O zabytkach i ludziach

Ta historia ma dwa wątki: dramat lokatorów i los zabytkowej kamienicy przy ul. Tuwima 17. Ludzie mają wynieść się ze swojego własnego, wykupionego mieszkania, a zabytek czeka niepewna przyszłość.

Rodzina Jadwigi Rynkart w budynku przy ul. Tuwima 17, czyli Domu Otto Gehliga w Łodzi, mieszka od 70 lat. Tam żyła jej matka, urodziła się ona, a potem córka Joanna. We wrześniu dostała pismo, które niemal zwaliło ją z nóg. Podobnie jak kolejne, już z listopada.

Reklama

Droga ziemia

Administrator budynku, firma Madomex, w pierwszym liście nakazał rodzinie Rynkartów wyprowadzić się z ich własnościowego mieszkania. Pismo z listopada było gorsze. Administrator nakazał opróżnić lokal do końca listopada, bo jak nie, to wszczęte zostanie postępowanie administracyjne. Grozi kara grzywny do 50 tys. zł, odebranie rzeczy ruchomych, a nawet zabór nieruchomości i przymus bezpośredni...

- Zaczęli od straszenia. Zapomnieli tylko dodać, dokąd mamy się wyprowadzić z naszego mieszkania - wścieka się Jadwiga Rynkart.

Dlaczego trzeba się wynieść? Ekspertyzy mówią o fatalnym stanie dachu budynku. Grube mury postoją jeszcze setki lat. Pod warunkiem, że nic nie stanie się z budynkiem, wpisanym do rejestru zabytków.

Lokatorzy obawiają się działań, mających na celu zdewastowanie nieruchomości, żeby można było ją zrównać z ziemią, w tym punkcie Łodzi bardzo cenną - sam teren wart jest niemal 2,5 mln zł. Ale łódzki budynek nie może zostać wyburzony tak po prostu - jest wpisany do rejestru zabytków.

Leci na głowę

Co na to administrator nieruchomości, czyli Madomex, który budynkiem na ul. Tuwima 17 zajmuje się od stycznia 2007 roku? Wcześniej zarządzała nim podległa magistratowi Administracja Nieruchomości "Centrum II". Jak podkreśla prezes Madomeksu, Antoni Mokrzycki, wcześniejszy zarządca nie zrobił w budynku nic, pomimo zaleceń rzeczoznawców.

Tymczasem w zeszłym roku na chodnik zaczęły spadać elementy dachu, co zmusiło Madomex do poinformowania wojewódzkiego konserwatora zabytków i wykonania ekspertyz budynku. Specjalista stwierdził fatalny stan dachu i stropów, dodatkowo przesłał wnioski do łódzkiego nadzoru budowlanego. Tenże nakazał natychmiastowe wyłączenie budynku z użytkowania.

- Dodatkowo zażądał ostemplowania budynku, odłączenia mediów i zabezpieczenia nieruchomości przed możliwością uszkodzenia przez osoby trzecie, czyli np. przez przypadkowych przechodniów - podkreśla Antoni Mokrzycki.

Stemple w fasadę wmontowano w ubiegłym tygodniu, podobnie jak płyty, które uniemożliwiają podejście do budynku.

- Pisma, które wysłaliśmy do lokatorów, są następstwem decyzji nadzoru budowlanego - dodaje prezes Mokrzycki. I zapewnia, że jeszcze na początku grudnia mogą rozpocząć się prace projektowe nad remontem dachu.

A konserwator?

Administrator zwrócił się do Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków, żeby wspomógł remont. W połowie listopada urząd odesłał pismo, sygnowane przez Wojciecha Szygendowskiego, łódzkiego wojewódzkiego konserwatora zabytków, którego głównym wnioskiem było stwierdzenie, że nic nie da. A za stan swojej własności odpowiada właściciel.

Dlatego remont spadnie na barki wspólnoty mieszkaniowej, która na walnym zgromadzeniu najpewniej będzie musiała wysupłać środki (choć wcale nie musi - o wyniku decyduje głosowanie) na remont dachu.

- Realne koszty oceniam na 50-60 tysięcy złotych - wylicza Antoni Mokrzycki. - Po jego zakończeniu właściciele będą mogli wrócić do swoich mieszkań. I zapewniam, o żadnym wyburzaniu i niszczeniu budynku nie ma mowy.

Tymczasem rodzina Rynkartów nie zamierza wynieść się ze swojego mieszkania. Bo i dokąd? No i zastanawia się jeszcze nad założeniem sprawy sądowej zarządowi wspólnoty mieszkaniowej, której zarzuca, że nie ruszyła palcem w bucie, żeby uchronić swój własny zabytek od dewastacji.

Michał Bogusiak

michal.bogusiak@echomiasta.pl

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje