Nabici w butlę z azotem?

Wśród ofert łódzkich firm wulkanizacyjnych od kilku lat znajduje się pompowanie kół azotem. Czy warto za nie płacić, jeżeli na każdej stacji benzynowej możemy skorzystać z kompresora?

Pompowanie kół azotem ma wielu zwolenników. Przytaczają oni liczne argumenty świadczące o zbawiennym działaniu tego gazu na ogumienie. Inni twierdzą, że taka usługa to nic innego, jak tylko wyciąganie pieniędzy od kierowców. Kto ma rację?

Reklama

Za azotem

Podawane przez zwolenników napełniania kół azotem argumenty podzielić można na bardziej i mniej uzasadnione z punktu widzenia fizyki.

Istnieją jednak niezaprzeczalne fakty, które mogą skłaniać do takiego rozwiązania. Gaz ten jest bowiem używany w wyścigach Formuły 1 i lotnictwie.

Zwolennicy tego rozwiązania argumentują, że:

- przy zastosowaniu azotu ulegają zmniejszeniu opory toczenia, redukcji ulega także ścieranie mieszanki gumowej oraz zużycie paliwa,

- molekuły zawarte w azocie w dużo mniejszym stopniu przenikają przez ścianki opon, dzięki czemu stałe ciśnienie gazu zmniejsza odkształcanie ogumienia i zapobiega niepożądanym wibracjom,

- azot zwiększa żywotność opon, ponieważ mieszanka gumowa w mniejszym stopniu ulega procesowi utleniania od wewnątrz opony,

- azot nie jest gazem łatwopalnym.

Argumentów za azotem jest więcej:

- Pompowanie opon powietrzem podawanym przez warsztatową sprężarkę wprowadza do środka opony wilgoć, olej i inne zanieczyszczenia, powodujące m.in. korozję obręczy - mówi Adam Malicki z zakładu wulkanizacyjnego przy ul. Pabianickiej.

- Azot nie zmienia objętości, więc w oponie panuje cały czas takie samo ciśnienie, niezależnie od temperatury. Szczególnie przydatne jest to zimą albo w czasie bardzo szybkiej, długotrwałej jazdy - dodaje Piotr Chmielewski z firmy "Mea", działającej w łódzkiej branży oponiarskiej.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje