Łódzkie: Policjanci ranni podczas nocnej interwencji już opuścili szpital

Dwaj policjanci, którzy zostali ranni podczas nocnej interwencji w Zgierzu w woj. łódzkim, opuścili już szpital - poinformował Sławomir Góral ze zgierskiej policji. Około godziny 2.00 w nocy funkcjonariusze zostali zaatakowani przez grupę obcokrajowców z Gruzji i Ukrainy. Policjanci użyli służbowej broni.

W związku z tą sprawą zatrzymano 13 napastników z Gruzji i Ukrainy. Za czynną napaść na policjantów grozi im do 10 lat więzienia.

Reklama

Jak powiedział PAP Sławomir Góral, podczas interwencji rannych zostało w sumie sześć osób - czterech obcokrajowców i dwóch funkcjonariuszy - jeden z nich z raną głowy. Ich życiu i zdrowiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Trzech napastników nadal przebywa w placówce. Natomiast policjanci opuścili szpital.

Wcześniej informowano, że poszkodowane były cztery osoby - policjant i trzech napastników.

Kilkanaście strzałów

Pytany o przebieg zdarzenia, Góral wyjaśnił, że nieumundurowani funkcjonariusze, którzy patrolowali okolicę "pod kątem kradzieży samochodów" zauważyli na jednym z parkingów osiedlowych grupę pięciu dziwnie zachowujących się mężczyzn. "Przystąpili do ich legitymowania. W tym czasie do grupy doszło kilka kolejnych osób, które nie reagowały na polecenia policjantów. Niespodziewanie zaatakowały one funkcjonariuszy, którzy musieli użyć broni palnej. Padło kilkanaście strzałów" - mówił.

Według relacji niektórych mediów, napastnicy zaatakowali policjantów płytą chodnikową, kamieniami. "Badamy tę wersję zdarzenia. Na ulicy znaleźliśmy betonowe kawałki" - zaznaczył Góral. Wiadomo, że część obcokrajowców była pod wpływem alkoholu. Góral nie potrafił powiedzieć, co było przyczyną ich agresji.

Zaznaczył, że na miejscu działają grupy dochodzeniowo-śledcze, technicy i prokuratorzy. Zabezpieczane są ślady, zabezpieczony został monitoring, dla ruchu zamknięto ulicę, przesłuchiwani są świadkowie.

Pytani przez PAP mieszkańcy bloków, przy których doszło do zdarzenia, twierdzą, że okolica do tej pory była spokojna. Większość z nich mówiła, że nic nie widziała, nic nie słyszała. "Nie spodziewałam się takiej rzeczy, myślałam, że jest tu bezpiecznie" - powiedziała jedna z mieszkanek. Część mieszkańców mówiła, że Ukraińcy mieszkali niedaleko "za torami".

Jeden z lokatorów bloku powiedział, iż widział w czasie interwencji skaczącego po samochodach mężczyznę. Później usłyszał strzały. Dodał, że napastnicy byli agresywni również po zatrzymaniu, kiedy leżeli na ziemi.

PAP rozmawiała również z lokatorem, który mieszka na trzecim piętrze. "Najpierw było słychać krzyki. Myślałem, że to idzie pijana młodzież. Później słychać było, jakby ktoś kogoś gonił. Raz się głosy oddalały, raz przybliżały. Usłyszałem dużo strzałów, ale pomyślałem, że to petardy. Jak wyjrzałem przez okno, to była już policja" - mówił lokator.

Czynna napaść i czynny opór

Jak poinformował rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi Krzysztof Kopania, wszystko wskazuje na to, że zachowanie napastników było bardzo agresywne i nie budziło wątpliwości co do tego, że należy je traktować w kategoriach przestępstw czynnej napaści i czynnego oporu.

Dodał, że analizowana jest też kwestia użycia przez policję służbowej broni. Według niego dotychczasowe ustalenia wskazują, że reakcja policjantów była prawidłowa. Początkowo oddany został strzał ostrzegawczy, a dopiero "wobec jego bezskuteczności oddano kolejne strzały".

Nie wykluczył, że pierwsze czynności z udziałem zatrzymanych uda się wykonać jeszcze w piątek.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy