Ludzie z przedrostkiem "bez"

Zbyszek miał raka tarczycy, niewydolność krążenia, utrwalone migotanie przedsionków, chorobę niedokrwienną serca, ZZA i resztki sałatki na wąsach. Nie miał domu...

Siedzą w samym sercu miasta, na fontannach przy pl. Wyzwolenia w Nowej Soli. Można też ich spotkać na stołówce u Brata Alberta. Dla jednych nie istnieją w ogóle, dla innych to "nieroby i pijaki". Kiedyś słyszałem, jak ktoś powiedział o nich - turystyczna atrakcja miasta.

Reklama

Jak wygląda dzień przeciętnego Kowalskiego w Nowej Soli każdy wie - sen, jedzenie, praca, jedzenie. Znowu sen. I tak w kółko. Ich codzienność? W zasadzie tak samo...

Sen w bramie

Zbyszek przysypiał na ławce przy fontannach na pl. Wyzwolenia. Miał na sobie ciemną kurtkę i zimową czapkę z biało-granatowymi wstawkami. Był sam, choć w ciągu dnia zazwyczaj ma nawet kilkunastu towarzyszy. Na moje oko miał pod pięćdziesiątkę. Obok niego, na ławce stał słoik po sałatce, której resztki mężczyzna miał cały czas na wąsach.

- Co pan tak sam siedzi - przerwałem mu drzemkę.

Mężczyzna podniósł wzrok i się uśmiechnął - Siedzę sam, bo nie idę dziś do noclegowni.

- Dlaczego? - pytam.

- Bo piłem i to dużo. Nie mam tam czego szukać (żeby nocować w noclegowni, trzeba być trzeźwym - red.).

- To gdzie pan dzisiaj będzie spał?

- E tam, w jakiejś bramie - bełkocze i oblizuje się z sałatki. - Zgubiłem klucze. Ja mam matkę, yyy, no i no, od jej domu zgubiłem te..., no... klucze.

Nie mam pojęcia, czy w jego historii jest cokolwiek prawdą. Zbyszek wygląda na takiego, który swoje klucze zgubił już lata temu.

- No to pan biedny jest, pewnie pana matka nie wpuści - mówię trochę nieśmiało.

- Jaka tam bieda? - prostuje mnie nowosolanin. Rozmowa ze Zbyszkiem zupełnie się nie klei.

- Nie ma biedy? - dopytuję.

- Życie jest, jakie jest.

Zbychu nie pachnie Hugo Bossem

Swoje życie Zbyszek wyciągnął mi z reklamówki. Było spisane na dużej białej kartce. Biorę kartkę do ręki. Czytam wiek - 50 lat, ZAM: bezdomny. To karta informacyjna ze szpitala, z którego Zbyszek wyszedł przed kilkoma tygodniami. Bezdomny ma: przewlekłą niewydolność krążenia w przebiegu kardiomiopatii metabolicznej, utrwalone migotanie przedsionków, raka tarczycy, chorobę niedokrwienna serca i ZZA (zespół zależności alkoholowej - red.)

- Jest pan poważnie chory - mówię.

- E tam, narzekał nie będę.

- Dlaczego nie leży pan w szpitalu?

- A co nie wiesz jak to z naszą służbą zdrowia. Jakoś przezimuję.

Odchodzę, ale przed oczami mam go jeszcze bardzo długo. - Ani kasy, ani zdrowia, dachu nad głową też (przynajmniej tej nocy). Ma tylko tę niedokończoną sałatkę. Idę dalej, na przejściu na ul. Piłsudskiego mijam kobietę około 40-stki, w ładnym, długim, czarnym płaszczu i seksownych lokach. Tego dnia widzę ją po raz drugi, z dwie godziny wcześniej kupowała dwie paczki cameli w jednym ze sklepów w centrum miasta. Pachniała Hugo Bossem. Moje skojarzenie jest nachalne - bezdomność czuć zupełnie inaczej - pomyślałem sobie i przypomniałem słowa Zbyszka - Życie jest, jakie jest.

"Wyro" czeka

Jak pachnie i wygląda bezdomność najlepiej można się przekonać w noclegowni przy ul. Staszica. Spotkałem tam dwóch zziębniętych mężczyzn. Nie chcieli się przedstawić, woleli być bezimienni. Kazali mówić o sobie "sześćdziesięciolatkowie". Jeden z nich co chwilę nerwowo zerkał w kierunku budynku, w którym miał niedługo znaleźć schronienie.

- Czemu nie wchodzicie? Zamknięte jeszcze, boicie się tego wysokiego, łysego - zapytałem przekornie, mając na myśli ochroniarza noclegowni.

- Jeszcze zamknięte - odpowiedział jeden z nich. Miał na sobie ciemną kurtkę, gruby sweter, i trochę za krótkie spodnie. Drugi nosił żółtą czapkę z daszkiem, ciemne spodnie i jasną schodzoną kurtkę.

Kiedy drzwi noclegowni się otworzyły mężczyźni ruszyli. Ja razem z nimi - Jak jest w tej noclegowni? Można zjeść coś ciepłego, wykąpać się? - zagadnąłem po drodze.

- Nie jest źle, każdy kto przyjdzie, znajdzie dla siebie "wyro" (w noclegowni jest ok. 30 miejsc - red.). Z jedzeniem gorzej, jak ktoś ma rentę, to ma i co do gara wrzucić. Ja nie mam, zjem tyle, co w opiece dostanę. Albo drugie danie, albo zupa z wkładką. Dobrze, że noclegi mam tu za darmo.

- A czemu pan nie ma żadnej renty albo zasiłku - przerywam mojemu rozmówcy. - Nie mam lat pracy. To znaczy mam, ale udokumentowane tylko 22, a tak naprawdę przepracowałem ponad 30. Ale papiery mi poginęły i nic nie zrobię.

- Ja mam, 500 zł, z tego ze 300 płacę na miesiąc za noclegi. Jeden kosztuje chyba 27 zł. Reszta idzie mi na jedzenie - przerywa koledze bezdomny w żółtej czapce.

Bieda jest medialna

"Sześćdziesięciolatek" nr 1. spróbował lepszego życia: - W Niemczech. Byłem w tamtym roku u kolegi parę miesięcy na "wycieczce szkolnoznawczej" (śmiech). Pomagałem mu na budowie. Tam zapomoga to 330 euro, przynajmniej tak słyszałem. Za to szło by u nas przeżyć.

- To zawsze parę złotych wpadło - wtrąciłem. - A żebyś pan wiedział, parę złotych wpadło, człowiek nie zaszalał, ale pożył (śmiech).

- A wy tu codziennie jesteście? - zapytałem. Byliśmy już praktycznie przy schodach do noclegowni.

Nie wiem jak "sześćdziesięciolatkowie", ale ja na swoich plecach coraz bardziej czułem wzrok ochroniarza. - Człowiek święty nie jest, czasem zdarza się wypić, ale jak się chce mieć gdzie spać, to trzeba się pilnować - mówi rozmówca nr 1.

"Sześciesięciolatek" nr 2, w żółtej czapce się ożywił - Jak się człowiek napije i przyśnie gdzieś na przystanku, to zaraz policja wiezie na Raculę. I 250 zł do zapłaty. Na taki hotel to nas nie stać...

- To co, jesteście skazani, żeby tu przychodzić?

- Jesienią i zimą na pewno, jak jest ciepło to i pod chmurką czasem można się kimnąć. Coś panu jeszcze powiem. W kolejce po mieszkanie jestem na 270 miejscu, ale żeby dostać, musiałbym mieć stały dochód. No to, kurde, o czym my gadamy - powiedział "sześćdziesięciolatek" bez czapki. Na pożegnanie dodał: - Kiedyś byliśmy w Radiu Zet, też się nas pytali o biedę.

- Sławni jesteście - wtrącam krótko. - Nie. Ale coś panu powiem, łatwo nie jest, ale jakoś trzeba żyć. Miodu nie ma, ale kaszanka zawsze jest...

Pan Edek z "bagażem"

Dzień później miłośnika kaszanki spotkałem w stołówce im. Brata Alberta. Tym razem zajadał się kotletem, sałatką z pomidorami i ziemniakami. Codziennie, obiad je tu około 150 najuboższych osób z całego miasta. W dzisiejszym menu wszystko oprócz kotletów, pochodziło z poletka w Rudnie, na które wybierałem się właśnie z Aleksandrem Tomaszewskim, szefem nowosolskiego koła im. Brata Alberta. To, co ujrzałem robiło wrażenie. Kilka rzędów ogórków, fasoli, ziemniaków, rzodkiewki, grochu, pory. Buraki były już zebrane. W oddali szczekał wilczur uwiązany na łańcuchu. - Wyczuł obcego - mówi jeden z mężczyzn czyszczący warzywa. Obcym byłem ja. Pole należy do nowosolskiego koła im. Brata Alberta.

- Nie ma się czego bać. Jestem Edward - powiedział mężczyzna ściskając mi rękę w żelaznym uścisku. Ten niegroźnie wyglądający sześćdziesięciolatek w fioletowo-czerwonej bluzie i czapeczce bejsbolówce, to człowiek po przejściach. Kilka lat temu odsiadywał długi wyrok za ciężkie przestępstwo. Dziś, to najlepszy rolnik w gospodarstwie, Jemu i jego towarzyszom pracy robię kilka fotek. - Na komendzie mi tyle nie robili - żartuje Edward.

Dziś na ogrodzie są we czwórkę, wśród nich jedna kobieta, Monika. - Pracuje od niedawna, przychodziła do nas na stołówkę po obiady. Pytała o pracę i tak trafiła na gospodarkę - mówi Aleksander Tomaszewski, szef instytucji, która niejednemu z nich dała drugą życiową szansę.

Idziemy z A. Tomaszewskim w kierunku małego murowanego budynku gospodarczego przy ogrodzie. - Pan Edek pił na umór, aż mu śmierć w oczy zajrzała. Lekarze zagrozili, że jak nie przestanie, to po nim. Od tej pory nie wypił ani grama. I co ważne, jak on nie pije, to inni, którzy akurat są na polu, biorą z niego przykład i też nie piją - opowiada opiekun. - Ma silny uścisk dłoni - wtrącam. - Jest nieprawdopodobnie silny, przez to miał długą odsiadkę w więzieniu. Kiedyś kogoś za mocno "trafił".... Ogólnie to dobrzy ludzie, nie mam z nimi żadnych problemów. Są grzeczni, mili, pożartują. Ostatnio byli w niedzielę w kościele i wrzucili na tacę 5 zł!. A na drugi dzień przyszli do mnie pożyczyć na "fajki" - opowiada o zbierających seler pan Olek, bo tak też się do niego zwracają.

To nie jest gorszy sort

Znowu stołówka im Brata Alberta przy ul. Muzealnej. W okienku po obiad stoi tęgi mężczyzna z niebieską torbą, z której wyciąga plastikowe naczynia. Za chwilę jedzenie weźmie na wynos. - Niech pan tam napisze o nas w samych superlatywach, źli wcale nie jesteśmy - zagaduje do mnie z uśmiechem, podając kucharce naczynia.

Przytakuje mu A. Tomaszewski - Mają taki swój świat - biedniejszy, uboższy, trudniejszy. Życie też może mają gorsze, ale nie są gorszymi ludźmi...

Mariusz Pojnar

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje