Córka za ścianą nie wytrzymała

W najbliższych dniach sanepid sprawdzi, czy w mieszkaniu w Brzyskorzystewku mogą przebywać ludzie i czy stan sanitarny nie zagraża epidemią i chorobami, które mogłyby dotknąć mieszkających za ścianą.

2 września minęło 8 lat od wypadku, któremu na rusztowaniu w stoczni w Gdańsku uległ pracownik budowlany z Brzyskorzystewka Tadeusz D. Doznał wówczas poważnych urazów, m.in. czaszki i kończyn. Obudził się w szpitalnym łóżku po kilkunastu dniach i nie pamiętał okoliczności upadku z dużej wysokości podczas pracy. Leczenie trwało bardzo długo, a rehabilitacja nie spowodowała powrotu do dawnej sprawności.

Rozpad rodziny

Reklama

W efekcie 50-letni obecnie mieszkaniec Brzyskorzystewka pozostaje nie w pełni sprawny. Porusza się z trudnością. Nie zdołał też jako budowlaniec znaleźć żadnej pracy i nie przekwalifikował się, by wykonywać inny zawód. Do dzisiaj pozostaje bez zatrudnienia i utrzymuje się z zasiłków celowych Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Żninie.

Przed laty Tadeusz D. miał liczną rodzinę. Jednak jeszcze przed wypadkiem w stoczni żona wniosła o rozwód. Tragedia, która spotkała Tadeusza D. na Wybrzeżu, nie zdołała scementować na powrót rodziny. Orzeczony został rozwód. Była żona założyła własną rodzinę. Teraz wszyscy mieszkają w jednym z budynków wielorodzinnych w Brzyskorzystewku. Wcześniej była żona wykupiła mieszkanie od Agencji Nieruchomości Rolnych. Pieniądze na ten cel znalazły się dzięki pomocy rodziny, choć dzisiaj Tadeusz D. jest przekonany, że i on miał w wykupie swój udział finansowy. Przez lata pracował na budowach, w tym w Niemczech, i twierdzi, że prawie wszystkie pieniądze przysyłał rodzinie do Brzyskorzystewka. Z tych więc źródeł można było wykupić mieszkanie. Wydzielone z niego zostało jednoizbowe lokum z łazienką, które była żona pozwoliła użytkować swemu ex-mężowi. Sama wraz z pozostałą rodziną, w tym z częścią dorosłych już dzieci Tadeusza D., mieszka za ścianą. Łącznie mieszkanie to zasiedla 14 osób, najmłodsze dziecko ma roczek. Oprócz tego w budynku są jeszcze inni lokatorzy, jedno z mieszkań znajduje się w tym samym korytarzu, co mieszkanie Tadeusza D.

"Dyskomfort życia jest duży"

Sąsiadka, która mieszka obok, przyznaje w rozmowie, że dyskomfort życia naprzeciwko 50-latka z niepełnosprawną nogą jest duży. Jednak na pewno nie wynika on z tej niepełnosprawności, ale ze stylu życia, jaki kilka lat temu obrał sobie Tadeusz D. Mężczyzna zaniedbał całkowicie higienę osobistą i nie wykonuje jakichkolwiek czynności, by utrzymać zajmowane mieszkanie w należytym porządku.

Dyrektor Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Żninie Maria Bursztyńska i pracownica MOPS, która bezpośrednio zajmuje się pomocą Tadeuszowi D., przyznają, że problemem jest jego uzależnienie od alkoholu. - Choć to nie tylko alkoholizm, bo też mania zbieractwa. Jest to jakiś defekt psychiczny, ale z tego powodu się nie ubezwłasnowolnia ludzi - mówi Maria Bursztyńska.

Mieszkający za ścianą krewni Tadeusza D. obawiają się, że stwarza on niebezpieczeństwo. Boją się, że którejś nocy obudzi ich ogień trawiący ściany domu.

- Były już dwa pożary. Udało się zapobiec większym stratom dzięki temu, że szybko zostały zauważone przez inne osoby i podjęto interwencję. Niemniej tata nieraz groził podpaleniem. Obawiamy się, że może pójść z dymem cały budynek i wiele osób straci dach nad głową - opowiada jedna z córek Tadeusza D., która założyła własną rodziną, ale nadal mieszka z mamą i rodzeństwem. Przypomniała ona, że w 2007 r. w mieszkaniu zajmowanym przez ojca wybuchł pożar. W efekcie trzeba było odnawiać mieszkanie.

- Wtedy to dzięki pomocy Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie tata otrzymał nową łazienkę: kabinę z brodzikiem, toaletę, zlew itd. Miał naprawdę dobre warunki w tym mieszkanku, ale zaczął znosić graty. Kabina prysznica stała się kontenerem na śmieci, tak jak wszystkie meble. Pełno różnego rodzaju syfu wala się po podłogach. Ta pomoc w zorganizowaniu łazienki to było 10.000 zł i jak widać, pieniądze wyrzucone zostały w błoto - opowiada córka Tadeusza D. Jej matka dodaje, że z mieszkania byłego męża wydobywa się bezustannie smród, który dociera do wszystkich mieszkań w budynku.

Jej zdaniem dzieci - zwłaszcza te młodsze - mogą być narażone na choroby i zakażenia, zwłaszcza że do mieszkań przedostają się robaki. Potwierdza to także jedna z sąsiadek Tadeusza D., która jakiś czas temu była bardzo zaskoczona, gdy znalazła w swym mieszkaniu podłużne robaki. Nie umie ich nazwać, według niej przypominały glisty.

Gdy odwiedziliśmy Tadeusza D. w Brzyskorzystewku przed południem w ostatni wtorek, wracał akurat z dwoma reklamówkami. Niósł w nich różnego rodzaju elementy metalowe i inne rupiecie.

- Zamierzam posegregować to i oddać na złom, bo z tego żyję - mówił po wejściu do mieszkania obracając w ręku mosiężny wkład do zamka. Oprócz tego w przyniesionych torbach były m.in. stare śrubki i przerdzewiałe narzędzia. Tadeusz D. zapowiadał, że wszystko to sprzeda w punkcie skupu w Żninie.

Zwróciliśmy uwagę, że wszystkich śmieci, które znajdują się w domu, nie da rady zezłomować, bo wśród nich są i papiery, i plastikowe zabawki, i inne przedmioty znalezione na ulicach i w śmietnikach. Zapytaliśmy Tadeusza D., dlaczego nie podejmuje prób uporządkowania swego mieszkania.

Przecież w związku z tym, jak tutaj wygląda, odsunęły się od niego dzieci i wnuki, a i sąsiedzi starają się trzymać jak najdalej.

- Po wypadku straciłem sens życia. Ale nie uważam, żebym pił alkohol więcej niż inni. Piję tyle, co normalny mężczyzna, zresztą na więcej nie mam pieniędzy. Jest prawdą, że jeśli chodzi o porządek w domu, to ostatnio się pogubiłem, ale obiecuję, że to wszystko ogarnę - deklarował Tadeusz D.

Po wcześniejszym zaprószeniu ognia w mieszkaniu ojca, uwagi co do bezpieczeństwa mieszkańców w budynku zgłaszała w prokuraturze jego córka. Ostatecznie opiekę nad Tadeuszem D. roztoczył kurator.

"Część towarów spożywczych spienięża za pół ceny, by kupić alkohol"

Maria Bursztyńska przekazała nam, iż pomoc MOPS dla Tadeusza D. odbywa się na tej zasadzie, że w miejscowym sklepie może on pobrać niezbędne towary spożywcze i pierwszej potrzeby na rachunek Opieki Społecznej. Nie może brać ze sklepu alkoholu i tytoniu.

- Niestety, mamy wiedzę, że część towarów spożywczych spienięża za pół ceny, by kupić alkohol. Należy się zastanowić, gdzie jest odpowiedzialność lokalnego środowiska. Ci ludzie wiedzą, że otrzymuje pomoc na wyżywienie, dostaje też węgiel do kurierka, który mu kupiliśmy. Zamiast odmawiać mu nabycia tego jedzenia, to kupują od niego, wiedząc, że zaraz w ten sposób uzyskane pieniądze wyda na to, na co nie powinien. Niestety, istnieje na to przyzwolenie, dlatego ja apeluje, by ludzie zweryfikowali swoje postępowanie w tych i podobnych przypadkach - tłumaczy dyrektor MOPS. Często też Tadeuszowi D. jedzenie kupuje pani z Opieki, która pod swoją pieczą ma beneficjentów z Brzyskorzystewka.

Wobec Tadeusza D. stosowana jest zasada kija i marchewki. Bywa mobilizowany do posprzątania obietnicą otrzymania kolejnej pomocy celowej. Jednak jest to metoda, która daje tylko krótkotrwałe i powierzchowne efekty, jeśli chodzi o porządek w mieszkaniu. Bywa tak, że pracownik socjalny nie może wejść do mieszkania, bo wejście jest zawalone rupieciami zebranymi przez Tadeusza D. On sam myje się sporadycznie i to tylko ręce czy twarz, np. odwiedzając jedną z sąsiadek, której pomaga napalić w piecu.

Zapach w mieszkaniu zajmowanym przez Tadeusza D. jest nieprzyjemny i bardzo intensywny. Muszla klozetowa w toalecie nie jest spłukana i wypełniona fekaliami. Obok niej stoi patelnia z sosem, który mężczyzna przyrządził sobie dzień wcześniej i zostawił właśnie tam na przechowanie z racji chłodu panującego w pomieszczeniu. Ma on ustrzec sos przed zepsuciem.

Na kuchence stoi kolejna patelnia z zeschniętymi plasterkami wędliny, które tkwią w gęstej zawiesinie tłuszczu. - Przygotowałem tego więcej, aby było na później. Nie mam lodówki. Co jakiś czas odsmażam, żeby się nie zepsuło - tłumaczy mężczyzna. Opowiada też, że w wiaderku, które stoi obok kuchenki, jest farba, którą zamierza odświeżyć mieszkanie. - Powinienem zginąć 8 lat temu, niepotrzebnie przeżyłem, ale skoro żyję, to spróbuję się jakoś ogarnąć - mówi. Potwierdza skinieniem głowy hipotezę, którą mu przedstawiamy, że jeśli się umyje, a mieszkanie uda mu się odświeżyć, to dzieci i wnuki chętniej będą go odwiedzały.

Jednak krewni mężczyzny nie bardzo wierzą w jego deklaracje. Dzieci, mimo takich deklaracji, widziały już tatę w sytuacjach, o których chciałyby zapomnieć. Najważniejsze dla nich jest teraz bezpieczeństwo, w styczniu bowiem po raz kolejny doszło do zaprószenia ognia w mieszkaniu 50-latka. Tym razem, jak opowiada Tadeusz D., była to wina mężczyzny, który akurat był u niego i na kanapie zasnął prawdopodobnie z tlącym się papierosem. Na szczęście Tadeusz D. zdołał w porę ugasić pożar.

Chcieć musi sam

Była żona Tadeusza D. już od wielu miesięcy zastanawia się nad złożeniem wniosku do sądu o wydanie nakazu eksmisji mężczyzny z uwagi na niebezpieczeństwo, które stwarza jego przebywanie w zajmowanym lokalu. W związku z zagrożeniem pożarowym można też wnioskować do prokuratury o wydanie nakazu przymusowego leczenia osoby, która to zagrożenie wywołuje, a cierpi na alkoholizm. Taki przymus, jak podkreśla dyrektor MOPS, jest skuteczniejszy w skłonieniu chorego do podjęcia walki z nałogiem niż decyzje o kierowaniu na terapię przez komisję przeciwdziałania problemom alkoholowym.

- Jednak obojętnie, czy to policja zabierać będzie chorego do punktu konsultacyjnego dla uzależnionych, czy też odwozić na terapię stacjonarną do szpitala, to nie ulega wątpliwości, że jeśli sam uzależniony nie przekona sam siebie do leczenia, to nie wyjdzie z tej matni - mówi Maria Bursztyńska. Dyrektor MOPS dodaje, że od momentu wypadku Tadeusz D. nie może odnaleźć w sobie wiary i przekonania, że jego życie może się potoczyć w dobrym kierunku. Zaniedbał też możliwości ubiegania się o stały zasiłek z uwagi na niepełnosprawność, gdyż nie stawił się przed komisją w Mogilnie.

Sprawdzą, czy dalej tak można

W zeszłym tygodniu córka Tadeusza D. skierowała swoje kroki do Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Żninie. Po konsultacji z rodziną zdecydowała się złożyć wniosek o przeprowadzenie kontroli przez inspektorów sanepidu w domu ojca. Mają sprawdzić, czy sytuacja, do której doprowadził lokator, zagraża niebezpieczeństwu mieszkańców budynku i czy w ogóle ze względów sanitarnych mieszkanie Tadeusza D. nadaje się jeszcze do zasiedlania. Córka chce, ażeby stwierdzić, czy ta sytuacja nie zagraża epidemią, która mogłaby dotknąć osoby mieszkające po sąsiedzku, w tym małe dzieci.

Tadeusz Kosiara ze żnińskiego sanepidu potwierdził, że wniosek wpłynął i w najbliższych dniach interwencja w Brzyskorzystewku zostanie podjęta. Wnioski z tej wizyty zostaną przekazane właścicielowi mieszkania czy też jego administratorowi, w zależności od ustaleń. Jeśli stwierdzone zostaną zagrożenia, to sprawa może zostać skierowana do sądu.

Końcowym rezultatem może być eksmisja. Przypomnijmy, że w 2004 r. pisaliśmy o podobnej sytuacji w jednym z mieszkań w bloku w Piechcinie. Tam skończyło się to wszystko właśnie eksmisją mieszkańców z uwagi na zagrożenie epidemiologiczne, które stwarzali dla całego bloku.

Maria Bursztyńska stwierdziła, że w przypadku eksmisji Tadeusz D. trafić może do schroniska, gdyż obecnie gmina Żnin nie dysponuje lokalem, który mogłaby mu przydzielić.

- Byłem kiedyś na czas remontu w mieszkaniu w jakimś ośrodku pobytowym. Nie wiem, czy byłbym potrafił żyć w schronisku. Raczej nie. Prędzej wykopię sobie dół w lesie. W ziemiance nie zamarznę - stwierdził na zakończenie rozmowy Tadeusz D.

Karol Gapiński

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy