Umarł, bo był za duży

Gadanie o stosunkach feudalnych w szpitalu, na które powoływał się na ostatniej rozprawie oskarżony, obraża mnie - grzmiał Eligiusz Kaczmarek, ordynator oddziału ginekologiczno-położniczego Szpitala na Wyspie, podczas składania zeznań w procesie ginekologa oskarżonego o błąd lekarski.

- Jeśli lekarz wątpił w swoje umiejętności, mógł zadzwonić do kogoś bardziej doświadczonego, to nie żadna ujma.

Reklama

Sześciu świadków, w tym lekarze, położne oraz matka zmarłego w czasie porodu dziecka, przesłuchiwał sąd podczas drugiej rozprawy oskarżonego o błąd lekarski Waldemara J.

Halina Chudy straciła syna prawie trzy lata temu. 16 grudnia ze szczegółami zrelacjonowała przed sądem 17-godzinny poród na oddziale żarskiego szpitala, gdzie na świat miało przyjść jej trzecie dziecko. Ważący blisko 5 kg chłopczyk (Karolek) zmarł, bo był za duży, by urodzić się siłami natury.

Błagała o cesarkę

Na oddział ginekologiczny trafiła 19 stycznia 2006 r. ze skierowaniem od prowadzącego jej ciążę lekarza z prywatnej praktyki. - Miałam wysokie ciśnienie, skierowano mnie na badanie wód płodowych. Były w porządku, ale zostawiono mnie na oddziale, bo zbliżał się termin porodu - opowiadała przed sądem H. Chudy. - Przez pierwszy dzień wszystko było w porządku, dawali mi leki na wywołanie skurczy. Chodziłam z kroplówką na statywie.

Następnego dnia, na porodówkę, na drugim piętrze, skierował ją lekarz zastępujący ordynatora. Od godz. 10.00 rano przez cały dzień nic się nie działo. Poród nie postępował. Nie pomagały leki. Około godz. 20.00 położono ją na łóżko. Akcja porodowa zaczęła się w nocy. Co chwilę ktoś zaglądał do rodzącej.

- Było już ciemno, może ok. godz. 22.00, gdy usłyszałam grzmot fajerwerków dochodzący z dworu - wspominała kobieta. - Bolało mnie, czułam, jak odchodzą mi wody. Położne kazały mi przeć, ale ból mnie paraliżował. Lekarz zamiast mi pomóc, usiadł na krześle, założył nogę na nogę i naśmiewał się. Słyszałam, jak mówił: "Pierwiastka dawno urodziłaby trójkę albo czwórkę dzieci. A ty nie możesz?"

H. Chudy męczyła się, błagała o cesarkę. Od położnej usłyszała, że powinna to wcześniej ustalić z lekarzem. Mimo wysiłku, nie zdołała sama urodzić. Lekarz zdecydował przewieźć ją do gabinetu zabiegowego. Tam podłączono ją do aparatury i próbowano wydobyć dziecko metodą vacum. Do główki dziecka położne przytwierdziły pompę i próbowały w ten sposób wyssać je z łona matki. Na zewnątrz wyszła jedynie główka, a chłopczyk zakleszczył się barkami.

- Niewiele pamiętałam, co działo się potem. Na pomoc przyjechał inny lekarz i wyjął mojego synka. Ktoś mówił, że jest martwy. Dopiero po pół godzinie dotarło do mnie, że nie mam dziecka - relacjonowała H. Chudy. - Wtedy dopiero miałam wzorcową opiekę, przychodzili do mnie co kilka minut.

Nikt nie zabraniał

H. Chudy przez całą ciążę była pod kontrolą Andrzeja Kornackiego, w jego prywatnym gabinecie. Wszystko przebiegało prawidłowo, nic nie zapowiadało tragicznego finału. - Pacjentka miała podwyższone ciśnienie i anemię. Robiłem USG, nawet dwukrotnie, ale nic nie wskazywało na to, że maluch będzie tak duży - zeznawał ginekolog.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy