Lucyna - oskarżycielka mafii. Wojny kobiet

"Tamtego dnia świat ich żon rozpadł się na miliony kawałków. Aby poskładać go na nowo, wdowy musiały stawić czoło śmiertelnie groźnej organizacji. W walce z tzw. polską mafią okazały się skuteczniejsze niż policja: zdemaskowały bezkarnego przez lata capo di tutti capi, oskarżyły go o podwójne zabójstwo i posłały na dożywocie." Prezentujemy fragment książki "Wojny kobiet", najgłośniejsze procesy sądowe ostatnich lat autorstwa Ewy Ornackiej i Piotra Pytlakowskiego.

Ta historia ma początek nad mazurskimi jeziorami. W ostatni dzień maja 2003 roku w okolicach Kisielic koło Iławy zaginęli dwaj mężczyźni. Pracowali w szarej strefie, sprowadzali z Litwy papierosy bez akcyzy. I chociaż obaj trzymali się z dala od przemytników zrzeszonych w gangi, jako wolni strzelcy nie mieli szans na przetrwanie. Zostali zamordowani, a ich ciał dotąd nie odnaleziono.

Reklama

"Jesteśmy u Jana. Coś idzie nie tak"

Lucyna Biej i Henryka Ornowska po raz ostatni widziały mężów 30 maja 2003 roku. Wyjeżdżali do Piły w interesach granatowym audi Jerzego, najnowszym modelem. W Polsce było wtedy tylko kilka takich aut. Zapowiedzieli, że wrócą wieczorem. Stanisław dzwonił do Lucyny z drogi, ale nie odebrała. Była wtedy w hurtowni, pojechała po materiał na suknie, nie miała czasu rozmawiać. Oddzwoniła po kilku godzinach, pod wieczór. "Tak tylko dzwoniłem. U mnie wszystko w porządku" - powiedział.

Żona Jerzego była tamtego dnia w auli uniwersyteckiej na absolutorium kuzynki. Tam odebrała telefon od męża. Mówił, że nie pojechali do Piły - jak planowali - tylko na Mazury. "Jesteśmy u Jana. Coś idzie nie tak" - powiedział. W auli było głośno, ledwie go słyszała. Wstała z miejsca. Ruszyła do drzwi. "Zaraz do ciebie oddzwonię. Muszę tylko wyjść na korytarz" - wyjaśniła i rozłączyła się. Nie przypuszczała nawet, że to była ich ostatnia rozmowa.

Dzwoniła setki razy. Telefon Jerzego już nie odpowiadał.

Poszukiwania na własna rękę

(...) Pełna obaw Lucyna z samego rana pojechała do Heni. Skontaktowały się z trzecim wspólnikiem od papierosów. Dowiedziały się od niego, że Jan, do którego pojechali ich mężowie, to lokalny działacz samorządowy z Kisielic koło Iławy. Od lat jest przykuty do wózka inwalidzkiego. Z racji kalectwa ma pseudonim Kulawy. Zdobyły jego telefon i adres. Wsiadły do samochodu, zatankowały do pełna i tak jak stały, wyruszyły na Mazury.

Były zdesperowane, ale nie na tyle, aby jechać same. Drugim samochodem wyruszyli ich synowie. One pojechały przez Piłę, oni przez Gdańsk - na wszelki wypadek, bo nie było wiadomo, jaką trasą podróżowali zaginieni. W każdym mieście sprawdzały szpitale, pytając, czy nie doszło może do wypadku z ich udziałem. Zatrzymywały się też na wszystkich stacjach benzynowych, dowiadując się, czy nie tankowano granatowego audi, najnowszego modelu.

Do Kisielic dotarły w środku nocy. Z samego rana wykręciły numer Jana R. "Teraz nie mogę was przyjąć. Jestem po imprezie rodzinnej. Czekajcie do dziesiątej" - usłyszały jego zaspany głos. W tym samym czasie synowie Heni i Lucyny dojeżdżali do komisariatu w Iławie. Poinformowali dyżurnego, że ojcowie zaginęli, a matki jadą właśnie do Kulawego. Policjant zalecił ostrożność. "To podejrzany człowiek, waszym matkom grozi niebezpieczeństwo" - powiedział bez ogródek.

Nie wiedziały, że w drodze do Jana R. były obserwowane

Lucyna i Henia nie wytrzymały do dziesiątej. "My nie śpimy, pan też nie będzie spał" - oświadczyły Janowi R. przez telefon. Próg jego rezydencji, ukrytej za wysokim murem, przekroczyły godzinę przed czasem. "To istna forteca. Widać gospodarz ma wiele do ukrycia" - myślały. Wtedy jeszcze nie miały pojęcia, że w drodze do Jana R. były bacznie obserwowane. Kierowca schowany za ciemną szybą nie spuszczał z nich oka. Jechał za nimi przez całe Kisielice. Synowie Lucyny i Henryki zostali na stacji CPN. Umówiły się z nimi, że chłopcy będą co jakiś czas dzwonić i sprawdzać, czy z matkami wszystko w porządku.

Podczas spotkania z żonami zaginionych Jan R. nie grzeszył uprzejmością. Kiedy zasypały go pytaniami o mężów, lawirował, nie patrząc im w oczy. Opowiadał w kółko o chorej matce i swoich obolałych nerkach. Najpierw w ogóle zaprzeczał, że Stanisław i Jerzy byli u niego. Ale one nie dały się zwieść. Powiedziały, że Jerzy telefonował do żony właśnie z Kisielic i przekazał, że są u Jana. Kulawy żachnął się i tłumaczył pokrętnie. "Byli i pojechali" - przyznał w końcu, nie wchodząc w szczegóły. Wyraźnie nie pasowała mu ta rozmowa. - "Idźcie na policję. Ja wam pomóc nie mogę". - Rozkładał ręce zirytowany.

- Henia wpadła w furię, a ja płakałam - opowiada Lucyna. - Błagałam żonę Kulawego, żeby nie robili krzywdy naszym mężom. "Oddamy wam wszystko, co mamy, tylko pozwólcie im odejść". Ale ona była niewzruszona. Patrzyła na nas z pogardą i spuściła ze smyczy dwa ogromne owczarki kaukaskie. Uciekałyśmy stamtąd ile tchu w piersiach. Dochodziła dziesiąta. Właśnie o tej porze miałyśmy się zjawić u Kulawego. Przed domem panował spory ruch: parkowały jakieś samochody, schodzili się jacyś mężczyźni. Wyglądali groźnie. Rozmawiali przez komórki i blokowali wyjazd z posesji. Wybiegłyśmy przed bramę, przedarłyśmy się przez szpaler "mięśniaków" i na miękkich nogach pognałyśmy do zaparkowanego kilkadziesiąt metrów dalej auta. 

Odjechałyśmy w popłochu - mówi i kontynuuje: - Wiele miesięcy później zobaczyłyśmy tych mężczyzn ponownie. Trwało już śledztwo, a oni mieli w nim status podejrzanych o zabójstwo naszych mężów. W lokalnym półświatku mówiono o nich Kacpry, od pseudonimu szefa grupy, blisko dwumetrowego Marcina K. pseudonim Kacper.

Groziło im śmiertelne niebezpieczeństwo

Kacpry słynęli z okrucieństwa i całkowitego oddania "Kulawemu". Byli gotowi zrobić dla niego wszystko. Pochodzili z Elbląga. Świadkowie zeznawali, że to oni uprowadzili mężów Lucyny i Henryki. 

Opowiadali prokuratorowi, że grupa Kacprów zjechała do domu Kulawego, gdzie Stanisław i Jerzy rozmawiali z gospodarzem. Mieli na twarzach kominiarki. Wpadli i wypadli. Wykręcili przyjezdnym ręce, obezwładnili ich i wywieźli białym busem nie wiadomo dokąd. Świadkowie przekonywali, że Kacpry już wcześniej przeprowadzali takie akcje. Los uprowadzonych przez nich ludzi podobno wciąż jest nieznany. Policjanci z Centralnego Biura Śledczego w Olsztynie pokazali kobietom tablice ze zdjęciami Kacprów. Nie miały wątpliwości, że to oni zjechali się o dziesiątej. "Groziło wam śmiertelne niebezpieczeństwo" - usłyszały wtedy. - "Przyjechali was zabić, bo robiłyście za dużo szumu. Gdybyście zjawiły się u Kulawego o umówionej porze, śladu by po was nie było".

"Poczekajcie, aż mężowie wytrzeźwieją" 

Po powrocie z Mazur natychmiast zgłosiły w swoim komisariacie zaginięcie mężów, ale odesłano je do Iławy, "bo tak będzie szybciej". Znów pokonały setki kilometrów, ponieważ czas mógł mieć decydujące znaczenie. Jednak policjanci znad wielkich jezior nie potraktowali sprawy poważnie.

- Sugerowali, że powinnyśmy wrócić do siebie i cierpliwie czekać, aż mężowie wytrzeźwieją i znajdą drogę do domów - opowiada Lucyna. - Na samo wspomnienie krew mi się burzy! Po dwóch miesiącach funkcjonariusz z Iławy radził: "Dajcie sobie spokój. Sprawa i tak będzie umorzona. Wasi mężowie pewnie wylegują się gdzieś na ciepłej plaży". Czułyśmy się bezradne i upokorzone. Postanowiłyśmy wynająć detektywa, tego najsłynniejszego i - podobno - najskuteczniejszego. Widziałyśmy jego program w telewizji, sprawiał wrażenie supermena. Detektyw skasował dwadzieścia cztery tysiące i dostał nasze pełnomocnictwo do poszukiwań. Aby się czegokolwiek dowiedzieć, jeździłyśmy za nim po Polsce, gdyż nie miał czasu spotkać się z nami w umówionym miejscu o wyznaczonej porze. Kiedyś umówił się z nami we Wrocławiu. Henia została w domu i usiłowała się do niego dodzwonić, co wcale nie było łatwe. 

"Nie odnajdziecie zwłok. Oni zostali zmieleni"

W końcu odebrał. Zaspanym głosem oznajmił, że jest w Łodzi. Wkurzyłam się i zawróciłam do domu. Innym razem wyznaczył nam spotkanie w swoim biurze poselskim. Ale to nie on na nas tam czekał, tylko my na niego. Posła-detektywa nie było, ponieważ wybrał się z córką na konie. Jeździłyśmy za nim również do Gdańska i niestety, był to stracony czas.

Już podczas pierwszego spotkania w Zgorzelcu, gdy przekazywałyśmy mu pieniądze, oznajmił, że nasi mężowie prawdopodobnie nie żyją - wspomina Lucyna Biej. - Wyjaśnił, że miał już do czynienia z Janem R. i wie, co to za człowiek. "Jeżeli wasi mężowie robili z nim interesy, a do tej pory nie wrócili do domów, to spotkało ich najgorsze", usłyszałyśmy. Chciałyśmy konkretów, bo wziął honorarium, a wciąż nas zwodził, jednak w końcu, na prośbę policji, cofnęłyśmy mu pełnomocnictwo. Bardziej przeszkadzał, niż pomagał - podsumowuje.

Detektyw powiedział im jeszcze o jednym, czego wówczas nie chciały przyjąć do wiadomości: "Nie odnajdziecie zwłok. Oni zostali zmieleni". Miało do tego dojść na terenie masarni Kulawego. Tak okrutne, że aż niewiarygodne. Może właśnie dlatego podświadomie odrzucały tę wersję. Wciąż miały nadzieję, że "to się nie dzieje naprawdę". Szukały Staszka i Jurka wśród żywych, a nie martwych.

Fragment II rozdziału "Wojny kobiet" - Lucyna, oskarżycielka mafii.

Szczegóły na temat książki na stronie rebis.com.pl

Dowiedz się więcej na temat: Wojny kobiet

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy