O co papież Franciszek prosi Boga? Niezwykłe wyznania jego przyjaciółki

Najbardziej intymna, a jednocześnie odważna książka, jaką napisano o papieżu Franciszku. "»Dzień dobry, Elisabetta?». Tego głosu nie da się pomylić. Nie wierzę. Ale to on, ojciec Jorge, papież. Wiedziałam, że kiedyś do mnie zadzwoni. Zastanawiałam się nawet nad tym, jak się do niego będę zwracać, przecież przez gardło mi nie przejdzie: »Ojcze Święty». Nigdy nie pomyślałam, że zadzwoni tak szybko. Ojciec Jorge, Franciszek, jak zawsze ten sam. Jestem szczęśliwa".

Od wczesnej młodości aż po posługę następcy świętego Piotra. Autorka, dla której papież jest duchowym Ojcem, dotyka najważniejszych momentów w życiu Franciszka. Mówi o jego niesamowitej charyzmie, ale nie stroni też od dokładnego opisu intryg, jakie państwowi i kościelni oficjele knuli za jego plecami w Argentynie i Watykanie. Nikt do tej pory nie powiedział jeszcze tyle o Franciszku i wielkiej rewolucji, jaką rozpoczął on w sercu Wiecznego Miasta. Po konklawe zmieniło się wiele, ale nie łącząca ich przyjaźń. Dzięki niej Franciszek. Życie i rewolucja to najbardziej intymna i niepowtarzalna opowieść, jaką napisano o papieżu z krańca świata. 

Reklama

ELISABETTA PIQUÉ "Franciszek. Życie i rewolucja"

Fragmenty książki 

CZAS CZUWANIA

Leje jak z cebra. Jest czwarta rano, 12 marca, za oknem jeszcze ciemno. Bergoglio wstaje jak zwykle bardzo wcześnie. Na kolanach, z zamkniętymi oczami modli się w ciszy jak każdego ranka. Zwraca się do świętego Józefa i świętej Tereski o światło. Boga prosi o przebaczenie grzechów, a Jezusa o to, żeby mógł służyć i być narzędziem w Jego ręku. To wyjątkowy dzień. Po południu zaczyna się konklawe mające wybrać następcę Benedykta XVI. Bergoglio jest jednym ze stu piętnastu kardynałów-elektorów, którzy zostaną zamknięci w kaplicy Sykstyńskiej, żeby wypełnić tę misję.

Jest zimno. Słychać krople deszczu uderzające o bruk. Kardynał znajduje się w dużym pokoju w rzymskim hotelu dla duchowieństwa przy via Della Scrofa. Już go tutaj znają. W ciągu ostatnich dziesięciu lat gościł tu wielokrotnie i zawsze czeka na niego ten sam pokój numer 203. Nie lubi przyjeżdżać do Rzymu. A właściwie do Watykanu. Te wszystkie intrygi, przepych, wystawność. Można stracić wiarę. Dużo lepiej czuje się w hotelowym pokoju, wysokim, skromnie urządzonym, bez stylowych mebli i adamaszków.

To człowiek zorganizowany, staranny, roztropny. Jak twierdzą jego znajomi, przed przystąpieniem do działania rozważa konsekwencje i możliwe rozwiązania. Już poprzedniej nocy spakował swoją walizeczkę. A ponieważ rzeczy materialne są mu obojętne, niewiele musi ze sobą zabrać do Domu Świętej Marty, czterogwiazdkowego watykańskiego hotelu, w którym na czas konklawe zakwaterowani są wszyscy kardynałowie. Bergoglio ma nadzieję, że to konklawe nie potrwa długo. Podobnie jak w 2005 roku, kiedy uczestniczył w wyborze następcy Jana Pawła II, jest przekonany, że w obecnych czasach i panującym medialnym szaleństwie głosowania dłuższe niż dwa dni stworzą obraz Kościoła podzielonego.

Z tego samego powodu podczas konklawe w 2005 roku, kiedy był na drugiej pozycji, tuż za Josephem Ratzingerem, sam się wycofał, aby nie blokować wyboru. Po trwającym prawie dwadzieścia siedem lat pontyfikacie Jana Pawła II nie było łatwo zastąpić tego duchowego i intelektualnego giganta, charyzmatycznego nawet w chwilach agonii. Najlepszym wyborem było postawienie na Ratzingera, który był prawą ręką papieża Polaka, a jako dziekan Kolegium Kardynalskiego, a ponadto człowiek zrównoważony i kulturalny, odegrał kluczową rolę w zebraniach poprzedzających konklawe. Popierała go także konserwatywna grupa kardynałów. Tamto konklawe było dla Bergoglia doświadczeniem nie tylko nowym, ponieważ pierwszy raz w życiu wszedł do imponującej kaplicy Sykstyńskiej, aby wybrać następcę świętego Piotra, ale też traumatycznym. Kardynałowie uczestniczący w głosowaniach - ściśle tajnych, z których jednak zwykle wydostają się pewne informacje, emocje, poufne dane - widzieli, że kardynał Jorge Mario Bergoglio, metropolita Buenos Aires, wtedy sześćdziesięcioośmioletni, zbierał w pierwszej turze coraz więcej głosów. Wyprzedzał nawet samego kardynała Carla Marię Martiniego, także jezuitę, wymienianego często, zwłaszcza przez progresistów, jako kandydat na papieża, nie kandydującego jednak z powodu choroby.

"Pamiętam, że z konklawe w 2005 roku wrócił bardzo poruszony - opowiada stary przyjaciel kardynała Bergoglia. - Zadzwonił do mnie i powiedział: »Doktorze, nie wyobraża sobie pan, ile wycierpiałem«. Czuł się wykorzystany przez tych, którzy przeczuwali, że przegrywają i wysunęli jego kandydaturę w opozycji do Ratzingera. Ta sytuacja bardzo go dotknęła".

Ojciec Jorge - woli, kiedy tak się go nazywa, bo czuje się prostym księdzem, pasterzem - kończy porządkowanie swoich rzeczy w pokoju przy via Della Scrofa. Mija osiem lat od tamtego konklawe. Z pewnością były to lata bardzo trudne dla Benedykta XVI, który 11 lutego ogłosił swoją rezygnację z urzędu i został pierwszym od sześciuset lat papieżem, który abdykował. Bergoglio nazwał ten gest "odważnym i rewolucyjnym".

***

PIERWSZA MIŁOŚĆ

"Łączyło nas to wszystko, co może łączyć w tym wieku. Spotykaliśmy się zawsze w barze przy Avellaneda i Segurola, gdzie grywaliśmy w bilard. W weekendy szturmowaliśmy któryś z domów, szliśmy potańczyć do klubu w dzielnicy Chacarita, bo było tam dużo młodych dziewcząt. Jorge miał dziewczynę z osiedla" - przypomina sobie.

Znana jest historia z dwunastoletnią Amalią Damonte, córką sąsiadów rodziny Bergoglio. Któregoś dnia Jorge wyznaje jej miłość i ostrzega, że jeśli go odrzuci, poświęci swoje życie Bogu. "Powiedział mi, że jeśli się ze mną nie ożeni, to zostanie księdzem. To były takie chłopięce zaloty, nic więcej. Na szczęście dla niego nie ożenił się ze mną i teraz jest papieżem" - wspomina dziś siedemdziesięciosześcioletnia Amalia Damonte, której uśmiech nie schodzi z twarzy. "Dał mi liścik, w którym narysował biały domek z czerwonym dachem i dopisał: »Kupię Ci taki domek, kiedy się pobierzemy«". Sprawa zostaje zamknięta, ale wybucha rodzinno-sąsiedzki konflikt, kiedy rodzice "Julii z Flores" dowiadują się o liście miłosnym. Ojciec wpada w furię i zabrania im się widywać.

Zaraz po tym, jak Bergoglio objął Stolicę Piotrową, ta urwana historia miłosna staje się newsem w wiadomościach i dziennikach na całym świecie. Nadal pozostaje jednak nieznana prawdziwa dziewczyna Bergoglia. Chodzi o poważniejszy związek z dziewczyną należącą do grupy znajomych, z którymi chodzili tańczyć.

Czemu się zakończył? "Odkryłem powołanie do kapłaństwa" - odpowiedział Bergoglio.

Przyszły papież, który podobnie jak Jan Paweł II wstępuje do seminarium w dojrzalszym wieku, ma naturalny kontakt z zaprzyjaźnionymi kobietami. Jedna z nich spowodowała nawet, że zaczął powątpiewać w swoje powołanie. "Gdy byłem w seminarium, urzekła mnie pewna dziewczyna poznana na ślubie wujka. Byłem pod wrażeniem jej urody, jej intelektu... I cóż, długi czas czułem się jak uderzony obuchem, ciągle się zastanawiałem - wyznaje Bergoglio. - Gdy po weselu wróciłem do seminarium, przez cały tydzień nie mogłem się modlić, ponieważ jak tylko zaczynałem, pojawiała mi się w głowie tamta dziewczyna. Musiałem rozważyć na nowo, jak postąpię. Byłem jeszcze wolny, bo dopiero studiowałem w seminarium; mogłem wrócić do domu i cześć. Musiałem jeszcze raz przemyśleć swój wybór. Wybrałem znowu drogę duchową - albo raczej pozwoliłem się do niej wybrać".

***

LEWICOWY PAPIEŻ?

Szósta wieczorem. Papież kończy pisanie tekstu i chce, żeby ktoś przepisał go na maszynie. Szuka jakiegoś urzędnika w biurach Watykanu, ale nie ma już nikogo. Mimo to pozapalane są wszystkie światła. Franciszek zaczyna je gasić po kolei we wszystkich gabinetach i mruczy pod nosem: "Co za marnotrawstwo. Za te pieniądze u nas ksiądz miałby utrzymanie przez cały rok!". Tę scenę widziały osoby z bliskiego otoczenia papieża. I jest ona całkiem prawdopodobna. Kiedy ojciec Jorge mieszkał w pokoiku na trzecim piętrze kurii metropolitalnej w Buenos Aires, w środku zimy, kiedy w weekendy zostawał sam w budynku, wyłączał z oszczędności ogrzewanie. Wystarczał mu mały grzejnik elektryczny.

Scena z Franciszkiem gaszącym niepotrzebne światła jest symboliczna. Jego pojawienie się oznacza początek nowego, odmiennego stylu także dla administracji wewnętrznej, gospodarki i niejasnych finansów Stolicy Apostolskiej. Pragnienie "Kościoła ubogiego i dla ubogich" rewolucjonizuje Watykan. W Kurii Rzymskiej, gdzie większość ulega świeżemu powiewowi z południa, nagle modne stają się srebrne pierścienie i krzyże. Już nie nosi się łańcuchów i krzyży ze złota, a tym bardziej z kamieniami szlachetnymi. Lepiej przeznaczyć je na biednych albo - ostatecznie - zamknąć w sejfie.

Nowe ascetyczne podejście zaczyna przekładać się na konkrety. Sam papież narzuca je niejako, zamieszkując w Domu Świętej Marty i prezentując skromny styl życia - żadnych limuzyn, żadnych mercedesów, tylko zwykły, niebieski metalizowany ford focus.

Jedną decyzją Papa villero likwiduje bonus, który trzy tysiące pracowników Watykanu dostawało przy okazji zmiany papieża. W najmniejszym państwie na świecie, zajmującym czterdzieści cztery hektary, w okresie sediswakancji przydzielano zwyczajowo premię z racji przepracowania - za nadgodziny i zwiększony nakład pracy. Na przykład w 2005 roku, po śmierci Jana Pawła II, pracownicy Watykanu dostali po tysiąc euro każdy. Mało tego, po wyborze Benedykta XVI każdy otrzymał jeszcze pięćset euro. Franciszek uznał, że tę kwotę, około sześciu milionów euro, przeznaczy dla potrzebujących. Ale to dopiero początek.

Papież chce dać przykład, począwszy od środka. Wkracza do IOR, który w ostatnich dziesięcioleciach był źródłem wielu skandali, podejrzeń o pranie brudnych pieniędzy i prowadzenie podejrzanych interesów. Cel Franciszka jest jeden: przejrzystość. Zanim interweniuje w sposób konkretny, decyduje o obcięciu premii, jakie otrzymuje pięciu kardynałów z komisji nadzorczej IOR. Nie jest to być może znacząca kwota - jak podaje włoska prasa, około dwudziestu pięciu tysięcy euro rocznie dla każdego - ale istotny jest sam gest. Duchowość przybiera inny wymiar.

Zanim Franciszek zaingeruje w działalność IOR i finanse Watykanu, przygotowuje teren: tworzy papieskie komisje do przeanalizowania sytuacji, a następnie wdrożenia środków zaradczych. Przedstawia także swoje opinie dotyczące gospodarki. Już w Argentynie zasłynął z potępiania korupcji, zepsucia, biedy, rosnących nierówności społecznych i nadużyć zarówno dzikiego kapitalizmu, jak i nadmiernej ingerencji państwa.

16 maja, dwa miesiące i trzy dni po wyborze, w pierwszym poważnym wystąpieniu na temat światowego kryzysu finansowego kreśli druzgoczącą diagnozę. Kategorycznie obnaża istnienie "dyktatury ekonomii, pozbawionej ludzkiego oblicza i celu", która tworzy "sytuację niepewności, czego skutki są zgubne". Atakuje także brak równowagi, będący konsekwencją "ideologii, które promują absolutną autonomię rynków i spekulację finansową [...]. Do tego dochodzi także szerząca się korupcja i egoistyczne uchylanie się od płacenia podatków, co nabrało zasięgu światowego". Domaga się "przeprowadzenia takiej reformy finansowej, która byłaby etyczna i zrodziła następnie zdrową dla wszystkich reformę gospodarki". Wzywa przy tym przywódców politycznych do zmiany postawy, aby "rzeczywiście służyli dobru wspólnemu obywateli swoich krajów".

"Papież wzywa do bezinteresownej solidarności i do powrotu do etyki opowiadającej się po stronie człowieka w rzeczywistości finansowej i ekonomicznej" - apeluje w przemówieniu z okazji przedstawienia listów uwierzytelniających nowych ambasadorów Kirgistanu, Antigui i Barbudy, Wielkiego Księstwa Luksemburga i Botswany przy Stolicy Apostolskiej. Przesłanie to skierowane jest w rzeczywistości do społeczności międzynarodowej. "Kryzys finansowy, który przechodzimy, sprawia, że zapominamy o jego pierwotnym źródle, tkwiącym w głębokim kryzysie antropologicznym. W negowaniu prymatu człowieka!" - diagnozuje papież. "Dziś sama istota ludzka jest uważana za dobro konsumpcyjne, które można użyć, a potem wyrzucić" - odnosi się do coraz głębszej przepaści między bogatymi i biednymi. Dochody mniejszości wzrastają w zawrotnym tempie, podczas gdy większość ma coraz mniej. Wzywa specjalistów i rządzących do rozważenia słów świętego Jana Chryzostoma: "Niedzielenie się z ubogimi swoimi dobrami to okradanie ich i odbieranie im życia". To zdanie wzbudziło niepokój w Watykanie, gdzie wielu drży z obawy, że Franciszek sprzeda bezcenne budynki w Stolicy Apostolskiej albo przestanie dotować działalność różnych dykasterii watykańskich.

Dwa dni później, 18 maja, w obecności dwustu tysięcy wiernych, podczas modlitewnego czuwania w wigilię Zesłania Ducha Świętego, papież odpowiada na zadane pytanie. "Kiedy inwestycje w bankach tracą wartość... tragedia... i co teraz? Lecz jeśli umierają z głodu osoby, jeśli nie mają co jeść, jeśli nie mają opieki zdrowotnej, nic nie szkodzi! Taki jest nasz dzisiejszy kryzys!" "Dziś, kiedy bezdomny umiera z głodu, ta wiadomość nie trafia do gazet. Dziś w gazetach znajdziemy raczej jakiś skandal. Skandal: no tak, to jest wiadomość! Dziś myślenie, że tak wiele dzieci nie ma co jeść, to nie jest wiadomość. To rzecz groźna, bardzo groźna!" - ubolewa papież, wyjaśniając przy tym, że "świadectwo Kościoła ubogiego dla ubogich sprzeciwia się takiej mentalności".

Kiedy 21 maja Franciszek odwiedza grupę sióstr zakonnych Matki Teresy z Kalkuty, które prowadzą schronisko dla biednych w Watykanie, mówi: "Dziki kapitalizm uczył logiki zysku za wszelką cenę. Dać, aby otrzymać. Wyzysk, który nie zważa na osobę. A skutki tego widzimy w kryzysie, który teraz przeżywamy". Podczas audiencji udzielonej 24 maja uczestnikom sesji plenarnej Papieskiej Rady ds. Duszpasterstwa Migrantów i Podróżnych atakuje proceder handlu ludźmi: "to działalność nikczemna, wstyd dla naszych społeczeństw, które uważają się za cywilizowane!". A rzeczywistość jest taka, że "żyjemy w świecie, w kulturze, gdzie panuje fetyszyzm pieniędzy".

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje