Małgosia Elwertowska walczy o powrót do sprawności

Małgosia Elwertowska była w drugim miesiącu ciąży, kiedy zdenerwowana rozmową telefoniczną straciła przytomność i w krytycznym stanie trafiła do szpitala. Mimo fatalnych pierwszych rokowań lekarzy, kobieta przeżyła. Na początku lutego zostanie mamą, ale jeszcze długo będzie wracać do zdrowia.

Jarosław Elwertowski jest marynarzem. O problemach zdrowotnych żony, u której zdiagnozowano pęknięcie naczyniaka tętniczo-żylnego, dowiedział się 18 lipca, kiedy jego statek był u wybrzeży Kanady.

Reklama

- Pamiętam, że to był piątek. Dostałem od Gosi maila. Pisała, że jej głowa pęknie, tak się zdenerwowała rozmową w sprawie reklamacji butów. Godzinę później był telefon ze szpitala. Przekaz był jasny: żona umiera - wspomina w rozmowie z Interią.

Do domu wracał dwa dni. W międzyczasie jego żonę, na wniosek rodziców, przeniesiono ze szpitala w Toruniu do Bydgoszczy i od razu założono drenaż. Rokowania lekarzy z Torunia wróżyły najgorsze. Neurochirurg stwierdził nawet, że przypadek Gosi nie nadaje się do operacji.

- Czekali nie wiadomo na co. Chyba nie chcieli podejmować ryzyka. Byłem w stałym kontakcie z rodzicami żony. Uznaliśmy, że przeniesienie do Szpitala Wojskowego w Bydgoszczy to jedyne wyjście. W takich sytuacjach człowiek zdaje sobie sprawę, jak wiele znaczy od tego, do którego szpitala trafi. W Bydgoszczy trafiliśmy na znakomitych lekarzy. Bardzo im za wszystko dziękuję - podkreśla Jarosław Elwertowski.

Operację usunięcia naczyniaka przeprowadzono 1 sierpnia. Trwała 17 godzin. Zabieg się udał. Tydzień później Gosia zaczęła kiwać głową i rozpoznawać męża. Kolejne dni przyniosły jednak pogorszenie. - Konieczna była druga operacja. 15 sierpnia Gosi założono zastawkę mózgowo-otrzewnową. Ze względu na zapalenia płuc żona przeszła też tracheotomię. To była ciągła sinusoida. Dwa kroki do przodu, a potem trzy do tyłu - zaznacza mąż Małgosi.

28-latka spędziła cztery miesiące na oddziale intensywnej terapii, skąd przeniesiono ją na neurochirurgię. Teraz przebywa na patologii ciąży, gdzie oczekuje na narodziny dziecka. Córeczka państwa Elwertowskich urodzi się na początku lutego przez cesarskie cięcie.

- Na szczęście, mimo wszystkich problemów, ciąża rozwija się prawidłowo. Córka przybiera na wadze, żonie rośnie brzuszek. Powolutku wszystko idzie do przodu, może po porodzie o powrót do zdrowia będzie łatwiej, bo na razie dla organizmu i lekarzy priorytetem jest ciąża. Oczywiście równie mocno martwią się o żonę i dziecko, ale nie mogą w żaden sposób zaszkodzić ciąży - zwraca uwagę nasz rozmówca.

Życie Małgosi nie jest już zagrożone, ale do powrotu do sprawności wiedzie jeszcze daleka droga. Ma niedowład czterokończynowy i nie może mówić.

- Są lepsze dni. Czasami w trakcie rehabilitacji jest sadzana na wózek inwalidzki, czasem coś powie. Jest świadoma, wszystko rozumie, co potwierdził notariusz, kiedy przyszedł spisać upoważnienia żony. Dyspozycja fizyczna zależy jednak od wielu czynników. Nawet pół stopnia gorączki odbiera Gosi siły - mówi pan Jarosław.

Małgosia potrzebuje intensywnej rehabilitacji i opieki specjalistów, którzy pomogą jej odzyskać sprawność. Od połowy lipca jej mąż nie pracuje. Nie wrócił na morze, ponieważ zajmował się żoną w szpitalu. Wkrótce będzie się opiekował również córką.

- Gosia od siedmiu miesięcy pozostaje w szpitalu, kolejnych psychicznie może już nie wytrzymać. Nie chcemy rozdzielać jej od dziecka, dlatego tak bardzo zabiegamy o rehabilitację i opiekę specjalistów w domu, bo córki nikt na oddział obok żony nie przyjmie. Niestety, to kosztuje - podkreśla mąż Małgosi.

Pomoc w zebraniu środków na rehabilitację zaproponowała toruńska Fundacja "Światło". Wpłat można dokonywać na podane na stronie internetowej konto Fundacji z dopiskiem "na leczenie Małgorzaty Elwertowskiej". Gosi można przekazać również 1% podatku, wpisując w odpowiedniej rubryce zeznania podatkowego nazwę Fundacji "Światło" i numer KRS 0000183283 (podając także nazwisko Gosi).

- Ogólnie wszystko się powywracało w naszym życiu do góry nogami, ale walczymy, bo cóż nam zostało innego? - dopytuje pan Jarosław. Jest dobrej myśli, bo ma wrażenie, że od początku coś lub ktoś nad zdrowiem jego żony czuwa.

- Kolega ze statku zamówił mszę za żonę, odprawiono ją, kiedy była w drodze ze szpitala w Toruniu do Bydgoszczy. Jak parę dni po operacji wróciłem ze szpitalnej kapliczki do pokoju Gosi, zaczęła reagować. Pamiętam też, że jak śmigłowiec miał mnie zabrać ze statku, była piękna słoneczna pogoda, chociaż w tamtych okolicach są nieustające mgły. Zbiegi okoliczności? Być może, ale pomogły - kończy nasz rozmówca.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje