Z blokowiska na odludzie

Ona - niedoszły prawnik, on - wzięty psycholog. Oboje wychowani w miejskich blokowiskach, kochający kino, teatr, książki i szeroko pojęte rozrywki intelektualne. Kiedyś uzależnieni od informacji telewizyjnych i miejskiego zgiełku. Dziś uczą się żyć w zupełnie innym świecie.

Do ich świata niełatwo trafić. Nie ma go na mapie powiatu, nie wychwytuje GPS. Wreszcie, jadąc wąską drogą, na wolnej przestrzeni, wśród pól uprawnych i łąk, gdzie do najbliższego sąsiada trzeba przemierzyć około kilometra, stoi nieduży dom. To w nim dwa lata temu zaczęło się prawdziwe życie Pauliny i Michała Szulców.

Reklama

Mieli dość szumu i zgiełku

Żartują, że decydując się na przeprowadzkę z miasta na wieś, wpisali się w panującą od jakiegoś czasu modę. Szybko się okazało, że trend, któremu się poddali, nie minął i chcą tu zbudować swoje gniazdo. Można powiedzieć, że już je zbudowali. Od podstaw.

- Kupiliśmy ten dom dwa lata temu. Była to kompletna ruina. Długo szukaliśmy miejsca, w którym chcielibyśmy zamieszkać. Podczas tych poszukiwań priorytetem nie była powierzchnia domu, tylko powierzchnia... ziemi - mówi Paulina Szulc.

- Tak zdecydowaliśmy, bo mieliśmy dość ciasnoty blokowej, tego skupiska ludzi, którzy bardzo mocno wpływają na nasze życie. Marzyliśmy o spokoju - mówi Michał Szulc.

- Muzyki chcieliśmy słuchać wtedy, kiedy my chcemy i jakiej chcemy, a nie wtedy, kiedy nakazuje nam to sąsiad zza ściany. Chcieliśmy mieć możliwość zapalenia ogniska bez obawy, że komuś będzie ono przeszkadzało - dodaje Paulina. - Nie chcieliśmy też mieć ogniska w mieszkaniu (sąsiad raczył nas dymem... papierosowym). Staramy się zdrowo odżywiać i taki wpływ na nasze życie zaczął nas irytować - mówi Michał.

Paulina i Michał widzą głęboki sens w mieszkaniu na wsi. W tym miejscu znaleźli coś, czego nigdy nie zdołaliby odszukać w mieście.

Mniej znaczy więcej

- Chcieliśmy czegoś "więcej", chociaż teoretycznie na wsi jest tego życia "mniej". Tu nie ma teatru, nie ma kina, nie ma książki, ale tak naprawdę jest dużo więcej, niż mogło nam się wydawać. Tutaj osiągnęliśmy coś, czego żadnym sposobem nie odnaleźlibyśmy w mieście. W mieście był telewizor, ciągły bieg, praca, sklepy na wyciągnięcie ręki, samochody i ciągły gwar. W takich warunkach nie ma możliwości na zastanowienie się nad swoim życiem. Wszystko to świadomie zamieniliśmy na spokój, ciszę, refleksję (oczywiście bez telewizora) - mówi Paulina.

- Dla mnie w tej ucieczce na wieś realizuje się jakiś pierwotny plan, który nakazuje człowiekowi szukać kontaktu z ziemią w sensie fizykalnym. To taki nakaz, którego nie sposób nie spełnić - mówi Michał.

- W literaturze często możemy spotkać dowody, że ciągnie ludzi do ziemi. Kiedyś ten kawałek gruntu dawał chłopu życie, stanowił o jego bycie. Każdy kawałek tej ziemi daje nam poczucie wolności. Dlatego tak ją kochamy - dodaje Paulina. Odkąd zamieszkali na wsi, radykalnie zmieniły się ich priorytety. Dziś już nie myślą o wyjazdach, rzeczach materialnych, ciuchach tylko o ziemi. Chcą mieć jej coraz więcej. - Pewnie ktoś pomyśli, że to chore albo bardzo dziwne, ale tak jest - mówi Paulina.

Zgodnie przyznają, że w ich życiu wiele się wydarzyło, wiele przeżyli. Był czas na podróże (te polskie i zagraniczne), wypady do kina, do teatru, wspinanie się po górach, zakupy w centrach handlowych.

Wszystko już było. Przeżyli brak pieniędzy i stan, kiedy na finanse nie mogli narzekać. Chcieli czegoś więcej. Ten sens odnaleźli w zwykłych, codziennych czynnościach. - Jesteśmy szczęśliwi, kiedy meblujemy dom (Paulina sama odnawia meble, odziedziczyła talent po wujku - przyp. red.), dbamy o zwierzęta, pijemy świeżo mieloną kawę, pieczemy chleb i sami wyrabiamy jogurty z koziego mleka.

Stan inwentarza: konie, koty i husky

Dwa niedawno kupione koniki polskie, husky i dwa kundelki nabyte razem z domem, kury, kozy, dwanaście kotów i jedna mysz. Tak do niedawna wyglądał stan inwentarza Pauliny i Michała.

Uszczuplił się on niedawno o kozy, kury i mysz, która zmarła po silnych przeżyciach w "zabawie" z kotem. - Kóz w tej chwili nie mamy, ale planujemy kupić. Docelowo w miejscu, gdzie mieszkamy, zamierzamy pomagać innym. Chcemy założyć tu ośrodek, który miałby charakter terapeutyczny. Chcielibyśmy wprowadzić hipoterapię i dogoterapię, czyniąc z tej naszej przestrzeni również miejsce pracy - mówi Michał.

- Planujemy w przyszłości całe nasze życie przeprowadzić na wieś. Wiemy jednak, że nigdy nie będziemy typowymi rolnikami, bo nie mamy ani możliwości fizycznych, ani materialnych. Nie jesteśmy w stanie zainwestować w maszyny i ogromne obszary ziemi. Dlatego teraz nasze wiejskie życie trochę dzielimy z tym miejskim. Ja zajęłam się naszym gospodarstwem, a mąż w mieście zajmuje się pracą zarobkową - mówi Paulina.

- Zgadza się. Do pracy jeżdżę w garniturze i gumiakach. Zmieniam je na odpowiednie obuwie dopiero przed przychodnią, w której pracuję. Przyznać muszę, że dla mnie początkowo nie było łatwo wchodzić ze świata wiejskiego w ten miejski i odwrotnie. Zresztą do dziś wydojenie kozy to dla mnie duże wyzwanie - dodaje Michał. - A dla mnie przygoda. Może tak bardzo kocham to życie na wsi, bo to nie jest przymus, tylko wielka przyjemność, wyzwanie, odkrywanie zupełnie innych obszarów - mówi Paulina.

Wsi spokojna, wsi wesoła? Niekoniecznie

Przynajmniej raz na kwartał Paulina krzyczy do męża, że ma już dość tej cholernej wsi i chce wracać do miasta. Złość zawsze mija kilka godzin później lub nad ranem następnego dnia, kiedy wychodzi na powietrze i słyszy śpiew ptaków (lub miauczenie kotów domagających się śniadania). Życie na wsi było wielkim wyzwaniem. Od podstaw oboje uczyli się egzystencji na odludziu. Często spokojnie nie było.

- Kochamy zwierzęta, dlatego razem z mężem postanowiliśmy, że kupimy konie, niestety nie mając oczywiście najmniejszego doświadczenia w opiece nad nimi. Wiele czytaliśmy o rasach koni i zdecydowaliśmy się na koniki polskie (kochana, cudowna i niedoceniona rasa). I stało się. Przyjechały do nas dwa roczne, czyli w najgłupszym wieku ogiery. Konie z chowu wolnego, z rezerwatowych warunków, które nie pozwoliły założyć sobie kantaru. Nie można było ich dotknąć, nie były nauczone chodzenia na uwiązie. Trzeba je było wszystkiego uczyć od podstaw. Metodą prób i błędów - mówi Paulina.

Za jeden ze swoich błędów w opiece nad końmi przypłaciła złamanym żebrem.

- Drugiego dnia po zakupie konie uciekły. Ganialiśmy je po sąsiednich wsiach. Biegaliśmy, telefonowaliśmy na policję. Wreszcie złapał je doświadczony opiekun koni z Bogusławic. Poznając ich temperament, stwierdził, że sobie nie poradzi. Początkowo dziwił się, że konie boją się właścicieli. Kiedy wytłumaczyliśmy mu, że to nowy nabytek, wszystko zrozumiał. Dziś wiemy, że to wiatr spowodował przypływ obcych zapachów i strach koni - opowiada Michał.

Ucieczki huskiego z kozą

Podobnych przygód Paulina i Michał mieli wiele. - Nasz huski samodzielnie zdobył umiejętność otwierania furtki łapą. Dzięki temu od czasu do czasu postanawiał, że razem z kozą urządzi sobie wycieczkę po okolicy. I tak razem uciekali. Najczęściej do sąsiednich wsi. Wtedy wsiadałam w auto i ruszałam na poszukiwania zwierząt. A jak je wreszcie odnalazłam, kozę wkładałam do bagażnika, a huski lądował na tylnym siedzeniu - opowiada Paulina.

- Swego czasu nasz pies regularnie przynosił nam kurę od sąsiada ze wsi oddalonej o kilka kilometrów. Za każdym razem za kurę płaciłem i byłem bardzo wdzięczny za wyrozumiałość rolnika. Szybko musieliśmy ogrodzić nasz teren, by uniknąć takich sytuacji - dodaje Michał.

Paulina naukę rąbania drewna przypłaciła mocnym skaleczeniem, a jej pierwsze w życiu żniwa wizytą w szpitalu.

- Jestem alergikiem. Podczas żniw próbowałam całym ciałem układać z siana wielkie rolki. Skończyło się to bordowymi plamami na całym ciele, omdleniem i lekiem podawanym za pomocą kroplówki - opowiada Paulina. Na takie trudności napotykali latem. Zimy też nie były wolne od kłopotów.

- Codzienne odśnieżanie. Tego się nie uniknie. Mieszkamy otoczeni samymi polami. Zimą zawiewa tak, że nie można się stąd wydostać. Kiedyś wieczorem postanowiłem, że dla zdrowia odśnieżę wjazd wraz z drogą szlakową aż do asfaltu i będę miał dłuższy poranek. Oczywiście praca okazała się bez sensu, bo przez noc nawiało z pól jeszcze więcej śniegu niż poprzedniego dnia odgarnęliśmy - mówi Michał. - Ja kiedyś w desperacji zadzwoniłam pod nr 112. Na wstępie bardzo przeprosiłam, że w takiej sprawie dzwonię, ale mieszkam pierwszą zimę na wsi, zasypało mnie i naprawdę nie wiem, co robić. Ludzie po drugiej stronie słuchawki zachowali się cudownie. Za chwilę miałam numery wszystkich odśnieżarek w okolicy - dodaje Paulina.

Rolnik nasz przyjaciel

Paulina i Michał na wsi znaleźli nie tylko spokój i ciszę. Tutaj mają też przyjaciół. Wciąż są pełni zachwytu nad relacjami międzyludzkimi na wsi. - Tutaj ludzie są cudowni. Niesamowite jest to, jak potrafią pomagać sobie i wspierać się nawzajem. Mieliśmy kiedyś sytuację, że komin nam się zapalił (ciągle się uczymy i wielu rzeczy jeszcze nie potrafimy). Przyszedł człowiek do nas z całą swoją rodziną powiedzieć, że coś się u nas złego dzieje. W miastach często ludzie w ogóle nie reagują - mówi Paulina.

- Mieszkając tu, zyskaliśmy już prawdziwych przyjaciół. Otaczamy się tu ludźmi, na których zawsze możemy liczyć, nawet dzwoniąc o dwunastej w nocy. Znamy tu cudownego człowieka Andrzeja Puchałę, który z racji tego, że pracuje w Bogusławicach (w Stadzie Ogierów - przyp. red.) pomaga nam przy koniach, uczy opieki nad nimi - dodaje Paulina.

- Tu są zupełnie inne relacje międzyludzkie. Nieraz przyjaciele rolnicy wyciągali moje auto, jak się zakopałem w śniegu. Tu nikt o nic nie pyta, tylko po prostu pomaga - dodaje Michał.

***

Dziś Paulina i Michał nie wyobrażają sobie życia poza swoją ukochaną wsią (Paulina prowadzi blog pt. "Kocham wieś"). Tu jest ich magiczny dom (do którego meble robiła sama Paulina, a Michał przeprowadzał prywatne śledztwo w sprawie specyficznego poprowadzenia prądu), tu są ich zwierzęta i magiczna cisza. Chyba każdy, kto odwiedza ich miejsce, musi przyznać, że powrót do miasta jest bardzo trudny.

Ewa Tarnowska-Ciotucha

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje