić testament, jak tylko się pobierzecie, ale... - Thomas potarł palcami szczękę, a potem opuścił dłoń. - Nadal jestem jego spadkobiercą. Nie dostałem jeszcze pieniędzy z jego kont, ale to wszystko, co byś otrzymała, z wyjątkiem udziałów w Donato Enterprises. Tych nie mógłby ci zapisać.

- Nie mogę przyjąć twoich pieniędzy. - Spróbowałam oddać mu czek.

Thomas schował ręce w kieszeniach.

- Ależ możesz. Dzisiaj mieliście wziąć ślub, więc byłyby twoje.

Raz jeszcze przyjrzałam się cyfrom na papierze. To była fortuna.

- Twoi rodzice niedługo przejdą na emeryturę, prawda?

Możesz odkupić od nich restaurację albo otworzyć coś swojego.

James wspominał, że o tym myślałaś.

- Nie podjęłam jeszcze decyzji.

- To wyjedź gdzieś, zobacz trochę świata. Ile ty masz lat, dwadzieścia sześć? Całe życie przed tobą. Zrób coś, co cię uszczęśliwi. - Uśmiechnął się smutno i spojrzał ponad moim ramieniem, na kogoś lub na coś po drugiej stronie dziedzińca.

- Muszę iść. Trzymaj się, dobrze? - pocałował mnie w policzek.

Poczułam na skórze delikatny dotyk ust, ale jego słowa ledwo do mnie docierały. Gwar na dziedzińcu wzmagał się, jednak ja byłam myślami daleko. "Zrób coś, co cię uszczęśliwi".

Nie miałam pojęcia, co by to mogło być. Już nie. 

Chciałam się pożegnać z Thomasem, ale zniknął. Kiedy się obejrzałam, zobaczyłam, że stoi po przeciwnej stronie dziedzińca, obok matki i kuzyna. Phil musiał poczuć mój wzrok, bo odwrócił się i spojrzał na mnie. Znacząco uniósł brew. Przełknęłam ślinę. Pochylił się do Claire i coś do niej powiedział, a potem ruszył w moim kierunku.

Powietrze osiągnęło temperaturę oleju na rozgrzanej patelni. Usłyszałam głos Jamesa, echo sprzed lat. "Uciekajmy stąd".

Wcisnęłam czek do torebki i poszłam w stronę parkingu. Zostawiałam za sobą swoją przeszłość, nie wiedząc, co mnie czeka ani nawet jak uda mi się stąd wydostać. Nie miałam samochodu.

Zatrzymałam się przy krawężniku i zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam jednak wrócić pod kościół i poszukać rodziców. Nagle podeszła do mnie starsza kobieta z jasnymi, krótko obciętymi włosami.

- Panna Tierney?

Próbowałam dać jej znak, żeby odeszła. Nie miałam siły na kolejne kondolencje.

- Proszę, to ważne.

Coś dziwnego w jej głosie sprawiło, że się zawahałam.

- Czy ja panią znam? - zapytałam.

- Jestem przyjaciółką.

- Jamesa?

- Pani. Mam na imię Lacy. - Wyciągnęła do mnie dłoń.

Spojrzałam na jej zawieszoną w powietrzu rękę, po czym popatrzyłam wyżej, by napotkać jej wzrok. Miała oczy w dziwnym lawendowym kolorze.

- Przepraszam. Czy my się znamy?

- Przyjechałam z powodu Jamesa. - Opuściła dłoń i spojrzała do tyłu przez ramię. - Mam pewne informacje o jego wypadku.

Łzy znów napłynęły mi do oczu. Wzięłam głęboki oddech. Czułam ucisk w płucach od płaczu, którym ciągle się zanosiłam przez ostatnie tygodnie. James powiedział, że wyjeżdża tylko na cztery dni, na krótką delegację. Lot do Meksyku, wyprawa na ryby z klientem, dopięcie szczegółów kontraktu przy kolacji i powrót do domu. Kapitan łodzi zeznał, że widział, jak James rzucił cumę, a kiedy marynarz skończył sprawdzać silnik, Jamesa już nie było. Tak po prostu. Zniknął.

To było dwa miesiące temu.

Poszukiwania trwały tygodniami, w końcu uznano go za zmarłego. A potem, według tego, co powiedział mi Thomas, morze wyrzuciło ciało Jamesa na brzeg. Lacy prawdopodobnie nie wiedziała, że odnaleziono zwłoki.

Sprawa była zamknięta.

- Spóźniła się pani. On...

- Żyje. James żyje.

Szeroko otworzyłam oczy ze zdumienia. Co się uroiło tej kobiecie? Wskazałam na karawan.

- Proszę popatrzeć!

Popatrzyła. Razem obserwowałyśmy, jak pracownik przedsiębiorstwa pogrzebowego zamyka tylne drzwi i wskakuje na siedzenie kierowcy. Powoli ruszył w stronę cmentarza. Rzuciłam mojej towarzyszce znaczące spojrzenie. Ona jednak nie odrywała oczu od auta. Nagle wyszeptała z fascynacją w głosie:

- Chciałabym wiedzieć, co takiego jest w tej trumnie.


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje