2 lata za śmierć Kuliga

Na karę dwóch lat więzienia w zawieszeniu na trzy lata skazał dziś bocheński sąd dróżniczkę z Rzezawy, oskarżoną o nieopuszczenie rogatek i doprowadzenie do wypadku, w którym zginął Janusz Kulig.

Dodatkowo Sąd Rejonowy w Bochni (Małopolskie) orzekł wobec kobiety zakaz wykonywania zawodu dróżniczki na pięć lat. Wyrok nie jest prawomocny.

Reklama

Sąd uznał Michalinę K. za winną niedopełnienia ciążących na niej obowiązków dróżniczki w zakresie bezpieczeństwa w ruchu drogowym, przez co sprowadziła bezpośrednie niebezpieczeństwo katastrofy w ruchu drogowym i doprowadziła do zderzenia pociągu z samochodem Kuliga.

Kara orzeczona przez sąd jest zgodna z żądaniem prokuratora. Obrońca oskarżonej domagał się jej uniewinnienia.

Przewodniczący składu sędziowskiego Tomasz Kozioł podkreślił, że sąd w zasadniczej części podzielił wnioski oskarżyciela i uznał, że pełną winę za wypadek ponosi dróżniczka.

- Zgodnie z tezą aktu oskarżenia, oskarżona tego czynu się dopuściła. Niedopełnienie przez nią obowiązków służbowych było główną przyczyną sprowadzenia niebezpieczeństwa katastrofy i doprowadzenia do zderzenia pociągu z samochodem kierowanym przez Kuliga - powiedział sędzia.

Sąd odrzucił argument obrony, zmierzający do uczynienia zmarłego kierowcy współwinnym zdarzenia. - Kierowca na przejeździe mógł wykazać większą ostrożność, ale to nie może w żaden sposób spychać na niego współwiny za zaistnienie tego zdarzenia - takie stwierdzenie byłoby niesprawiedliwe - ocenił sędzia. - Do kolizji doszło, bo pokrzywdzony kierował się pełnym zaufaniem do osoby, która powinna wypełnić swoje obowiązki - zaznaczył.

Według sędziego, w sprawie pojawiły się jednak czynniki łagodzące, z których najważniejszym jest postawa najbliższych Kuliga, którzy po wypadku pojednali się z oskarżoną i przebaczyli jej ten czyn. - To postawa imponująca i głęboko humanistyczna - ocenił sędzia Kozioł.

Michalina K. nie przyznała się do winy. W śledztwie powiedziała, że nie wie, jak doszło do wypadku. Wkrótce po zakończeniu śledztwa ojciec ofiary Jan Kulig powiedział, że jego rodzina współczuje dróżniczce i udziela jej przebaczenia.

Oskarżonej dróżniczki nie było w sądzie podczas ogłoszenia wyroku. Kobieta leczy się z ciężkiej depresji, została dyscyplinarnie zwolniona z pracy i wypowiedziano jej służbowe mieszkanie. Proces przez cały czas obserwował 23-letni syn oskarżonej - student.

Ojciec rajdowca Jan Kulig nie chciał komentować wyroku, ale wyraził zadowolenie z jego uzasadnienia. - Ważna jest prawda, i o nią chodziło, oraz to, że sprawa dobiegła końca. Nie mam żadnych wątpliwości, że Janusz nie był winien i absolutnie nie przyczynił się do wypadku - powiedział.

Syn oskarżonej Łukasz uważa, że winny wypadku jest przestarzały system bezpieczeństwa na kolei. - Sąd nie rozważył w pełni argumentów obrony i przyjął własną postawę, która w naszym mniemaniu nie jest do końca prawidłowa - ocenił.

Do wypadku doszło wieczorem 13 lutego roku na strzeżonym przejeździe w Rzezawie koło Bochni, na którym dyżur pełniła 50- letnia dróżniczka. Kobieta nie opuściła szlabanów, przez co kierowany przez Janusza Kuliga fiat stilo wjechał wprost pod pociąg pospieszny relacji Zielona Góra-Zamość. Kierowca zginął na miejscu.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy