Oszukiwał przy zakupie mieszkań

Czwartek, 1 lipca 2010 (13:15)

Właściciel łódzkiego biura obrotu nieruchomościami Tomasz S. oszukiwał klientów przy obrocie lokalami i wyłudził od nich ponad milion zł. Pomagali mu b. szefowie kilku Administracji Nieruchomości w Łodzi; mieli przyjąć za to w sumie ponad 85 tys. zł łapówek.

Zdjęcie

Właściciel łódzkiego biura obrotu nieruchomościami oszukiwał swoich klientów/fot. W. Traczyk /Agencja SE/East News
Właściciel łódzkiego biura obrotu nieruchomościami oszukiwał swoich klientów/fot. W. Traczyk
/Agencja SE/East News
Akt oskarżenia w tej sprawie trafił już do Sądu Okręgowego w Łodzi - poinformował w czwartek rzecznik łódzkiej prokuratury okręgowej Krzysztof Kopania. Całej piątce grożą kary do 10 lat więzienia. Śledztwo w sprawie oszustw i przyjmowania korzyści majątkowych przez funkcjonariuszy publicznych z Urzędu Miasta Łodzi w związku z najmem lokali komunalnych, prowadzone było wspólnie przez prokuraturę i CBŚ. Zarzuty dotyczą lat 2003-2007.

Według prokuratury właściciel jednego z biur obrotu nieruchomościami Tomasz S. oszukał 37 klientów i doprowadził ich do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w wysokości niemal 1 mln 27 tys. zł. Najwyższa wyłudzona kwota to ponad 87 tys. zł. Jak ustalono mężczyzna zamieszczał w prasie ogłoszenia, w których oferował mieszkania do kupna po niskich cenach; w rzeczywistości oferowane przez niego lokale komunalne mogły być jedynie przedmiotem zamiany.

Reklama

Tomasz S. podejmował się takich transakcji nawet wtedy, gdy jedna ze stron nie posiadała tytułu prawnego do lokalu. Według prokuratury za pomocą łańcuszka różnego rodzaju transakcji, często podrabiając dokumenty tj. umowy najmu, czy wnioski o przydział lokalu, doprowadzał do zamiany.

Nie informował swych klientów o stanie prawnym lokali, ani o tym, że to, co uważają oni za kupno mieszkania, jest w istocie zamianą. - Część osób dopiero przy finalizowaniu transakcji dowiadywała się, że nie nabyła tytułu własności lokalu, a jedynie inny tytuł prawny np. najem czy prawo spółdzielcze - wyjaśnił prok. Kopania.

Na poczet transakcji Tomasz S. pobierał od klientów pieniądze, które miały pokryć koszty uzyskania tytułu prawnego do lokalu, spłatę zadłużenia, czy być dopłatą do różnicy w metrażu oraz prowizję dla biura. W sumie wyłudził w ten sposób ponad milion zł. Po przedstawieniu mu zarzutów oszustwa Tomasz S. sam ujawnił, że wręczał łapówki osobom z ówczesnego kierownictwa czterech Administracji Nieruchomości w Łodzi. Zarzuty korupcyjne w tej sprawie usłyszeli: b. dyrektorki administracji z terenu dzielnic Górna i Śródmieście - Barbara Cz. i Maria M. oraz b. zastępcy dyrektorów dwóch kolejnych Administracji Nieruchomościami ze Śródmieścia i Bałut - Urszula Ch. oraz Jan S.

Według prokuratury przyjęli oni łapówki w łącznych kwotach od 10,5 tys. do 28,5 tys. zł. Pieniądze mieli brać w zamian za zawarcie umów o najem lokali, znajdujących się w zasobach danej administracji, przez klientów biura m.in. z pominięciem procedury konkursowej. W sumie dotyczyło to 57 przypadków najmu lokali.

- Ich działania polegały m.in. na niewystawianiu mieszkań do konkursu i wcześniejszym przekazywaniu prawa do lokalu klientom Tomasza S. Pozbawiało to inne osoby możliwości starania się o uzyskanie tytułu prawnego do tych lokali - wyjaśnił Kopania. Mieli oni także przekazywać Tomaszowi S. informacje o wolnych lokalach w zasobach danej administracji i ujawniać dane z ofert konkursowych odnoszących się do konkretnych lokali; umożliwiało to Tomaszowi S. wygrywanie konkursów.

Właścicielowi biura zarzucono także fałszowanie dokumentów i posługiwanie się nimi oraz wyłudzenie dwóch kredytów bankowych na zakup jednej z nieruchomości w łącznej wysokości ponad 575 tys. zł. Przed sądem stanie także kobieta podejrzana w sprawie kupna tej nieruchomości; innej kobiecie zarzucono wręczenia 5 tys. zł korzyści majątkowej Janowi S. w zamian za przejęcie zarządu jednej z nieruchomości.

Tomasz S. przyznał się do winy. Czterej byli szefowie administracji wszystkiemu zaprzeczają. Początkowo byli aresztowani, ale przed sądem odpowiadać będą z wolnej stopy. Grożą im kary do 10 lat pozbawienia wolności.

INTERIA.PL/PAP