Pieniądze w teczce prezesa

Nieprawidłowe gospodarowanie pieniędzmi to główny zarzut postawiony prezesowi Gminnej Spółki Wodnej w Zdunach Stanisławowi Kubicy przez komisję rewizyjną w protokole pokontrolnym za 2007 rok przedstawionym na walnym zebraniu spółki 14 lutego.

Mimo zastrzeżeń i zgłoszenia nieprawidłowości przez komisję rewizyjną do organów ścigania większość delegatów spółki, 19 głosami za, przeciwko 7, udzieliła mu absolutorium.

Reklama

Delegaci nie odnieśli się w ogóle do postawionych zarzutów, nie sformułowali żadnych zaleceń ani wniosków. Uchwały złożone przez komisję rewizyjną dotyczące wyciągnięcia konsekwencji wobec prezesa nie zostały nawet odczytane do końca, dołączono je jedynie do protokołu. Po udzieleniu absolutorium delegaci doszli do wniosku, że ocenę jego postępowania należy pozostawić prowadzącej dochodzenie policji.

Na koniec 2007 roku w posiadaniu Gminnej Spółki Wodnej powinno być prawie 26 tys. zł. Komisja rewizyjna, obradująca w styczniu, stwierdziła, że na 31 grudnia na koncie bankowym spółki było niecałe 3000 zł, brakowało ponad 23.600 zł. Komisja na spotkaniu z prezesem zażądała wyjaśnień, okazało się, że ten brakujące pieniądze ma... w teczce. Wyjął je z niej, położył na stole i poprosił o przeliczenie w celu sprawdzenia, czy wszystko się zgadza.

Przewodniczący komisji Edward Pierzchała odmówił, zażądał natychmiastowej wpłaty ich na konto spółki i przedstawienia wyciągu bankowego. Prezes uzależnił wpłatę od przeliczenia położonej na stole gotówki.

Panowie się nie dogadali i pieniądze trafiły ponownie do teczki. Później, ratami, zostały wpłacone przez prezesa na konto. - Żeśta się po prostu pożarły i stąd całe zamieszanie - skwitował jeden delegatów, słysząc tę relację na walnym zebraniu.

- My się nie pokłóciliśmy, tylko ja widzę nieprawidłowości i nie będę nadstawiał karku! Bo komu zarzucą, że nic nie zrobił? Oczywiście, że komisji rewizyjnej! - odpowiedział przewodniczący komisji rewizyjnej Edward Pierzchała.

Pierzchała tłumaczył na spotkaniu, że nie przeliczył pieniędzy, bo nic to nie wnosiłoby do sprawy, istotna dla niego byłaby ich obecność na koncie bankowym. -

A skąd miałem wiedzieć, skąd on ma te pieniądze i co on z nimi zrobi, jak je przeliczę? - tłumaczył na walnym zebraniu. Dodał, że taka sytuacja utrzymywała się od kwietnia, większość pieniędzy nie trafiała na konto. Jest to złamanie przepisów dotyczących gospodarowania pieniędzmi spółki. Poza kontem może bowiem znajdować się w kasie spółki tylko 5 tys. zł - to tak zwane środki awaryjne. Po co prezesowi pieniądze spółki w teczce?

Prezes tłumaczył na spotkaniu, że wypłacił je z konta, by ustrzec spółkę przed podatkiem od oszczędności przechodzących z jednego roku na drugi. Delegatów zdziwiło, że księgowa, zatrudniona od października, nie wytłumaczyła prezesowi, że łamie prawo i że podatku się nie ustrzeże, bo jest on liczony nie od stanu konta, ale od rocznego rozliczenia składanego w urzędzie skarbowym.

Bo silnik się rozsypał - Ja w uchwale walnego miałem zagwarantowany zwrot za benzynę, ubezpieczenie i remonty bieżące, nie widzę więc problemu - powiedział prezes Stanisław Kubica, wyjaśniając delegatom, że według niego niezasadne są zarzuty komisji rewizyjnej o to, że dokonał na koszt spółki wymiany silnika w prywatnym samochodzie marki Żuk, od trzech lat wykorzystywanym na potrzeby spółki.

- Przecież wiecie, że jeżdżę po polach, rozwożę materiał, ludzi, więc silnik miał prawo się rozsypać - powiedział jako usprawiedliwienie. - To trzeba było kupić samochód na spółkę, a nie komputery, rozwiązałbyś jeden problem - padło z sali.

- Ale człowieku, czy ty nie rozumiesz, że wymiana silnika to nie jest remont bieżący! - odparł Pierzchała. Wymiana silnika kosztowała 1349 zł. Komisja wnioskowała o całkowite zaprzestanie finansowania przez spółkę samochodu.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje