Mija 36. rocznica zamachu na papieża Jana Pawła II

Jeśli na placu Świętego Piotra w Rzymie padły trzy strzały, a dwie kule pochodziły z pistoletu Mehmeta Alego Agcy, jedna musiała zostać wystrzelona z broni należącej do… No właśnie, kogo? Na to pytanie miał odpowiedzieć Ilario Martella, który zajmował się sprawą zamachu na papieża Jana Pawła II z 13 maja 1981 roku. Poniżej prezentujemy fragmenty jego rozmowy z Jackiem Tacikiem, autorem książki "Zamach. Jan Paweł II - 13 maja 1981. Spisek. Śledztwo. Spowiedź"

11 maja wyszła książka Jacka Tacika pt. "Zamach. Jan Paweł II - 13 maja 1981. Spisek. Śledztwo. Spowiedź". To historia sprzed 36 lat, kiedy to Ali Agca dokonał zamachu na papieża Jana Pawła II. Poniżej prezentujemy wstęp autora i fragmenty rozmowy z Ilario Martellą, śledczym zajmującym się sprawą.

"Mehmet Ali Agca uniósł wysoko rękę. Pistolet zawisł nad głowami pielgrzymów. Brakowało niecałej sekundy do strzału. Jan Paweł II, stojąc w papamobile, pochylał się nad tłumem, od którego odgradzała go drewniana barierka. Zdążył jeszcze podać dłoń dwóm osobom, których twarze zasłonił Angelo Gugel, jego kamerdyner. Siedział z przodu papieskiego auta. Kobieta w białym żakiecie czekała na swoją kolej — jej ręka zastygła w powietrzu.

Reklama

Giuseppe Felici zatrzymał czas w kadrze aparatu. Zrobił zdjęcie, w którym jest coś przerażającego: beztroska ludzi nieświadomych zagrożenia. Ilario Martella, który powiesił fotografię na ścianie w swoim rzymskim salonie, patrzy na nią codziennie od ponad trzydziestu lat. Zna jej każdy detal. Analizował osobę po osobie. Do części udało mu się dotrzeć. W listopadzie 1981 roku rozpoczął śledztwo w sprawie zamachu na papieża, które doprowadziło do — jak napisał "The New York Times" — procesu stulecia.

Turecki zamachowiec został skazany na dożywocie w pierwszym, ekspresowym postępowaniu sądowym 22 czerwca 1981 roku. Przyznał się do winy, nie apelował. Martella dostał inne zadanie: dotarcia do jego wspólników, ujęcia tych, którzy zlecili i sfinansowali zamach. Oskarżył bułgarskich agentów, pracujących pod przykryciem w ambasadzie Bułgarii w Rzymie, o spisek na życie Jana Pawła II. Jednego z nich doprowadził przed sąd.

Mocny, agresywny głos. Jakby nie potrafił się kontrolować i spokojnie rozmawiać. Martella, mimo upływu ponad trzydziestu lat, wciąż żył procesem. Kosztował go wiele nieprzespanych nocy. Stresu i nerwów. Grożono mu. Listy z życzeniami szybkiej śmierci dostawała jego rodzina.

Zdjęcia córki z zięciem stały na komodzie pod oknem. Martella siedział zgarbiony w fotelu. Obowiązkowo w garniturze. Okulary w delikatnej złotej oprawie. Rozmawialiśmy cztery razy. Ostatnie spotkanie przełożył — trafił na kilkanaście dni do szpitala.

Został sędzią w 1965 roku. Awansował osiem lat później na zastępcę prokuratora generalnego. Od 1978 do 1990 roku pracował w Trybunale w Rzymie. Zajmował się przestępczością zorganizowaną. Pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku badał włoski wątek afery Lockheed — amerykańskiej firmy lotniczej, która skorumpowała przedstawicieli kilku światowych rządów. Za kontrakty dawała łapówki — w sumie ponad 20 milionów dolarów. Pieniądze dostał niemiecki minister obrony, mąż królowej Holandii, premier Japonii i prezydent Włoch Giovanni Leone, który podał się do dymisji w 1978 roku, kilka tygodni przed upływem kadencji.

Martella wyspecjalizował się w przestępstwach przeciw administracji państwowej. Pracował w Najwyższym Sądzie Kasacyjnym, którego jest obecnie honorowym przewodniczącym.

Precyzyjny i dokładny. Jeśli nie ma dowodu, nie ma tematu. Liczą się fakty. Unikał oceniania innych. Żonglował datami, miejscami i nazwiskami. Nie wszystkie pamiętał. Zaglądał do swojej książki — "encyklopedii wiedzy o zamachu na papieża".

Na zdjęciu Feliciego z placu Świętego Piotra, na które zerkałem podczas naszej rozmowy, nie widać Alego Ağcy. Tylko jego rękę i pistolet. Martella dobrze poznał tureckiego zamachowca. Spędzili ze sobą dziesiątki godzin podczas przesłuchań. Jaki był? "Zawsze inny"."

09.04.2014 Rzym, Włochy

Ilario Martella: - Usiadłem naprzeciwko niego. Miał splecione dłonie. Czyste i starannie przycięte paznokcie. Zwróciłem na to uwagę, ponieważ skazani zwykle nie dbają o swój wygląd. Mehmet Ali Ağca był inny. Dwadzieścia trzy lata, kruczoczarne włosy, niemal atletyczna budowa ciała. Wysokie kości policzkowe zdradzały kurdyjskie pochodzenie. Dumny, pewny siebie i nieprzeciętnie inteligentny. Przekonałem się o tym bardzo szybko. Ağca nauczył się włoskiego w dwa lata. Zapamiętywał frazy i pojedyncze słowa z przesłuchań. Zachowałem list od niego napisany niemal bezbłędnie. Gdybym nie znał jego zawiłej przeszłości, pomyślałbym, że był dobrze rokującym studentem prawa. Niewiele bym się pomylił. Zanim wstąpił do Szarych Wilków, tureckiej organizacji terrorystycznej, zapisał się na filologię, historię i geografię na uniwersytecie w Ankarze. Zmienił je na ekonomię w Stambule. Ambitny, zawsze musiał być najlepszy. Jego ojciec, górnik, zginął w katastrofie w kopalni, matka była bezrobotna. Ağca utrzymywał rodzinę. Zabójstwa na zlecenie, rozboje i kradzieże, za które dostawał pieniądze, pozwoliły im wyrwać się z biedy. Nie był wcale ideologiem; nie wierzył w islam, socjalizm ani skrajną prawicę. Pragmatyk. Jego życie to gotowy scenariusz na film. Geniusz zła.

Jacek Tacik: Dobry pomysł na tytuł.

- Jestem przekonany, że taka produkcja mogłaby powalczyć o Oscara. Historia zamachu jest pełna nagłych zwrotów akcji, typów spod ciemnej gwiazdy, trupów, narkotyków i pieniędzy. W środku tego cyklonu — Ali Ağca. Przebiegły, wyrachowany i lojalny. Konfabulował, opowiadał sprzeczne ze sobą wersje wydarzeń. Nie chciał zdradzić imion swoich wspólników. Zaprzeczał, że w ogóle istnieli.

Kiedy to było?

- W połowie listopada 1981 roku, cztery miesiące po procesie, w którym Ağca został skazany na dożywocie za próbę zabójstwa Jana Pawła II i postrzelenie dwóch Amerykanek: Ann Odre i Rose Hall. Dochodzenie okazało się krótkie, orzeczenie sądu lakoniczne: "Próba zabicia papieża była czynem osamotnionego terrorysty". Ağca nawet nie apelował. Znalazły się jednak przesłanki, które wskazywały na udział innych niezidentyfikowanych osób. Prokurator generalny zlecił mi przeprowadzenie nowego śledztwa.

Przeanalizowałem pierwszy proces, zebrałem tony materiałów dowodowych, przesłuchałem kilkudziesięciu świadków. Przełomowe dla sprawy były zeznania Lowella Newtona, turysty ze Stanów Zjednoczonych, który znajdował się na placu Świętego Piotra, gdy padły strzały. Widział mężczyznę uciekającego w popłochu z pistoletem w prawej dłoni. Nie odważył się sfotografować go od przodu. Bał się o swoje życie. Aparat wyciągnął, gdy się minęli. Na zdjęciu — o czym dowiemy się kilkanaście miesięcy później — jest Oral Çelik, przyjaciel Ağcy z czasów dzieciństwa z tureckiej miejscowości Malatya. Widać jego plecy, ukrywa coś pod kurtką.

Strzelał do papieża?

- Z opinii balistycznej przeprowadzonej na początku śledztwa wynika, że padły dwa strzały. Ağca potwierdził później, że dwukrotnie pociągnął za spust pistoletu. Niektórzy słyszeli cztery, inni pięć wystrzałów. Najwięcej osób — trzy. O dwóch mówili ci, którzy stali najbliżej zamachowca. O trzech — osoby, które znajdowały się między nim a jego wspólnikiem. Kule zraniły papieża w brzuch, palec wskazujący lewej ręki i ramię. Jedna z turystek dostała w łokieć, druga w pierś.

Kilkanaście miesięcy po rozpoczęciu dochodzenia okazało się, że pocisk, który spadł na podłogę papieskiego samochodu, znalazł się ostatecznie w koronie statuetki Matki Boskiej Fatimskiej. Stolica Apostolska — nie informując śledczych — przekazała go do sanktuarium fatimskiego w Portugalii. Niewybaczalny błąd. Gdybyśmy dostali kulę do analizy, moglibyśmy stwierdzić, czy została wystrzelona z broni Ağcy, czy jego wspólnika; byłby to niepodważalny dowód. Dopiero trzydzieści lat później, gdy nie dało się już niestety nic zrobić, odtworzyliśmy trajektorie lotu pocisków. Mieliśmy wtedy więcej danych zebranych podczas śledztwa, które potwierdziły naszą wersję, wiedzieliśmy, że musiałby zdarzyć się cud, żeby dwie kule zraniły trzy osoby — stojące od siebie w dużej odległości.

(...)

Ağca zaczął mówić prawdę?

- Spotkaliśmy się ponad osiemdziesiąt razy. Przygotowałem z przesłuchań cztery tomy akt, czyli 1200 stron maszynopisu. Mam wrażenie, że poznałem Ağcę. Traktował mnie z szacunkiem. Ja jego z rezerwą godną urzędnika państwowego. Nigdy nie próbowałem się z nim zaprzyjaźnić. Rozmawialiśmy zawsze w obecności obrońcy, którego przydzielono mu z urzędu. Zadawałem pytania, słuchałem odpowiedzi i konfrontowałem je w głowie z jego wcześniejszymi zeznaniami. Niemal wszystko, co powiedział od maja 1982 do stycznia 1984 roku, znalazło potwierdzenie w faktach. Z zasady w nic nie wierzyłem, ale jednocześnie niczego nie odrzucałem. Sprawdzałem każde nazwisko, miejsce i zdarzenie, o których mi mówił. Musiałem oddzielić prawdę od kłamstwa, ziarno od plew.

Kiedy szedłem na przesłuchanie 8 listopada 1982 roku, zabrałem ze sobą album z nieoznaczonymi zdjęciami, miały jedynie przyporządkowane numery od jednego do pięćdziesięciu sześciu. Ağca nie zdawał sobie sprawy, że na każdym jest obywatel Bułgarii, którego od dłuższego czasu obserwowały włoskie służby. Wskazał pierwszą, drugą i dwudziestą fotografię. Rozpoznał trzy osoby: Sotira Kolewa (używał nazwiska Todor Ajwazow), kasjera ambasady bułgarskiej, i Sergeja Antonowa (ukrywał się pod pseudonimem Bayramik), zastępcę dyrektora rzymskiej filii bułgarskich linii lotniczych "Balkan Air". Na ostatnim zdjęciu był Żeliu Wasiliew (Sotir Petrow), sekretarz attaché wojskowego ambasady Bułgarii. Zamachowiec nie musiał znać ich prawdziwych imion. Wystarczy, że wiedział o nich dostatecznie dużo, żeby uwiarygodnić swoje zeznania.

Co na przykład?

- Antonow kolekcjonował buteleczki po drogich alkoholach. Lubił kwiaty, miał problemy zdrowotne, szybko się męczył i dużo palił — najczęściej cygara kubańskie. Jego żona nazywała się Rosy. Ağca poznał ją w ich domu. Zapamiętał adres, widok z okna, liczbę pokoi i miejsce, w którym stał telefon.

Może ktoś mu o tym powiedział?

- Kiedy? W więzieniu? Mało prawdopodobne. To były drobne, niby nieistotne rzeczy, o których wiedzieli tylko wtajemniczeni. Ajwazowa, drugą osobę ze zdjęcia, spotkał w grudniu 1980 i kwietniu 1981 roku. Mężczyzna miał około 180 centymetrów wzrostu, czarne włosy i jasną karnację. Mówił biegle po włosku. 11 maja, dwa dni przed zamachem, zarezerwował w pensjonacie Isa w Rzymie pokój na dwie doby na fałszywe nazwisko Faruk Özgün, którym posługiwał się Ağca.

Zanim zamachowiec zobaczył się z trzecią osobą z fotografii — Wasiliewem, rozmawiał z nim wielokrotnie przez telefon. Dzwonił do ambasady Bułgarii w Rzymie na numer 3609648. Sprawdziłem, był zastrzeżony. Ağca nie mógł spisać go z książki telefonicznej, w której udostępnione były dwa inne: 3609643 i 3609645. Musiał go dostać od kogoś, kto był zamieszany w spisek. Ağca i Wasiliew w końcu się spotkali; najpierw w knajpie Piccadilly na Piazza Bernini, a później w restauracji Doney na via Vittorio Veneto 125 w Rzymie. Zamachowiec zapamiętał, że Bułgar uwielbiał wino i kolorowe alkohole. Palił jak smok. Jeździł fiatem 128.

Jaka była rola Bułgarów w zamachu?

- Ağca spotkał się z Ajwazowem i Çelikiem na Piazza dell’Indipendenza w Rzymie 10 maja 1981 roku. Przyjechał z Mediolanu, gdzie odebrał pistolet typu Browning kaliber 9 milimetrów, numer 76 C23953. Zanim broń trafiła w jego ręce, podróżowała po Europie, zmieniała właścicieli, którzy mylili i zacierali ślady.

Ağca był zmęczony. Wypił espresso i szybko — razem ze wspólnikami — poszedł do hotelu YMCA. To stamtąd Ajwazow miał zadzwonić do pensjonatu Isa i zarezerwować mu pokój na dwie noce. Rozłożyli na stole mapę placu Świętego Piotra z zaznaczoną trasą przejazdu papieża i zdjęcia z jego wcześniejszych audiencji. Widać na nich Jana Pawła II, który wyjeżdża w białym jeepie z Bramy Dzwonów i robi dwa okrążenia, ocierając się niemal o drewniane barierki, które odgradzały go od wiernych. Błogosławi ich, podaje dłoń, całuje dzieci.

Po południu do mężczyzn dołączył Antonow. Pojechali na plac, gdzie przez godzinę analizowali możliwe scenariusze i doprecyzowali plan ucieczki. Antonow miał czekać na Ağcę i Çelika w samochodzie zaparkowanym przy ambasadzie Kanady na via della Conciliazione. Stamtąd mieli ruszyć do ambasady Bułgarii. Wasiliew odpowiadał za przerzut kilerów przez granicę. Zamach miał się odbyć w środę 13 lub niedzielę 17 maja. Jeszcze wtedy nie zapadła decyzja, chociaż Ajwazow naciskał, żeby nie zwlekać z wykonaniem wyroku. O ich planach miały już wiedzieć francuskie i rumuńskie służby specjalne.

Trzynastego maja, kilka minut po dziewiątej, Ağca, Çelik, Antonow, Wasiliew i Ajwazow spotkali się na Piazza Repubblica. Jeszcze raz przeanalizowali główne założenia operacji i wrócili na plac Świętego Piotra. Wasiliew wyznaczył dwa miejsca oddalone od siebie od 30 do 50 metrów równolegle do trasy przejazdu papieża, w których mieli stanąć zamachowcy. Około szesnastej od grupy odłączył się Wasiliew. Antonow zaparkował auto przed kanadyjską ambasadą i usiadł z Çelikiem i Ağcą w barze przy via della Conciliazione. Pierwszy miał na sobie skórzaną kurtkę, sportowe buty i czapkę z daszkiem. Drugi — okulary przeciwsłoneczne i aparat fotograficzny; udawał turystę. Antonow miał na nich czekać w samochodzie do trzydziestu minut po pierwszym strzale. Po upływie tego czasu — ze względu na swoje bezpieczeństwo — miał ruszyć z nimi lub bez nich do ambasady Bułgarii. Ağca strzelił do papieża podczas drugiego, ostatniego okrążenia o 17.17. Próbował uciekać, ale został zatrzymany przez wiernych i włoską policję.

Antonow, Wasiliew i Ajwazow nie przyznali się do udziału w zamachu. Zaprzeczyli, żeby znali Ağcę.

- Ostatni raz rozmawiałem z Turkiem w 1984 roku. Siedział zaniepokojony, patrzyłem mu głęboko w oczy: "Jeśli oskarżyłeś niewinnych ludzi, ruszy nowy proces o składanie fałszywych zeznań. Zamiast aktu łaski, zostaniesz w więzieniu do końca życia. Nigdy z niego nie wyjdziesz". Ağca nie reagował, powtarzał spokojnie: "Moje zeznania są prawdziwe. Niczego nie zmyśliłem".

Antonow został aresztowany 25 listopada 1982 roku pod zarzutem współudziału w spisku przeciw papieżowi. Czterdzieści osiem godzin później stanął w sądzie twarzą w twarz z Ağcą. Odbyła się pierwsza konfrontacja. Bułgar miał przygotowane alibi: 13 maja po południu miał być w siedzibie "Balkan Air" przy viale Gorizia z kilkoma pracownikami, którzy potwierdzili jego wersję wydarzeń. Gubili się jednak w zeznaniach. Jedni zapewniali, że Antonow około trzynastej wyszedł na chwilę z biura. Drudzy, że siedział w nim do wieczora.

Miałem coraz więcej wątpliwości. Antonow — pytany o znajomość języków obcych — wymienił angielski. Ağca powiedział mi w czasie przesłuchania, że porozumiewali się właśnie w tym języku. Kiedy Bułgar się o tym dowiedział, zaczął się wycofywać; przekonywał, że zna zaledwie kilka prostych zwrotów po angielsku. Podczas ich konfrontacji obu puściły nerwy, krzyczeli na siebie, złorzeczyli sobie, ale jednocześnie byli bardzo precyzyjni w rzucaniu i odpieraniu oskarżeń. Antonow nie potrafił na przykład wytłumaczyć, skąd Turek wiedział o jego kolekcji buteleczek, ulubionych cygarach i problemach zdrowotnych.

Spotkał się pan z Çelikiem?

- Nie, uciekł najprawdopodobniej 13 maja, kilka godzin po zamachu, i rozpłynął się gdzieś w Turcji. Bekir Çelenk, drugi z członków Szarych Wilków zamieszany w spisek, który skontaktował Ağcę z Wasiliewem, został aresztowany przez bułgarski wywiad w Sofii. Nie dostałem zgody na jego ekstradycję. Znajdował się w areszcie, chociaż — według oficjalnej wersji bułgarskich śledczych — był niewinny. Absurd. Przesłuchałem go w Bułgarii. Zaprzeczył wszystkiemu, zarzekał się, że nie zna Ağcy. Kłamał. Poznali się w Stambule w 1978 roku. Çelenk współpracował z bułgarskimi służbami specjalnymi, był łącznikiem między nimi a turecką organizacją terrorystyczną. W połowie lipca 1980 roku spotkali się w Sofii w luksusowym hotelu Witosza. Miała wtedy paść propozycja zamachu na papieża. Zobaczyli się ponownie w sierpniu, ale w szerszym gronie: poza Ağcą i Çelenkiem pojawili się jeszcze Çelik i Ajwazow. Padło wtedy nazwisko Musy Serdara Çelebiego (został później zatrzymany i razem z Omerem Bagcim postawiony przed włoskim sądem), który miał być łącznikiem między Ağcą a Çelenkiem.

Pod koniec sierpnia 1980 roku Ağca ruszył z Sofii i przez Jugosławię dostał się do Europy Zachodniej. Pojechał do Francji, a stamtąd pociągiem do Szwajcarii. Zatrzymał się w Zurychu, gdzie korzystał z pomocy członków Szarych Wilków. Pod koniec października przekroczył granicę szwajcarsko-włoską. Zatrzymał się w okolicach jeziora Como, spędził trochę czasu w Rzymie, w którym nawiązał kontakty z Bułgarami. Odwiedził Tunezję, Palermo, Mediolan i Wiedeń. Dostał wtedy pistolet. Zostawił go u Bagciego w Olten w Szwajcarii. Żeby zdobyć pozwolenie na pobyt we Włoszech, zapisał się na Uniwersytet dla Obcokrajowców w Perugii. Pojawił się na nim chyba tylko raz. Wolał jechać na wycieczkę na Majorkę. Podróżował, żeby mylić i zacierać ślady.

Swoje śledztwo "prowadzili" też Bułgarzy.

- Zagrałem w otwarte karty, nie chciałem, żeby mi zarzucono, że jestem instrumentem w rękach Amerykanów, który zwalcza kraj bloku państw socjalistycznych, sojusznika ZSRR. Kiedy przedstawiciele bułgarskiego wymiaru sprawiedliwości zwrócili się z prośbą o pomoc i zgodę na udostępnienie materiałów, nie oponowałem. 10 października 1983 roku do Rzymu przyjechali sędziowie Jordan Ormankow i Stefan Markow Petkow. Kilkanaście lat później wyszło na jaw, że byli tajnymi agentami, którzy siedem miesięcy wcześniej — na nieformalnym spotkaniu w Berlinie — prosili towarzyszy ze Stasi o pomoc w zorganizowaniu akcji dezinformacyjnej w zachodnich mediach mającej przykryć "bułgarski ślad". Pisali do mnie anonimowe pogróżki z Niemiec, grozili mojej córce, która mieszkała w Londynie. Szef jej męża, w obawie przed zamachem, próbował go zwolnić.

Ormankow i Petkow dostali oficjalne akredytacje sędziowskie, nie miałem wtedy żadnych podstaw, żeby im nie ufać. Nie wiedziałem, że byli agentami bułgarskich służb. Nasze stosunki były poprawne, darzyliśmy się szacunkiem. Spędziliśmy razem wiele godzin. Przesłuchania Ağcy w więzieniu Rebibbia — odbyło się ich kilka — trwały całymi dniami. Po wielu godzinach zaproponowałem kawę. Poszliśmy z Ormankowem do stołówki. Petkow odmówił, został w celi z moim sekretarzem i Ağcą. Mógł swobodnie rozmawiać z Turkiem, bo jako jedyny z naszej czwórki znał jego język ojczysty. W 1997 roku otrzymałem list od Ağcy; zdradził w nim, że został wtedy zaszantażowany przez Bułgara, że groził mu śmiercią za współpracę z włoskim wymiarem sprawiedliwości. Gdyby powiedział mi o tym od razu, odprawiłbym bułgarskich sędziów. Nie mam pewności, czy Turek napisał prawdę, ale pamiętam, że z dystansem, a nawet strachem podchodził do Bułgarów.

Proces ruszył w maju 1985 roku. Dziesięć miesięcy później wszyscy — poza Agcą — byli już na wolności. Poniósł pan porażkę?

- Ağca odwołał zeznania. Szczegóły z życia Bułgarów — jak przekonywał — zdradził mu Francesco Pazienza, oficer włoskiego wywiadu wojskowego SISMI, który miał go przesłuchiwać w więzieniu w Ascoli Piceno. Turek się zmienił. Zachowywał się jak szaleniec, wykrzykiwał, że jest Jezusem Chrystusem. Został okrzyknięty przez media człowiekiem tysiąca prawd. Linia obrony Bułgarów wykorzystała jego grę, próbowali zdyskredytować akt oskarżenia, który opierał się na zeznaniach zamachowca. Sędziowie nie byli w stanie udowodnić międzynarodowego spisku przeciw papieżowi, musieli uniewinnić zatrzymanych z powodu braku niezbitych dowodów. Powołali się na formułę powątpiewającą, czyli mieli wątpliwości co do niewinności oskarżonych, ale nie dysponowali dostatecznymi dowodami, żeby ich skazać.

Moje zadanie polegało na zebraniu dowodów i poszlak, a nie na wydawaniu wyroków. Wykonałem swoją pracę rzetelnie. Nie mam sobie nic do zarzucenia, nie poniosłem porażki. Zeznania Ağcy znalazły potwierdzenie w dokumentach, faktach i relacjach świadków. Zamach na papieża był wynikiem spisku. Turek nie działał sam, nie był fanatycznym rycerzem, który — w imię swojej religii — chciał wymierzyć sprawiedliwość na placu Świętego Piotra.

Dlaczego wycofał się z zeznań?

- Ağca zmienił taktykę pod koniec czerwca 1983 roku, gdy media poinformowały o zaginięciu Emanueli Orlandi, piętnastoletniej obywatelki Watykanu, a wcześniej — 7 maja — innej dziewczynki, Mirelli Gregori. Petkow, który został w celi z Ağcą, gdy wyszedłem na kawę z Ormankowem, miał mu nie tylko grozić, ale przede wszystkim obiecywać wolność. Domniemani porywacze — po apelu papieża, który "odwołał się do człowieczeństwa tych, którzy ponosili odpowiedzialność w tej sprawie" — zaczęli wysuwać żądania. Byli przy tym zuchwali. Jeden z listów zostawili w barze przy via Traspontina 9, gdzie śledczy, po wizji lokalnej z udziałem Ağcy, dokonywali ustaleń. Dawali do zrozumienia, że kontrolują każdy nasz ruch. Grozili nam. Jakakolwiek próba ich rozpracowania miała się skończyć śmiercią dziewczynki. Notatkę otrzymał także Sandro Pertini, prezydent Włoch. Porywacze wyjaśniali w niej, że próbowali wymienić Gregori na Orlandi, ale po braku reakcji ze strony Stolicy Apostolskiej zabili pierwszą i uprowadzili drugą. Ostrzegali: "Jeśli Ağca nie wyjdzie na wolność, zlikwidujemy drugą dziewczynkę. Proszę potraktować nas poważnie".

Co się stało z dziewczynką?

- Rodzina, a szczególnie brat wierzą, że została wywieziona do zakonu lub jakiegoś kraju muzułmańskiego. Moim zdaniem już dawno nie żyje. Byłaby niewygodnym świadkiem, który — po nitce do kłębka — mógłby doprowadzić do rozwikłania zagadki zamachu na Jana Pawła II.

Cytowany fragment pochodzi z książki Jacka Tacika "Zamach. Jan Paweł II - 13 maja 1981. Spisek. Śledztwo. Spowiedź", która ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego 11 maja br.

materiały prasowe

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje