Areszt dla rodziców zagłodzonej Magdy

Na dwa miesiące trafili do aresztu rodzice zagłodzonej sześciomiesięcznej Magdy. To decyzja sądu w Nowym Sączu. Wszystko wskazuje na to, iż rodzice dziecka korzystali z porad znachora, który siedem lat temu odpowiadał przed sądem w podobnej sprawie.

Para usłyszała zarzuty znęcania się ze szczególnym okrucieństwem i nieumyślnego spowodowania śmierci. Rodzicom grozi do 10 lat więzienia. Ciało dziewczynki znaleziono w łóżeczku na poddaszu domu w Brzeznej.

Reklama

- Ustaliliśmy procesowo, że ojciec miał złożyć w miejscowym ośrodku zdrowia oświadczenie, że nie chce, żeby dziecko podlegało ochronie zdrowotnej. Dziewczynka nie podlegała też obowiązkowym szczepieniom ochronnym. Zarzuty, które postawiliśmy rodzicom, są zarzutami wstępnymi. Mogą się zmienić w trakcie śledztwa. Zgon dziecka nastąpił w wyniku wyniszczenia spowodowanego długotrwałą głodówką - powiedział RMF FM Piotr Kosmaty z Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie.

Para nie przyznaje się do winy.  W prokuraturze mężczyzna odmówił składania zeznań. 

Ciało Magdy znaleziono w łóżeczku na poddaszu domu. Przyczyną zgonu dziecka było długotrwałe niepodawanie pożywienia. - Taki stan musiał trwać co najmniej kilka tygodni - mówi prokurator Kosmaty. Dziewczynka była też zaniedbana i pozbawiona opieki lekarskiej.

- Ojciec dostarczył zaświadczenie, że nie życzy sobie, abyśmy obejmowali opieką dziecko. Wypisał je z naszego ośrodka. I dostarczył zaświadczenie, że dziecko leczone jest na Słowacji - tłumaczy Sabina Gołębiewska z ośrodka zdrowia w Brzeznej. 

Lekarzy do małej Magdy wezwał jej ojciec. Wystraszył się, kiedy dziewczynka zrobiła się sina.

Magda mogła być leczona u znachora

Małżeństwo spod Nowego Sącza ma jeszcze jedno dziecko. To 5-letni chłopczyk. - Od razu prokurator podjął działania zmierzające do zapewnienia bezpieczeństwa dziecku. Chłopczyk trafił do dziadków - dodaje prokurator Kosmaty.

Rodzina korzystała też z porad znachora. Nie można wykluczyć, że Magda była leczona u tego mężczyzny. Reporterowi RMF FM udało się ustalić, gdzie przyjmował on "pacjentów". Od jego sąsiadów usłyszał, że mężczyzna jeszcze wczoraj spakował się i wyjechał.

Siedem lat temu odpowiadał przed sądem w podobnej sprawie. Chodziło wtedy o śmierć 5-letniego Przemka. Jego matka zeznała jednak, że uzdrowiciel przyjeżdżał do jej domu prywatnie. Nie poniósł on wtedy żadnych konsekwencji.


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL