​Beksińskiego lęk przed nicością

Zdzisław Beksiński bał się nicości, źródło: Muzeum Historyczne w Sanoku /

"Chciałby, żeby istniał Bóg i żeby istniało życie wieczne. Marzył wręcz o tym, bo to, czego bał się od młodości panicznie, to była nicość". O Zdzisławie Beksińskim w 13. rocznicę jego śmierci rozmawiam z dyrektorem Muzeum Historycznego w Sanoku Wiesławem Banachem.

Reklama

Ewelina Karpińska-Morek, Interia: "Byłbym szczęśliwy, gdyby Zdzisław Beksiński przeszedł przez Akademię. Stracił dużo czasu, żeby dojść do pewnego poziomu". To pana słowa. Czy jako historyk sztuki uważa pan, że Beksiński miał warsztatowe braki?

Wiesław Banach, dyrektor Muzeum Historycznego w Sanoku:
- To jest dosyć trudne pytanie, bo można powiedzieć, że warsztat jest stosowny do tego, co artysta chce osiągnąć. Warsztat Nikifora był odpowiedni do tego, co Nikifor miał nam do powiedzenia. Chciał być Matejką, ale nie miał możliwości wypowiadania się i myślenia jak Matejko. Oczywiście, Beksiński był nastawiony do malarstwa od strony warsztatowej perfekcyjnie. Mawiał, że właściwie prawie ze wszystkim by sobie poradził, ale jednak jedynie prawie ze wszystkim. Myślę, że to, czego nie mógł przejść, bo nie był na Akademii, to solidne studium z natury, które zawsze wzbogaca środki artystyczne, wspomaga wyobraźnię. W pewnym stopniu mu tego brakowało.

Jako samoukowi?


- Ale był to samouk nieprawdopodobnie zdolny i pracowity. Trudno do czegokolwiek porównać jego pracowitość. W młodości, kiedy pracował jeszcze w Autosanie, brał urlop by nadgonić stracony czas, "pracując co najmniej miesiąc bez przerwy - po 16 lub 17 godzin na dobę, zaczynając rano to, co odłożyłem wieczór" - jak pisał w jednym z listów do przyjaciela.

Sam, być może czując te braki u siebie, zachęcał swojego "korespondencyjnego" ucznia Normana Leto, również upartego jak on samouka, do studiowania natury?

- Tak. Miał świadomość braków. Ale Beksiński był fenomenem skazanym na swoją wyobraźnię. Wyobraźnia narzucała się mu tak nieustannie i z taką siłą, że zabrakło czasu na pogodzenie jednego z drugim. Przecież, mieszkając w Sanoku, mógł tę naturę nieźle studiować. Ale doskonalenie warsztatu było wypierane przez to, co miał do powiedzenia. Jak dowiadujemy się z korespondencji z Normanem Leto, pewnych spraw nie był w stanie pokonać psychicznie, gdyż nie cierpiał monotonnej, czysto rzemieślniczej roboty, jak np. powtarzania dużej liczby identycznych okien w malowanej architekturze. Korespondencję Zdzisława Beksińskiego z Normanem Leto czytałem wkrótce po śmierci artysty. Wszystko zachowało się na dyskach w komputerze. Uważam, że to jest fenomenalny dialog. Możemy wreszcie usłyszeć praktyczne rady, których udziela starszy artysta młodszemu koledze.  

Reklama

Czy Beksiński kiedykolwiek pytał pana o opinię na temat jego obrazów?

- Beksiński nie cierpiał ocen. Był przekonany, że i tak wie najlepiej, co mu nie wychodzi i co jest jego słabą stroną. Jeśli od kogoś słyszał opinię na swój temat, to, jak mówił, "sam siebie nie przeskoczy".  Wiedział, co mu nie wychodzi. Każdy artysta ma takie momenty, z którymi nie daje sobie rady, sprawy, których nie może przezwyciężyć.  Oceny z zewnątrz go denerwowały. Potem, nawet gdyby chciał coś poprawić, to nie uznałby już tego za swoje działanie. Może nie do końca jest to prawdziwe w odniesieniu do całej jego twórczości, bo jednak w młodości skwapliwie słuchał, co koledzy mają do powiedzenia. Po swojemu też wyciągał z tego wnioski. Potem było mu to już zupełnie niepotrzebne.

Komu ufał, jeśli chodzi o opinię o obrazach?

- Nie było takiego grona. Beksiński nie chciał słuchać, nie był na to nastawiony. Natomiast byli ludzie, mam nadzieję, że w jakimś stopniu też do nich należałem, co do których miał pewne zaufanie, bo oni dostrzegali przynajmniej część z tego, co chciał w obrazach przekazać. Ale ten przeciętny widz go denerwował - zwracał uwagę na to, co go zupełnie nie interesowało w malarstwie. Widziałem jednak, że ilekroć pokazywał mi swoje obrazy, to bardzo uważnie przyglądał się mojej twarzy...

Szukał oceny?

- Patrzył, jak oglądam i jak długo oglądam. Intuicyjnie chyba wyczuwałem, że nie trzeba mówić, że nie ma sensu mówić o tym, co mi się głowie w danym momencie objawiało. Raz jeden w życiu, po przywiezieniu obrazów do Muzeum, zadzwoniłem i w bardzo lapidarny sposób wyraziłem swój zachwyt. Chyba go zamurowało po tamtej stronie telefonu. To mój jeden jedyny "wybryk".

Nie spodziewał się, choć może oczekiwał...?

- Nie wiem, chyba nie oczekiwał. On to widział. Jeżeli robiłem stale jego wystawy, byłem tą sztuką zafascynowany , mieliśmy ze sobą dobry kontakt to...

... słowa były niepotrzebne

Tak, to była moja odpowiedź, jak oceniam jego sztukę.

Dlaczego Zdzisław Beksiński wyjechał z Sanoka?

- Powiedziałbym, że powód był banalny. Chciano rozebrać jego rodzinny dom, co rzeczywiście się stało. Wtedy musiałby zamieszkać w bloku, bo nie było go jeszcze stać na budowanie innego domu. We wczesnych latach 70. po raz pierwszy pojawiła się groźba wyburzenia niemal wszystkich domów, które znajdowały się w tej części Sanoka, gdzie był jego dom i stworzenia tam nowoczesnego, na owe czasy, osiedla z wielkiej płyty. To zdecydowało o przeprowadzce. Beksiński też strasznie cierpiał, bo jego "rynek" był związany z Warszawą i coraz częściej musiał przygotowywać ciężkie i niewygodne paczki, żeby wysłać do salonów DESY w Warszawie swoje obrazy. Uważał, że jak się przeniesie właśnie do Warszawy , to ...

Ułatwi mu to logistycznie życie?

-  To jego życie codzienne stanie się znacznie prostsze. Jest taki fenomenalny list do Lewczyńskiego, w którym pieje z zachwytu po 10-dniowym pobycie w Warszawie: jakie to cudowne miasto, jak on się czuje tylko obywatelem dużego miasta, a nie prowincji i kto to w ogóle wymyślił, żeby kochać naturę. Mówił, że on jej nie cierpi, a właśnie te mury betonowe są po to, żeby odgrodzić się od natury, a Warszawa jest tutaj znakomitym miastem. Jeszcze wtedy nie wiedział, czy uda mu się przeprowadzić do stolicy. Ale taki objaw zachwytu nad Warszawą się pojawił. Myślę, że do końca był zadowolony z tego, że się przeprowadził. Alternatywą mógłby być Nowy Jork i 30. piętro w drapaczu chmur...

Chodziło o anonimowość?

- Chodziło o to, żeby nikt mu się do niczego nie mieszał. A z drugiej strony zwłaszcza w "Dziennikach", w tej części, która została opublikowana, poczucie samotności, gdy już nie żyją syn i żona, jest przykre dla niego. Nie ma złotego środka. Jak oni żyli, to raz po raz chciałby uciec z domu. Jak ich już nie było, krzyczał z samotności. To chyba normalne. Warszawa stała się tym miastem, w którym chciał mieszkać, zamieszkał i był szczęśliwy.

Pamięta pan wyjazd Beksińskiego z Sanoka, z którym był przez tyle lat związany, do Warszawy? Był poruszony?

- Z przeprowadzką były wyłącznie same problemy. Miał krótki czas na osiedlenie się, dostawał mieszkanie w stanie surowym, musiał przerzucić wyposażenie, sam robił remont. Doprowadzenie do użytku zajęło chyba półtora miesiąca. Nie było czasu na sentymenty. To, co pokazywało jego związek z Sanokiem, pojawiło się parę lat później, jak zaczęli z żoną do Sanoka przyjeżdżać. Przynajmniej raz do roku. Mimo wszystko ten Sanok, w którym już nie chciał mieszkać, jakoś go chyba wzruszał...

 "Starałem się zawsze wepchnąć to, co najlepsze do muzeum w Sanoku" - powiedział Beksiński. Jego ostatnią wolą, spisaną w testamencie, znalezionym w splądrowanym przez jego zabójcę i wspólnika mieszkaniu, było przekazanie obrazów Muzeum Historycznemu w Sanoku. Choć wcześniej chciał je przekazać panu. Dlaczego pan się na to nie zgodził?

- Dzięki Bogu, że się nie zgodziłem, nie poradziłbym sobie z tym jako zwykły obywatel. Musiałbym zapłacić od tego jakiś gigantyczny podatek. Potem i tak wszystko przekazałbym do muzeum, przecież nie mógłbym  tego trzymać w domu.

Co na to Beksiński?

- Wiem, o co mu chodziło. Miał do mnie zaufanie - zdawał sobie sprawę, że jednego dnia jest się dyrektorem, a później już nie. Widział już w latach 70., że magazyny muzealne były za ciasne,  zawilgocone. Bał się, że ktoś przyjdzie po mnie i wsadzi jego spuściznę do tych magazynów i to wszystko będzie niszczało. Zajęło mi trochę czasu wyperswadowanie mu tego pomysłu. Tłumaczyłem, że w Sanoku jest absolutnie najważniejszą osobą i może najspokojniej w świecie przekazać spuściznę do muzeum - bez względu na to, kto będzie dyrektorem.

O jakiej spuściźnie mówimy? Ile było tych prac?

- Nie jestem pewien, czy byliśmy w stanie policzyć wszystkie numery inwentarzowe. Spuścizna prac na papierze przekracza liczbę 6 tysięcy. Jeżeli patrzymy na spuściznę fotograficzną, to przekracza ona ponad tysiąc prac. Natomiast najbardziej policzalne są obrazy malowane na płycie pilśniowej. Są to obrazy z różnych okresów. Powiedzmy, że po śmierci Beksińskiego przybyło jakieś 130 obrazów. Łącznie posiadamy około 210 sztuk. Najłatwiej te prace policzyć. Są tam również wczesne próbki, które nie mają jeszcze żadnej wartości artystycznej. Beksiński wtedy się jeszcze uczył i tych prac akurat nie spalił przed wyjazdem z Sanoka.

Faktycznie tak było, że spalił najsłabsze, jego zdaniem, obrazy?

- Właśnie tak. Podchodził do tego bardzo praktycznie. W Warszawie mieszkanie w bloku miało ograniczoną powierzchnię. To nie był sanocki dom, w którym można było poupychać swoje prace w różne zakamarki, łącznie ze strychem. Do Warszawy mógł zabrać to, co się tam zmieści. To, co uważał za słabe, spłonęło w sfotografowanym przez niego ognisku w jego ogrodzie. Powiedziałbym jednak, że nie wszystkie z tych "nieudanych" prac zostały w ten sposób zniszczone, bo on systematycznie starsze prace pakował w paczki. Tak spakowane zabrał ze sobą do Warszawy. W Warszawie upychał je bardzo przemyślnie gdzieś za meblościankami, regałami. Po jego śmierci właściwie dokonywaliśmy takich odkryć, jak archeolodzy, kopiąc w ziemi. Jak się coś odsuwało, to nagle pojawiała się kolejna paczka, a z paczki "wychodziły" kolejne rysunki i obrazy . To wszystko sobie czekało niestety na jego śmierć. Jeśli pytałem Beksińskiego o wcześniejsze obrazy, on mi odpowiadał, bezradnie rozkładając ręce: panie Wiesławie, to już po mojej śmierci, bo nie miałbym siły tego poszukiwać. I dopiero po jego śmierci zrozumiałem, że naprawdę nie miałby siły. Nie mógł już pamiętać, co jest w poszczególnych paczkach. Kazał mi poczekać.

Powiedział pan w rozmowie z Jarosławem Skoczeniem, dzięki któremu ukazały się "Dzienniki" (więcej TUTAJ), a ostatnio "Detoks" (więcej TUTAJ), że w Beksińskim "była jakaś potrzeba przeniesienia swojego życia poza granicę śmierci". Jakiej śmierci bał się Beksiński?

- Nie tyle bał się samego faktu śmierci, co bał się tej niedołężnej starości. Starał się sobie tak to mieszkanie zabezpieczyć, żeby mógł jak najdłużej funkcjonować bez pomocy z zewnątrz. Ale tak naprawdę bał się nicości, a tu dotykamy już tego subtelnego problemu jego wiary, czy jego braku wiary. Chciałby, żeby istniał Bóg i żeby istniało życie wieczne. Marzył wręcz o tym, bo to, czego bał się od młodości panicznie, to była nicość. Obawiał się, że po śmierci nie ma niczego. A wtedy wszystko - cały jego trud, łącznie z tą sztuką, jest właściwie nic niewarty, bo ileż dłużej może przetrwać? Ale z drugiej strony i tak nie widział innego narzędzia dla siebie niż twórczość. Chciał przetrwać chociaż trochę. Oczywiście, jeśli ktoś po jego śmierci uznałby, że to w ogóle jest warte zachowania. On nigdy nie był przekonany, że to co robi, ma wartość wysokiej klasy, a on sam będzie przez następne lata hołubiony i "wieszany" w muzeach.

Rozmawiała Ewelina Karpińska-Morek

Wszystkie fotografie opublikowane w tekście i towarzyszących mu galeriach pochodzą z Muzeum Historycznego w Sanoku.

ZOBACZ RÓWNIEŻ:

Beksiński i Leto. Nieznana korespondencja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje